Pisząc ten tekst, z zaciekawieniem i z pewną dozą niepokoju wypatruję kolejnych powiadomień o aktywności Etny. W zasłyszanych rozmowach turystów czuć zakłopotanie: z jednej strony jest to dla nich darmowa atrakcja do sfotografowania z daleka, z drugiej komunikaty o odwołanych lotach lub kilkugodzinnych opóźnieniach nie napawają optymizmem. Miejscowi wydają się raczej spokojni. Relacja między lokalsami a przybyszami jawi się niczym odwzorowanie mema z Jamesem Franco, pytającym „first time?” w Balladzie o Busterze Scruggsie.
To oczekiwanie na katastrofę łatwo znaleźć w debiucie Marine Atlan. Pozwala na to sam punkt wyjścia – poznajemy w końcu grupę paryskich licealistów tuż przed egzaminem dojrzałości. W rozmowach dominują podekscytowanie na przemian ze strachem, nawet jeśli temat bezpośrednio nie dotyka matur. Wyjazd na południe Włoch w celu zgłębiania starożytnej historii ma stać się formą eskapizmu, pozostawieniem w Paryżu problemów i zmartwień. W drodze pociągiem, przywołującą na myśl La Chimerę, poznajemy całą zgraję, a na pierwszy plan wysuwają się: Toni, który biega między przedziałami z włączonym głośnikiem, jego przyjaciel James zabijający czas przygodnym seksem z koleżanką z klasy i Suzanne, bierna obserwatorka wszystkich wydarzeń. Ten pierwszy, o włoskim imieniu i podobnym temperamencie, jedzie na Półwysep Apeniński eksplorować historię swojej famiglii. Według rodzinnej legendy jego babka, w czasach młodości pokojówka, miała zakochać się w pracodawcy, dziedzicu majątku. Miłość ta została złamana nie przez różnicę klas i sprzeciw rodziny mężczyzny, ale wraz z trzęsieniem ziemi, co brzmi smutno i ironicznie zarazem, znając destynację bohaterów. Żywioł zabił dziadka i zrównał z ziemią rodową posiadłość. Historia opowiedziana zafascynowanym rówieśnikom staje się dla Toniego pretekstem do eksplorowania swojej tożsamości w trakcie włoskiej odysei.
I choć akcja Gradivy rozgrywa się wiosną, a podekscytowani uczniowie wymieniają się przemyśleniami na temat zbliżających się wyników Parcoursup, francuskiego systemu rekrutacji na studia, to całość funkcjonuje w ramach logiki upalnego kina. Gorące, pachnące jednocześnie morzem i śmieciami południe Włoch pełni funkcję katalizatora – namiętności tłumione w czterech ścianach paryskiego liceum wybuchają z siłą właściwą samemu Wezuwiuszowi. Nawet mało znacząca rozmowa niesie za sobą większy niż zwykle ciężar znaczeniowy, jakby miała być ostatnią. Młody duch konfrontuje się z wiecznością ruin, ulotność nastoletnich chwil przy Aperolu, pizzy, podekscytowania boskim Diego czy pozorną la dolce vitą staje naprzeciw geologicznej, cichej historii. Płaskorzeźby Pompejów zostały za to wykorzystane jako lustra narracyjne, a sama klasowa interpretacja fryzu dionizejskiego funkcjonuje jako przepiękny mise en abyme całego filmu. Atlan nigdy nie eksploatuje tej metafory nachalnie, pozwala jej rezonować w tle, zamiast podkreślać ją muzyką czy zbędnym montażem.
Różnice klasowe często eskalują w trakcie szkolnych wycieczek. Do dzisiaj pamiętam moje pierwsze kolonie w wieku 7 lat, podczas których dzieci z innej grupy wyśmiewały swojego rówieśnika, ponieważ mógł wypłacać dychę, gdy banany z pierwszej klasy podstawówki dostały na dzień trzy razy więcej. Atlan kreśli opowieść w tym kluczu na dwóch płaszczyznach. Współcześnie napięcia kumulują się między najlepszymi przyjaciółmi – Toni pochodzi z rodziny o skromniejszym statusie, za czym idą mniejsze nakłady na edukację, a do tego niesie na plecach bagaż matki zmagającej się z depresją. James to druga strona medalu: uprzywilejowany cwaniak, ubierający się w markowe ciuchy, obwieszony łańcuchami oraz niegrzeszący inteligencją. Połączenie niebezpieczne i pociągające jednocześnie. Plan rodzinnej legendy to z kolei dwudziestowieczna wersja Romea i Julii, gdzie różnice klasowe brutalnie niszczą pragnienie miłości niczym katastrofa naturalna. Za podwójną strukturą idzie gorzka refleksja o pustoszącej roli nierówności społecznych, które niczym erupcja wulkanu zmieniają coś pięknego w popiół.
Gdy Eric Rohmer obserwował w swoich narracjach, jak zagubieni młodzi ludzie mylą często pożądanie z miłością, a Bertolucci czy Guadagnino koncentrowali się na cielesnych przebudzeniach nastolatków w sceneriach nasyconych sztuką i historią, tak u Atlan widzę raczej inspirację Basenem Deraya. Reżyserka zmienia również fundament narracji letniego kina – zamiast skupić się na parze bohaterów, konstruuje fresk zbiorowy rówieśników, gdzie miłość nigdy nie jest sprawą prywatną, lecz zawsze rozgrywa się pod czujnym, oceniającym spojrzeniem grupy. Na Gradivie odcisnął się również wyraźny ślad kina Abdellatifa Kechiche’a, przede wszystkim pierwszej części Mektouba. Znajdziemy w obu produkcjach naturalistyczne dialogi oraz podobną umiejętność uchwycenia, jak żart w ułamku sekundy zmienia się w kłótnię. Natomiast w twarzy Suzanne Gerin można dostrzec Sandrine Bonnaire z filmów Maurice’a Pialata czy też Amandę Langlet z Pauliny na plaży.
Nostalgiczne spacery,, częste w debiucie Francuzki, podbijają kadry pełne analogowej faktury, które wyglądają jak żywo wyjęte z albumów rodzinnych. Momentami idzie zatęsknić za czasami, gdy na wakacjach królowały Zenity i stare Fotopany. Włoska pocztówka pokryta jest gęstym ziarnem, delikatnymi przebłyskami światła wpadającego jakby przez nieszczelność kasety oraz niedoświetlonymi, często spalonymi partiami cienia, które nadają obrazowi teksturę niczym wydobytą wprost z popiołu. I tak jak pył Wezuwiusza zakonserwował ciała bezbronnych wobec żywiołu mieszkańców Pompejów, tak samo Atlan zamraża w swoich klatkach twarze bohaterów w momencie ich największej szczerości. Nocne sekwencje przypominają mi o albumie Grammatika oraz malarstwie gwieździstych nocy przez Van Gogha. Licealiści topią się w światłach neapolitańskich latarni, odbiciu księżyca czy pokojowych żarówkach. Dialogi często pochłania ciemność, a reżyserka pozwala wówczas, żeby narrację przejęły głosy niczym w najlepszych produkcjach Marguerite Duras. Pomostem między przeszłością a teraźniejszością jest również warstwa audialna, gdzie miesza się współczesny francuski rap, EDM czy afrotrap z naturalnym pogłosem antycznych ruin, w których każdy krok, oddech i szept odbija się od kamiennych murów.
Kończąc pisać o Gradivie, widzę w mediach społecznościowych wiele nagrań i zdjęć Etny plującej lawą. Niepozorna góra, codziennie odwiedzana przez tłumy turystów, w jednym momencie stała się żywiołem nie do ujarzmienia. W podobnym tonie Atlan opowiada w swoim debiucie – naukowy wyjazd z pozoru wydaje się mało znaczący, z czasem zmienia się w egzamin dojrzałości, który niezdany, zmienia w pył. To jednocześnie tren o niewinności, sonet do młodości i oda do wszystkich chwil, tych bardziej szalonych i refleksyjnych, doświadczanych na różnych wyjazdach. Reżyserka spogląda na młodość bez ironii, cynizmu, moralizatorstwa czy fałszywego pocieszenia. Czy debiut francuskiej twórczyni jest znakiem, że trzeba odezwać się do znajomych, z którymi przeżyłem szalone przygody w wielu państwach Starego Kontynentu, zapraszając ich na podróżniczy ostatni taniec? A może to sygnał, żeby w odbiciu włoskich fresków z nostalgią spojrzeć na pewien fragment życia przepełniony legendami, anegdotami czy różnymi opowieściami? W takich chwilach erupcja lub trzęsienie ziemi nie wydają się straszne, gdy wśród starożytnych eksponatów staje się w prawdzie.
Gradiva
Tytuł oryginalny: La Gradiva
Rok: 2026
Kraj produkcji: Francja
Reżyseria: Marine Atlan
Występują: Antonia Buresi, Colas Quignard, Suzanne Gerin, Mitia Capellier-Audat
Dystrybucja: 🔜 🔜 🔜
Ocena: 4.5/5