Sekcja Generation pozostaje jednym z najbardziej niedocenianych rewirów Berlinale; niemal całkowicie pomijana przez krytykę i kojarząca się raczej z zaludniającymi sale kinowe wycieczkami szkolnymi niż interesującymi propozycjami. Ma na to wpływ pogląd o tym, że podstawowym kryterium selekcyjnym jest tutaj temat, a dopiero w drugiej kolejności walory artystyczne. Jest w tym nieco prawdy, ale szczęśliwie co roku pojawiają się wyjątki, nieograniczające swojej siły oddziaływania do konkretnej grupy docelowej i zdolne zrekompensować niski poziom budzących największe zainteresowanie sekcji (w tym roku było to widać szczególnie wyraźnie).
Tym, co przede wszystkim rzuca się w oczy w tegorocznym wyborze, są pogłębiające się zmiany geograficzne – dziedzina w poprzedniej dekadzie silnie zdominowana przez kraje Europy Zachodniej i Północnej stała się nieoczekiwanie domeną Ameryki Łacińskiej, którą reprezentowała niemal połowa filmów w rozdwojonym na propozycje dziecięce (KPlus) i młodzieżowe (14Plus) konkursie. Wbrew pozorom nie jest to tylko statystyczna ciekawostka, bowiem te dwie części świata to (w dużym uproszczeniu) także dwa pomysły na kino dla młodszej widowni – w pierwszym przypadku skupienie na szeroko pojętym „poważnym temacie” ujętym nienachalnie, ale bez nadziei na wydostanie się poza familijną widownię. Tymczasem latynoamerykańskie realizacje cechuje dużo większe skupienie na aspekcie wizualnym i nastrojowości (na granicy realizmu magicznego) ukazującej dzieciństwo i młodość w sposób niedopowiedziany, albo wprost przeciwnie – z wyrazistym zarysowaniem lokalnej sytuacji społeczno-politycznej, zawsze jednak wykraczając poza ramy „filmu dla dzieci”. Zjawisku temu możemy zawdzięczać kilka udanych premier i jedną prawdziwą sensację – laureata Kryształowego Niedźwiedzia i nagrody „dorosłego” jury – meksykański film Chicas Tristes w reżyserii Fernandy Tovar.
Najmniej sztampowe rozumienie kina dla młodej publiczności prezentowała jak zwykle sekcja krótkich metraży. Na wzmiankę zasługuje zwłaszcza refleksyjne Öömõtted („Poważna myśl”) Jonasa Taula, estońska animacja, nosząca wyraźne znamiona inspiracji lokalnymi tradycjami animacji spod znaku mrocznego oniryzmu Priita Pärna, jednak w przeciwieństwie do jego filmów zrealizowana w technice poklatkowej wykorzystującej grę faktur poszczególnych materiałów. Taka estetyka świetnie sprawdziła się w poetyckiej historii z pogranicza snu i jawy, w której dziecięcy umysł swobodnie dryfuje pomiędzy absurdalnymi lękami a filozoficznym namysłem nad światem. Podobny temat w diametralnie innym – ekspresyjnym i utrzymanym w tonie nieskrępowanej zabawy – wydaniu prezentował węgierski film kombinowany Lángbogár a zsebemben („Ogień w kieszeni”) Janki Feiner. Zasłużenie nagrodzono tu jednak irański dokument Memories From A Window, syntetyczną, ale niezwykle wyrazistą relację z masowych protestów 2022 r. ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji artysty-filmowca chcącego wesprzeć społeczny sprzeciw. W kontekście wszystkiego, co przez następne dwa miesiące wydarzyło się nad Zatoką Perską był to werdykt zupełnie uzasadniony. Mimo wszystko trochę szkoda niewątpliwie bardziej udanej pozycji konkursu – Allá en el cielo Roddy’ego Dextre – intrygującej miniatury z Peru, w której rzeczywiste przestrzenie zabudowań sąsiadujących z gigantycznym cmentarzem na przedmieściach Limy stają się wyrazistym tłem dla scen rozpaczy, gniewu i zwątpienia na miarę szekspirowskiej tragedii.
Co ciekawe, w obydwu przypadkach jury profesjonalne i obradująca niezależnie reprezentacja grup docelowych postanowiły wydać taki sam werdykt. W kategorii filmów dziecięcych wygrało Feito Pipa Allana Debertona – jeden z aż czterech reprezentantów kinematografii brazylijskiej, dość pogodna historia poszukującego własnej tożsamości chłopca samotnie wychowywanym przez babcię. Osobiście chętniej widziałbym na tym miejscu Ghost School Seemab Gul – kino pakistańskie rzadko pojawia się na dużych festiwalach, a tu można zobaczyć, jak szuka własnej drogi pomiędzy bogatymi tradycjami kina Indii i Iranu. Poza tym to świetnie pomyślana opowieść o pierwszych rozpoznaniach moralnych dziecka i zetknięciu ze społeczną niesprawiedliwością, manipulacją i wykluczeniem – tytułowe „szkoły duchów” to liczne w tym kraju opuszczone przez nauczycieli placówki istniejące wyłącznie jako kamuflaż dla urzędowych przekrętów. Za godny wzmianki można jeszcze uznać Bajeczną maszynę czasu Elizy Capai – fabularyzowany dokument o dzieciach z brazylijskiego sertão i ich przemyśleniach na temat czekającego ich życia.
Tymczasem podsekcja 14Plus znów przypomniała o niezgodzie (czasem twórczej) co do tego, czym właściwie jest kino dla młodzieży – jak zwykle nie zabrakło filmów infantylnych (No Salgas Victorii Linares Villegas – lesbijski horror z Dominikany przesadnie skupiony na widowiskowych efektach i budowaniu nastroju, a za mało na czymkolwiek, co umotywowałoby jego obecność w tej sekcji), ale także pretensjonalnych (rozwlekły debiut Sašy Vajdy The Lights, They Fall o duchowych rozterkach mieszkańca niemieckich przedmieść). Warto jeszcze wspomnieć o wyróżnionym przez jeden z jurorskich składów chilijskim Matapanki – ubranej w kostium brutalnej, niskobudżetowej fantastyki opowieści o punkowym buncie przeciw ulicznej przemocy i naciskom USA na lokalną politykę. Gdyby tylko nieociosanej estetyki ciekawie korzystającej z materiałów archiwalnych i sekwencji animowanych nie przesłaniały braki naiwnie kontestatorskiego scenariusza…
Pomiędzy takimi właśnie mniej lub bardziej interesującymi pozycjami znalazły się wspomniane już Chicas Tristes – nie będzie chyba dużej przesady w stwierdzeniu, że była to jedna z najlepszych premier tegorocznego Berlinale, niezależnie od arbitralnego podziału na konkursy i sekcje. Tytułowe „smutne dziewczyny” to dwie przyjaciółki – energiczna La Maestra (Rocio Guzman) i nieco bardziej wycofana Paula (Darana Alvarez), których niezwykle bliską relację na pograniczu przyjaźni i miłości wystawia na ciężką próbę traumatyczne wydarzenie. Taki punkt wyjścia może się zdawać sztampowy, jednak już po kilku scenach możemy dojrzeć w tym filmie znacznie więcej. Z niezwykłą siłą rozbija bowiem konwencję kina coming-of-age, przemieniając się stopniowo w dezorientującą, rozlazłą niczym upalny letni dzień i wibrującą mieszaninę życia i snu. Krótkie, oniryczne sekwencje tworzą tu mozaikowy portret dorastania w latach 20. XXI w. (chyba najciekawsze jak dotąd wprowadzenie do scenariusza wątku sztucznej inteligencji) – równolegle do toczącej się akcji trwa coś w rodzaju podróży przez wyobraźnię współczesnego nastolatka czy nastolatki, w której przeciążenie nadmiarem bodźców styka się z poczuciem samotności. Trudno może mówić w tym przypadku o ambicji uniwersalnego przekazu, ale docenić należy trafne sportretowanie trudnych do nazwania stanów emocjonalnych i złożonego procesu samopoznania (nic dziwnego, że – jak mówi reżyserka – prace nad scenariuszem trwały prawie dziesięć lat). W niektórych sekwencjach Chicas Tristes zapuszczają się wręcz na pogranicze fantastyki (rozszerzający akcję do kosmicznej skali wątek zaćmienia słońca czy o interpretacje tarota). W filmie nie brakuje groteskowo-niepokojącego klimatu budowanego m.in. poprzez niemal zupełne wyłączenie ze świata filmu dorosłych, w szczególności rodziców (przypomina pod tym względem nastoletni wariant Fistaszków Charlesa Schultza). Jedyną reprezentację starszych pokoleń stanowią tu groteskowe figury w rodzaju pozostającego w stanie narkotycznego odurzenia brata La Maestry (Tomás García Agráz) czy koczującej na placu zabaw nauczycielka tańca (Tatsumi Milori), która zwierza się bohaterkom ze swoich życiowych rozczarowań. W ogóle świat otaczający bohaterki zdaje się być pozbawiony perspektyw dla młodych ludzi i być może dlatego tak gwałtownie eksplodują w nim emocje.
Uwagę zwracają precyzyjne ujęcia autorstwa Rosy Hadit Hernández, niemal każdy kadr zawiera w sobie pomysłowo skomponowany komentarz nie tylko na temat sytuacji postaci, ale i ich otoczenia – rozłażącego się w szwach nierówności społecznych Meksyku. Sporymi walorami wizualnymi również wątek wspólnych przygotowań bohaterek do udziału w zawodach pływackich w Brazylii – mnóstwo tu wspaniałych ujęć podwodnych, akcentujących związki tego sportu z myśleniem o własnym (ale także cudzym) ciele. Kolejny ważny obszar tematyczny filmu (najpierw delikatnie sugerowany, a potem z czasem kładący się cieniem na wszystkich wydarzeniach) stanowi bowiem nastoletnie postrzeganie erotycznych relacji, w szczególności zaś przepracowywanie doświadczenia przemocy seksualnej. Tematy pozornie wyeksploatowane do granic możliwości przez historie coming-of-age, pokazuje przez swoiste odwrócenie konwencjonalnych proporcji – traumy, a jednocześnie wynikłe z niewiedzy lęki dają o sobie znać w niepozornych momentach wakacyjnej nudy, tworząc sytuacje rozpięte między intymnym spokojem, nastoletnim wygłupem a paraliżującym strachem (nastrój ten w większym niż dialogi stopniu buduje znakomite, przygotowane przez kilkunastoosobowy zespół udźwiękowienie). Wydaje się, że reżyserka próbuje jednocześnie w ten sposób – bez jednoznacznych wniosków – przyjrzeć się dojrzewaniu w XXI wieku jako zjawisku kulturowo-społecznemu, którego naturalnie złożony i stopniowy charakter zderza się bezustannie z bezprecedensowym tempem przemian rzeczywistości. Ten wyraźny kontrast między niezgrabnym i niemal mimowolnym zagłębianiem się bohaterek w dorosłość a światem, niezdolnym już – jak zauważa jedna z postaci – do powrotu na właściwe tory uwidacznia się zwłaszcza w sferze erotyki – jednocześnie tabuizowanej i stanowiącej obszar kulturowej presji; zauważają to zresztą jakby same bohaterki, stopniowo odchodząc od narzucanych modeli relacji w stronę własnego pomysłu na bycie razem.
Przede wszystkim bije z tego filmu niezwykłe emocjonalne piękno, bez melodramatyzmu czy wdzięczenia się do przyzwyczajeń wizualnych młodych ludzi, tworzące obraz nieobawiający się ukazywania tego, co nudne i niespektakularne, ale mający w sobie niespodziewaną dozę poetyckości. Szkoda trochę, że pod koniec wspomniany wyżej dygresyjno-fragmentaryczny porządek załamuje się pod presją nie tyle nawet fabuły, co konwencji filmu o dorastaniu. Emocjonalna siła filmu zdaje się jednak wynagradzać pewne momenty zawahania twórców co do ich śmiałego pomysłu. Ten zachwycająco szczery w swojej pochwale przyjaźni, z niezwykłą lekkością mierzący się z grząskim tematem gwałtu film jaśnieje na tle szarzyzny tegorocznego Berlinale niczym drogocenny kryształ – przede wszystkim dlatego, że podobnie jak jego bohaterki tytułowe ucieka przed dookreśleniem i podjęcie „trudnego tematu” łączy z senno-magicznym nastrojem i artystyczną wyrazistością. Miejmy nadzieję, że dzięki tak dobremu przyjęciu w Berlinie śmiały debiut Fernandy Tovar uwagę polskich festiwali, i to nie tylko tych adresowanych do młodej widowni, bo dysponuje rzadką we współczesnym kinie siłą poruszenia widza bez spektakularnego katharsis i wmuszania w publiczność empatii wobec fikcyjnych postaci, ale za to ze sporym ładunkiem nadziei i mądrego pokrzepienia.
