Tańcz, módl się, giń – recenzja filmu „Ghost in the Cell” – Octopus Film Festival 2026

Środek bijatyki, pięści zaciśnięte do walki. Nagle połowa zadymiarzy przerywa starcie, żeby zatańczyć albo odmówić modlitwę. Trudno, cios wezmą na klatę – siniak i tak wychodzi taniej niż awans na mięsny eksponat. Anwar z każdej sceny przemocy wyciąga czysty, sytuacyjny komizm. Rzadko ogląda się komedię z metafizyką zaszytą w tkance mięśniowej.

Akcja rusza po zewnętrznej stronie muru, w jedynej sekwencji osadzonej poza zakładem karnym. Wątły dziennikarz, Dimas, wypuszcza tekst o wyrębie lasów na Borneo. Redaktor zdąży rzucić krytyczny komentarz i tej samej nocy ginie. O zabójstwo oskarżają Dimasa. Wyrok zapada szybko, bo system szuka winnego, niekoniecznie sprawcy.  Gryzipiórek trafia do bloku C więzienia Labuan Angsana, gdzie gniją złodzieje, oszuści i mordercy. W bloku K politycy oraz celebryci trzymają w celach smartfony i pławią się w luksusie. Więzienie to Indonezja w skali mikro. Anwar ma gdzieś subtelność, ponieważ przy takiej strukturze równałaby się ona z  układnością wobec oprawców. Pada zresztą dialog, który czyści przedpole skuteczniej niż godzina mądrej publicystyki: „tu jest Indonezja, a nie Norwegia”. Zapomnij o resocjalizacji. Nie ma warsztatów z lepienia garnków ani drugich szans. Zostaje tyran w mundurze, i więzienne gangi.

Trup ściele się gęsto. Mściwego ducha rozpoznajemy po owocach jego pracy, a te wykazują wręcz kuratorski rozmach. Zwłoki lądują wprasowane w wiatrak, w kabinę prysznicową, w kuchenkę, w lampę. Sprzęty stały tam od zawsze, działały i zachowywały obojętność. Morderca nie stwarza więc niczego nowego, udowadniając tylko, że otoczenie od początku trzymało dla ciała wolne miejsce. Sztuka użytkowa w wydaniu gore.

Jeden z osadzonych, cierpiący na migrenę, budzi się pewnego rana rześki i zaczyna widzieć aury. Zasadę działania cudu wyłożono wprost: czerwień i mętny brąz pulsują od wściekłości oraz frustracji. Neutralizuje je sztuka i modlitwa. W zakładzie funkcjonuje kaplica i prowadzona przez tancerza Novilhama świetlica. Nagle obie te przestrzenie, traktowane dotąd jako dekoracja resocjalizacyjnej fikcji, stają się jedyną polisą na przetrwanie. Państwa nie stać na terapeutów, więc ratunek musi kosztować zero rupii i mieścić się w celi. Modlitwa i twórczość stanowią tutaj dwa bieguny tej samej drogi ocalenia. Reżyser godzi religię z psychologią w głęboko prześmiewczym tonie. Higiena psychiczna wymaga wyrzucenia gniewu na zewnątrz poprzez ekspresję. W Labuan Angsana najcięższym grzechem pozostaje dławienie emocji i zatrzymywanie negatywnej energii w sobie.

To dlatego kluczowa scena Novilhama uderza emocjonalnie. Anwar – jako współautor scenariusza do przełomowego, queerowego Arisan! i praktykujący muzułmanin bezlitośnie rozliczający systemową hipokryzję – ma we krwi rzadką wrażliwość na wykluczonych. Potrafi portretować tę postać z jawnym szyderstwem, ale w ostatecznym rozrachunku oddaje jej pełny egzystencjalny ciężar. Bohater domaga się widowni oraz zrozumienia, a reżyser wplata ten osobisty dramat w ramy więziennego survivalu. Indonezyjczyk uwielbia zresztą wybijanie z rytmu i łamanie czwartej ściany. Wystarczy spojrzeć na scenę w łaźni. Obiektyw powoli ślizga się po wyrzeźbionych ciałach więźniów. Nagle w kadr wchodzą faceci o słabej kondycji fizycznej. Kamera z jawnym wstrętem odskakuje z powrotem w stronę modeli. Czysta, niediegetyczna kpina.

Ghost in the cell

Komediowa maszyneria kręci się najmocniej, ale jest zaledwie jedną z masek. Anwar to weteran żonglerki gatunkowej. Reżyser, który wcześniej swobodnie przeskakiwał od brudnego noir w Kala, przez psychologiczną grozę w Zakazanych drzwiach, po mroczny folklor w Sługach diabła, tutaj wrzuca do blendera wszystko naraz. Ghost in the Cell płynnie mutuje. Zaczyna jako horror gore, szybko staje się kumpelskim kinem więziennym, za chwilę wchodzi w tony metafizycznego slashera, żeby wreszcie wcisnąć pedał gazu jako rasowy akcyjniak i dzika komedia. Silat przeplata się z wizualnymi gagami w duchu Sammo Hunga. Scena widzenia z dziećmi ocieka szlochem z najtańszego melodramatu, a jednak reżyser traktuje ją ze śmiertelną powagą. Anwar nie szydzi z uczuć swoich bohaterów. Szydzi z konwencji, w jakiej nawykli je manifestować. Zgadza się – wszystkiego jest za dużo, a film z czasem coraz mocniej osuwa się w groteskę. Mechanika ducha wykładana jest z łopatologią instrukcji obsługi, kilka wątków znika bez śladu, a część żartów kręci się w kółko. To kino pozostaje jednak tak osobne, że nie sposób wytykać mu potknięć.

Skonstruowano tu świat, gdzie duszę ratuje się wyrzucaniem z siebie modlitwy i sztuki, podczas gdy ludzkie mięso rutynowo zasila więzienny inwentarz. Z początku rechoczesz z makabrycznej pomysłowości reżysera. Chwilę później dociera do ciebie sens tego wizualnego żartu klatka była tak ciasna, że nawet najdziksza, wymierzona w mury zemsta zmieściła się w wykrojonych przez państwo gabarytach. Sprawiedliwość nie przyszła z zewnątrz, tylko zeszła po rachunek z wnętrza samej machiny.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny
Ghost in the Cell

Ghost in the Cell


Tytuł oryginalny:
Hantu Dalam Se

Rok: 2026

Kraj produkcji: Indonezja

Reżyseria: Joko Anwar

Występują: Abimana Aryasatya, Endy Arfian, Lukman Sardi 

Ocena: 4/5

4/5