Miłość w filmie Flesh and Fuel rodzi się na MOP-ach. Pomiędzy jedną trasą a drugą. I wbrew rozkładowi jazdy. Reżyser Pierre Le Gall wykorzystuje klasyczny schemat komedii romantycznej, by pokazać, że największym antagonistą tej queerowej historii nie jest bynajmniej homofobia, lecz kapitalizm.
Ten debiut reżyserski, i zarazem polską koprodukcję, zaprezentowano na tegorocznym canneńskim Tygodniu Krytyki, a rodzimym widzom – przedpremierowo na 26. MFF TAURON Nowe Horyzonty. Dwójka głównych bohaterów zbudowana została na zasadzie kontrastu, ale połączyła ich miłość, a konkretnie miłość na trasie. Étienne (Alexis Manenti) to skryty Francuz jeżdżący ciężarówkami już od 20 lat, a Bartosz (Julian Świeżewski) to przebojowy Polak, trudniący się podobną profesją, ale dla polskiej firmy. I choć mogłoby się wydawać, że środowisko tirowców będzie bardziej niż mniej konserwatywne, to Flesh and Fuel zdaje się te stereotypy przełamywać. Bohaterowie nie wstydzą się swoich emocji, nie walczą z własną orientacją. Bez ogródek się komplementują – jak chociażby wtedy, gdy Bartosz w przydrożnej restauracji rzuca przez telefon do Étienne’a, że jest seksowny, gdy mówi po angielsku.
Ten film mógłby pójść na skróty, ukazać nam środowisko kierowców zawodowych jako główną przeszkodę w szczęściu, popastwić się nieco nad swoimi bohaterami, wskazując społecznych ostracyzm jako cenę za miłość (jak to robiły takie queerowe klasyki jak Tamte dni, tamte noce czy Tajemnica Brokeback Mountain). Zamiast tego jednak prezentuje nam rodzące się uczucie dwójki mężczyzn, dla których problemem nie jest sama orientacja, a dystans. Dystans geograficzny, bo w tej pracy zgranie wzajemnych grafików graniczy z cudem, ale też dystans emocjonalny. Pomimo bowiem tego samego zawodu, warunki jego wykonywania różnią się we Francji i w Polsce. Jak z frustracją mówi Bartosz – w polskiej firmie jeździ się dwa razy dłużej za dwa razy mniej pieniędzy. Chociaż bohater momentami dobrze to maskuje, jest o krok od wypalenia i skrajnego przemęczenia. Może dlatego próbuje potrząsnąć Étiennem i swoją frustracją zmobilizować go do zmiany.
Flesh and Fuel pod kątem struktury bardzo dobrze wypełnia założenia gatunku – jak w typowej komedii romantycznej mamy pierwsze spotkanie, iskry, zauroczenie, a potem – wielką trudność, którą para musi pokonać. Ten schematyzm nie nuży jednak dzięki naturze samej przeszkody. Wrogiem miłości jest tu praca ponad siły. System, który wymaga więcej, niż daje. To właśnie to inspirowało reżysera – przyznał, że w trakcie pandemii zainteresował się sytuacją kierowców ciężarówek, którzy musieli pracować w izolacji od swoich bliskich.
Jednak nawet bez pandemii taka praca warunkuje pewien stopień samotności. W filmie widzimy co prawda spotkania towarzyskie dające chwilę oddechu od niekończącej się drogi, ale i substytut bliskości w postaci ukradkowych stosunków seksualnych gdzieś w przydrożnym lasku. Z tym kontrastuje relacja głównych bohaterów, oparta na prawdziwej intymności. Podkreślają ją ciasne kadry, gdy nasi bohaterowie uprawiają seks w szoferce, otaczające ich światła parkingowych neonów, półmrok. To wszystko dzieje się tylko między nimi, jakby cały ich świat na moment skurczył się do rozmiarów tego właśnie tira. Sceny intymne filmowane są w sposób unikający nadmiernej dosłowności, a zastępujący ją naturalnym portretowaniem ciał i ich połączenia. Flesh and Fuel to też zresztą, co od razu sugeruje nam tytuł, film o ciałach przeciwstawionych kapitalizmowi – o ciałach w dobie globalizacji, o ciałach ciężko pracujących kierowców.
Pomimo tego bliskościowego spojrzenia na ciała, twórcy nie romantyzują nadmiernie związku Étienne’a i Bartosza. Industrialne tło, nasycone, ale chłodne kolory, przedmioty pomagające przetrwać drogę (kabanosy Tarczyńskiego to bezbłędny inside) – to wszystko nieustannie przypomina nam, w jakich okolicznościach funkcjonują bohaterowie. Ich rzeczywistość to 45 minut wspólnej przerwy raz na kilka tygodni. Dlatego ciągle żyją gdzieś pomiędzy – domem a pracą, dniem a nocą, przerwą a zmianą, bliskością a samotnością. To właśnie w szczycie ich bezsilności dostajemy wariację na temat klasycznego biegu po lotnisku – czyli bieg przez autostradę, podczas którego chyba cała sala w Dolnośląskim Centrum Filmowym wstrzymała oddech. Okazuje się, że wielkie gesty, na które tak czasem przewracamy oczami w kontekście komedii romantycznych z lat dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych, dalej na nas działają, jeżeli chemia stworzona między aktorami je uzasadnia. A tu zdecydowanie tak jest, bo Alexis Manenti i Julian Świeżewski świetnie się w tym ciasnym romansie odnajdują. Francuz gra raczej subtelnymi spojrzeniami, Polak – charyzmą. Dwa różne poglądy na męskość, które nie muszą się ze sobą kłócić, a mogą nawzajem przyciągać.
Le Gall we Flesh and Fuel co prawda nie rewolucjonizuje komedii romantycznej, ale intymnym kadrowaniem i zgrabnie wplecionym humorem sprawia, że bardzo szybko przywiązujemy się do bohaterów i zaczynamy im kibicować. Pokazuje, że dziś największą przeszkodą dla miłości nie musi być orientacja seksualna ani społeczny ostracyzm. Wystarczy system, w którym czas na bliskość odmierzany jest w bezdusznie upływających minutach (zbyt) krótkiej przerwy.
Flesh and Fuel
Tytuł oryginalny: Du fioul dans les artères
Rok: 2026
Kraj produkcji: Francja, Polska
Reżyseria: Pierre Le Gall
Występują: Julian Świeżewski, Alexis Manenti i inni
Dystrybucja: So FILMS
Ocena: 3,5/5
