Mamy Lantimosa w domu – recenzja filmu „Glorious Summer”

W ten weekend do kin zawitał Glorious Summer. Reżyserski debiut dwójki polskich aktorów Heleny Ganjalyan i Bartosza Szpaka. Film do tej pory prezentowany był już w konkursie głównym na Nowych Horyzontach oraz w Gdyni, gdzie obraz nagrodzono Szafirowymi Lwami – główną nagrodą nowopowstałego konkursu Perspektywy.

Mówiąc o Glorious Summer nie ma sensu udawać, że nie widzimy słonia w pokoju. Dzieło dueatu Ganjalyan-Szpak to nic innego jak kino Jorgosa Lantimosa na miarę naszych możliwości. Skojarzenia z Kłem czy Lobsterem są tu oczywiste. Mamy tu długie ujęcia, głośne wstawki sztampowych utworów muzyki klasycznej, ale przede wszystkim enigmatyczne i niecodzienne warunki, w których bohaterowie egzystują. Jako widzowie jesteśmy rzuceni prosto w ten świat, a żaden bohater, narrator czy Hagrid trzymający za rękę Harry’ego nie postanowił nam wytłumaczyć jego prawideł. Sceneria jest okrojona, złożona z przestronnego, choć oszczędnie umeblowanego domu oraz z polany znajdującej się prawdopodobnie nieopodal. To wystarcza bohaterkom, żeby każdy dzień uważać za wspaniały i głośno celebrować swoją wdzięczność. Co warto podkreślić styl reżysera Biednych istot przypominają również doskonale skrojone kadry, w których postaci bezimiennych bohaterek niespiesznie przesuwają się po chłodnym wnętrzu posiadłości.

 

Dlaczego się tam znalazły? Kto jest właścicielem tego miejsca? Kiedy stamtąd wyjdą? Te pytania zdają się wisieć w powietrzu, ale nikt nie ma najmniejszej ochoty na nie odpowiadać. Zamiast tego obserwujemy codzienną rutynę bohaterek. Nauka języka, próba upadania i udawania martwej, nie wiadomo czy do spektaklu, czy jakiejś wysublimowanej próby oszukania patrzącego na nie „Wielkiego Brata”. No i codzienna spowiedź właśnie przed nim. Za co jestem wdzięczna? Dlaczego to był dobry dzień? Dlaczego to wspaniałe lato? Właśnie ten akt spowiedzi sugeruje, że Glorious Summer może stanowić swego rodzaju metaforę religii. Bohaterki starają się żyć możliwie dobrze, by kiedyś być może znaleźć się w lepszym miejscu, jednocześnie bojąc się je opuścići tolerując pustkę swojego więzienia, czy też jedynego świata, który tak naprawdę znają. O świecie na zewnątrz panują pewne przekonania: jest tam głośno, nieprzyjemnie, zimno. 

Oglądając nagrodzone Szafirowymi Lwami dzieło, nie sposób uniknąć wrażenia, że może być to zwiastun nowego spojrzenia na polskie kino. Absolwenci szkół filmowych to już nie, jak dwie dekady temu, ludzie zapatrzeni w Hollywood, próbujący z różnym skutkiem dostosować je do rodzimych warunków. Szpak i Ganjalyan sprawiają raczej wrażenie osób, które filmowo ulepił festiwal Nowe Horyzonty i dla których to właśnie kreowanie arthouse’u zdaje się zawodową aspiracją. Film jest doskonały estetycznie, ma przepiękne kadrowanie, nieoczywiste scenografię i kostiumy, ciekawe wykrzystanie focusu kamery i wyraźny dźwięk, współgrający z treścią filmu, w którym odgłosy tła nie pozostają bez znaczenia. Historia jest enigmatyczna, wymykająca się standardowym narracjom, by zamiast opowieści płynącej od początku do końca skupić się na osmotycznym przenikaniu aury tajemnicy i nienaturalności, do jakiej zapraszają nas twórcy.

 
Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż
Glorious summer plakat

Glorious Summer

Tytuł oryginalny: Glorious Summer

Rok: 2025

Kraj produkcji: Polska

Reżyseria: Helena Ganjalyan, Bartosz Szpak

Występują: Magdalena Fejdasz-Hanczewska, Helena Ganjalyan, Daniela Komędera, Weronika Humaj i inni

Dystrybucja: Galapagos Films

Ocena: 3/5

 
 
5/5