Wyjeżdżając na Lido, opuściłem swoje mieszkanie na dzień przed dezynsekcją całego pionu. Niestety, pluskwy – najbardziej techniczne z robactwa. I chociaż sąsiadce udało się zidentyfikować potencjalne źródło inwazji w zapuszczonym kwadracie gdzieś na parterze, pełzających krwiopijców nie sposób przecież wykurzyć bez współpracy właścicieli wszystkich lokali. Zdążyły się zadomowić niemal u każdego. Początkowo cieszyłem się, że pytania pana spod trójki o to, „jak tam, czy nadal gryzą i chowają się w poduszkach”, zastąpię tymi o ulubione filmy i zaplanowane seanse, aczkolwiek w kontekście poziomu włoskiej selekcji nie wiem, co gorsze… W każdym razie atmosferę walki z niechcianymi lokatorami zastąpił mi seans nowego utworu Gábora Reisza.
Idea domu jako „maszyny do mieszkania” – za Corbusierem – zakładała, że architektura może uczynić codzienność bardziej funkcjonalną i podporządkować przestrzeń potrzebom człowieka. U Reisza nie tylko samo urządzenie wydaje się wadliwe, ale na domiar złego użytkownicy przymykają oko na natłok awarii. Budapesztański blok zamiast organizować życie, produkuje kolejne konflikty i nieporozumienia. Drobna usterka uruchamia mechanizm przypominający kulę śnieżną: z każdym problemem zamiatanym pod dywan przez spółdzielnię, każdym zaklajstrowanym pęknięciem ściany i każdą warstwą farby położoną na wilgotny sufit pozornie niewielki kłopot nabiera coraz większej objętości. A im wyżej sięga wzrok, wychyliwszy się przez poręcz na klatce schodowej, tym wyraźniej widać, że nie chodzi wyłącznie o przeciekający budynek. Najwyższe piętro zajmuje bowiem luksusowy apartament prezesa z basenem, którego obecność okazuje się nie tylko przyczyną bolączek niższych kondygnacji, ale również symbolem nierówności. Woda spływa zgodnie z prawami grawitacji, podobnie jak koszty cudzych przywilejów.
Budynek układa się w czytelną piramidę społeczną, w której kolejne poziomy odpowiadają innym potrzebom i aspiracjom. Na dole pozostaje codzienność tych, którzy muszą radzić sobie z konsekwencjami decyzji podejmowanych na górze. Za jednakowymi drzwiami kryje się jednak barwna panorama osobistości. Lokalna „głupia nimfomanka” kieruje się głodem cielesnych przyjemności, który okazuje się być może najsprawniejszą busolą etyczną. Starszy przydupas, którego nieporadność i konformizm zadłużyły sumienie u władzy, staje się szpiclem pierwszej próby – grazie per la collaborazione, jak głosi wenecki komunikat przed każdym seansem. Inna seniorka została odsunięta na boczny tor, myślami uwięziona w przeszłości, skonfliktowana ze skompromitowaną wspólnotą, ale niekoniecznie skora do wypowiedzenia jej otwartej wojny. Z kolei regał z książkami kobiety w średnim wieku dowodzi, że algorytmiczny eskapizm i ugłaskiwanie społeczeństwa za pomocą tiktokowych rolek z kotkami miał swój literacki odpowiednik: kupuje ona wyłącznie pozycje z czworonogami, a Orwellowskie 1984 dostała w pakiecie z Folwarkiem zwierzęcym. Recenzja negatywna – brak futrzaków. Pośród nich Kristóf Méhn, grany przez Ádama Tompę, wydaje się początkowo kolejnym lokatorem, który chciałby po prostu mieć święty spokój. Dopiero radosna nowina przekazana przez żonę sprawia, że konieczność uporządkowania sprawy wdzierającego się grzyba nabiera dla niego zupełnie innej wagi.
Węgierski reżyser umieszcza tę galerię charakterów w tradycji, w której architektura sama staje się narzędziem zarówno komedii, jak i krytyki politycznej. Można pomyśleć o Piętrze wyżej Leona Trystana, gdzie konflikt sąsiadów eskaluje aż do absurdalnych rozmiarów, albo o Fusze Jerzego Skolimowskiego, która pod pozorem remontu brytyjskiego szeregowca tworzy alegorię społecznej dynamiki Polski czasu stanu wojennego. Trudno też nie przywołać Alternatywy 4 – serialu, gdzie każda usterka odsłania kolejną warstwę peerelowskich absurdów. U Reisza oba porządki spotykają się w szczególnie zgrabnej komedii pomyłek: im bardziej bohater próbuje naprawić jedną rzecz, tym więcej odkrywa zależności, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewał. Prywatny dyskomfort staje się problemem wspólnoty, problem wspólnoty – problemem systemu, a ten, jak wiemy doskonale tak z otoczenia, jak i medialnej hucpy, najlepiej radzi sobie z nimi poprzez udawanie, że ich nie ma. Spychane na margines gniją, aż osiągną zapach krytyczny.
Do smrodu człowiek zresztą przyzwyczaja się zaskakująco szybko. Jeśli ktoś zdejmie buty w sali kinowej lub samolocie, capi tylko przez chwilę – później nos przestaje reagować, chyba że właściciel spoconych skarpet okaże się przesadnie ruchliwy. Czasem wystarczy jednak wyjść z pomieszczenia i wrócić po dłuższej chwili, by nagle przypomnieć sobie, co wcześniej drażniło nozdrza. Podobnie działają ekranowi protagoniści: tak długo żyją wśród dosłownej wilgoci i moralnej stęchlizny przekrętów, że ich obecność przestaje być odczuwalna. Dopiero dystans pozwala rozpoznać skalę rozkładu, który zdążył przeniknąć do całego budynku. Jeśli więc diegetyczny mikrokosmos potraktować jako kondensację państwa węgierskiego – a zabieg z założenia jest dość czytelny – można by nawet wyprowadzić z tej refleksji nową kategorię z obszaru filozofii politycznej, gdzie fetor uprzykrza życie, ale prowokuje do przekroczenia obowiązującego porządku. Ot, pole wyczuwalności.
Prosta metafora została przedstawiona z właściwym autorowi Najgorszych wierszy świata wyczuciem. Balansuje między banałem publicystycznych wniosków a czułością i humorem, którymi obdarza przynajmniej część postaci, jakkolwiek instrumentalnie by się nimi nie posługiwał do wygłoszenia tezy o paraliżu myślenia kolektywnego. Narastające rozdrażnienie Kristófa Reisz przekłada przy tym na środki formalne – jego nieustanna gonitwa w górę i w dół, kolejne rozmowy, poszukiwania i konfrontacje, nabierają lekko paranoicznego rytmu, czemu sprzyjają zwłaszcza ujęcia pierwszoosobowe skupione na pokonywanych stopniach, dezorientujące nie tylko bohatera, ale i widza. Trudno wówczas nie pomyśleć o wcześniejszym Wytłumaczeniu wszystkiego, które również wychodziło od stosunkowo błahego zdarzenia, by odsłonić znacznie większy konflikt. Węgier ma szczególną łatwość w rozciąganiu osobistych perypetii na szerszy pejzaż, nie pozwalając przy tym, by wymowa filmu całkowicie pożarła człowieka. W obrazie wyświetlanym w sekcji Venice Spotlight świeżo upieczony ojciec próbuje po prostu załatwić sprawę we własnym, coraz mniej przytulnym gniazdku, lecz szybko okazuje się, że mieszkańcy są ze sobą splątani przestrzennie, ekonomicznie i emocjonalnie.
Földszint kończy się sceną nad Balatonem o wschodzie słońca – obrazem, który ma w sobie coś kojącego. Poprzedni film Reisza również znajdował optymistyczny finał nad jeziorem. Ten sam gest można odnaleźć także w Czas stanął w miejscu Pétera Gothára. Węgierskie kino chętnie wraca nad wodę jako do przestrzeni, w której można na chwilę zawiesić reguły świata, odetchnąć i obmyć się z brudu. Oczywiście pod warunkiem, że dostęp do niej nie zostanie wcześniej reglamentowany na wzór ekskluzywnych loftów na szczytach rewitalizowanych osiedli. Woda może więc symbolizować wolność, o ile pozostaje wspólna. I patrząc na prywatną infrastrukturę włoskich plaż, trudno nie pomyśleć, że właśnie tego należałoby pilnować najbardziej – żeby przynajmniej Bałtyk nie skończył podobnie. Będę miał wówczas gdzie uciec, jeśli po powrocie do Łodzi przywitają mnie znowu pasożyty i komunikat o kolejnej akcji sanitarnej.
Ground Floor
Tytuł oryginalny: Földszint
Rok: 2026
Kraj produkcji: Rumunia, Włochy
Reżyseria: Gábor Reisz
Występują: Ádám Tompa, Rodrigo Crespo, Bettina Józsa, Tünde Bacskó i inni
Ocena: 3,5/5
