Zsiadłe mleko – recenzja filmu „Hot Milk” – Berlinale 2025

Brytyjska poetka i pisarka Deborah Levy, chociaż do zajęcia się sztuką miał ją osobiście zachęcić sam Derek Jarman, nie ma szczęścia do filmowych adaptacji. Przed rokiem w Rotterdamie i na Nowych Horyzontach bardzo chłodno przyjęto Płynąc do domu, a walczące w konkursie głównym Berlinale Hot Milk bynajmniej nie jest artystycznym krokiem w dobrą stronę.

Rebecca Lenkiewicz w brytyjskim światku kulturalnym weszła na szczyty. Przyrodnia córka malarza polskiego pochodzenia Roberta Lenkiewicza jako aktorka była częścią obsady Royal Shakespeare Company i Royal National Theatre, jako dramaturżka została pierwsza kobietą, której sztuka trafiła na najbardziej prestiżową scenę najważniejszego londyńskiego teatru – Royal National Theatre. W końcu weszła w świat kina, wspólnie z Pawłem Pawlikowskim stworzyła Idę, a razem z Markiem Lescákiem i Ivanem Ostrochovským rewelacyjnych Sługów (NASZA RECENZJA). Jednak na wielkim ekranie pojawiały się także wpadki, jak przepięknie nakręcone i świetnie zagrane Nieposłuszne Sebastiána Lelio, gdzie właśnie współtworzony przez nią scenariusz zabijał film, czy sztampowa aż do szpiku kości Colette. Dekada przy pisaniu scenariuszy na MacBooku ośmieliła Lenkiewicz do kolejnego kroku, przejęcia pełnej artystycznej kontroli nad produkcją, z reżyserskiego stołka. Padło na adaptację powieści wspomnianej już Deborah Levy Gorące mleko, wydanej w Polsce nakładem Znaku w 2017 roku, a wcześniej nominowanej do nagrody Bookera.

Książka w naszym kraju promowana była zgrabnie podsumowującym treść i temat taglinem „Moja miłość do matki jest jak topór. Tnie bardzo głęboko”. Słowa te na literackich kartach wypowiada Sofia (Emma Mackey), doktorantka antropologii zmuszona zawiesić karierę naukową i pełnoetatowo zajmować się sparaliżowaną rodzicielką Rose (Fiona Show). Wspólnie wyjeżdżają do Andaluzji (granej tu, dość nieudolnie, przez Grecję), by poddać się eksperymentalnej terapii prowadzonej przez doktora Gomeza (Vincent Perez). W jej trakcie okazuje się, że Rose skrywa liczne sekrety przeszłości, które stopniowo wychodzą na jaw. Równocześnie Sofia wchodzi w skazany na klęskę romans oraz kontaktuje się z ojcem, który porzucił ją przed laty. Tak rysuje się fabularny szkielet debiutu Lenkiewicz; reżyserka, chcąc stworzyć własną Córkę (do debiutu Maggie Gyllenhaal formalnie i tematycznie Hot Milk wielokrotnie nawiązuje) wykastrowała materiał źródłowy ze zbędnych elementów, takich jak antropologiczne analizy efektów kryzysu gospodarczego na Hiszpanię i Grecję, mitologiczne paralele czy dobre dialogi, w zamian serwując widzom chaotyczny zbiór sklejonych ze sobą na ślinę scen, tonalnie rozedrganych i nierzadko konfudujących. Niby w odseksualizowanym Babygirl oglądamy dobrowolną relację dominacji i poddańczości, lecz pobudką jest tu obustronna nieskończona potrzeba uwagi i bycia dostrzeżoną.

Tak jak gorące mleko łączy się z espresso, by powstało cappuccino, tak i filmowe Hot Milk stanowi mieszaninę dwóch równoległych opowieści, będących dla siebie wzajemnie meta komentarzami. Wątpliwie emancypacyjna podróż córki i taplanie się w kłamstwach, niedomówieniach i zmyśleniach Rose w ramach zgłębiania tajemniczej choroby, sprawiającej, że seniorka nie może chodzić – czasami wprawdzie może, lecz odczuwa jednocześnie chroniczny ból, który nie jest powiązany z pracą jej nerwów – pełni tu rolę właśnie kofeinowy napar, fundament i oś. Smaku i tekstury odróżniających go od „zwykłej” kawy nadaje mleko, w tym przypadku relacja, romans z tutejszą Bogini Partenope Ingrid (Vicky Krieps). Ta przyjeżdża na białym koniu, powodując tym samym poparzenie Sofii przez meduzy i niczym spojrzenie Gorgony naznacza i przemienia protagonistkę. Mądrość popada w obsesję na punkcie Pięknej (takie znaczenie przypisuje się imieniu Ingrid), a jej uczucia zostają coraz bardziej  zdominowane przez zazdrość o chłopaka biseksualnej bogini Matthew (Yann Gael). Charakteryzowana na wizualne podobieństwo do Rose i podobnie jak ona skrywająca sekret dotyczący swojej siostry, kochanka to antonim matki, zamiast wymagać – daje, zamiast towarzyszyć – opuszcza, zamiast uzależniać – podkreśla swoją niezależność. Jednocześnie mechanizm szukania władzy i tożsamości poprzez poddańczość pozostaje analogiczny z performatywnym buntem. 

Scenariusze współtworzone przez Rebeccę Lenkiewicz okazywały się sukcesami wtedy i tylko wtedy, gdy po jej pracy tłumaczone były przez reżyserów na swoje ojczyste języki, topiły zaś anglojęzyczne produkcje (z ewentualnym wyjątkiem Jednym głosem Marii Schrader, gdzie jednak także stanowił on najsłabszy element). W Hot Milk ta zasada po raz kolejny się sprawdza. Zmiany zachowania postaci między scenami czy niejasne przeskoki narracyjne przywodzą na myśl kinową wersję Wiedźmina Marka Brodzkiego, dialogi zaś brzmią tak, jakby autorka nigdy nie rozmawiała z drugim człowiekiem po angielsku. Jednakże brzmią może tu być pewnym nadużyciem, gdyż postprodukcja dźwięku w festiwalowej kopii sprawia, że komfort oglądania bez napisów zapewnić mógłby tylko telewizor Jakuba Żulczyka. Niejasne jest również, dlaczego wzorem książki akcja dalej usilnie trzymana jest w Hiszpanii, mimo całkowitego wycięcia tematów politycznych i społecznych, a także greckich koproducentów wymagających realizacji całości zdjęć w kraju Zeusa. Szybka wycieczka do Aten i z powrotem czy kamieniste plaże miałyby więcej sensu na Korfu niż w Andaluzji.

Pierwsza anglojęzyczna premiera berlińskiego konkursu głównego przywodzi na myśl jedno słowo – rozczarowanie. Wypełniona świetnymi pomysłami i słusznie doceniona powieść została tu zaszlachtowana przez brak doświadczenia i warsztatu reżyserskiej debiutantki oraz katastrofalnie skonstruowany scenariusz. Na nic zdają się aktorskie popisy Mackey czy Shaw albo udanie czerpiące z wielkiej Hélène Louvart zdjęcia Christophera Blauvelta, gdy szyny były złe, a podwozie też było złe.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Hot Milk

Rok:
2025

Kraj produkcji: Wielka Brytania

Reżyseria: Rebecca Lenkiewicz

Występują: Emma Mackey, Fiona Shaw, Vicky Krieps i inni

Dystrybucja: M2 Films

Ocena: 1,5/5

1.5/5