Wedle tradycji przygotowaliśmy dla Was redakcyjne podsumowanie festiwali, w którym nie znalazły się filmy z potwierdzoną dystrybucją w 2026 roku lub mające już polską premierę w kinach bądź serwisach vod (o nich napiszemy w osobnym rankingu, który każe się niebawem).
10. PIERWSZA OSOBA LICZBY MNOGIEJ 🇵🇹
[Rotterdam / Nowe Horyzonty]
Choć przy Primeira pessoa do plural referencje do psychoanalizy z ust reżysera raczej nie padały, to w egzystencjalnej i mocno uniwersalnej opowieści wykorzystuje on sposób myślenia o nieuświadomionym znacznie sprawniej niż ktokolwiek inny z Lacanem na ustach (a tacy się w tegorocznym konkursie znaleźli). Operator Rui Xavier (m.in. Wilk i pies Cláudii Varejão) zręcznie buduje film na hipnotyzujących obserwacjach i niepokojących zbliżeniach, które penetrują wszystkie kąty magicznej scenografii. Jej znajomego ducha czuć od pierwszych minut. Nieprzypadkowo, bowiem to dzieło Nádii Henriques pracującej wcześniej przy życiowej dylogii João Canijo.
Primeira pessoa do plural to jednak nade wszystko teatr dwóch aktorów: Isabel Abreu i Albano Jerónimo. Ona – ikona portugalskiej telewizji, popularność zyskała dzięki występowi w telenoweli Rainha das Flores sprzed dekady, którą dopiero co można było oglądać na europejskich scenach teatralnych jako Oferię w nowoczesnej adaptacji Hamleta (reż. Christiane Jatahy). On – w zeszłym roku zachwycił nas czarującym spojrzeniem jako Najgorszy człowiek w Londynie, a wcześniej w Tajemnicach Lizbony wspomnianego wyżej Chilijczyka. Tutaj w dziwacznej symbiozie poddają się onirycznemu szaleństwu wspomnień. Primeira pessoa do plural zmysłowym dobytkiem mogłoby zresztą obdzielić kilka innych obrazów. Ktoś wygina na wszystkie strony kościsty korpus, ktoś wkłada do ust różne przedmioty, żeby następnie je wypluć. Intensywność cielesnej pracy aktorów miejscami wprowadza wręcz w dyskomfort.
9. A POD FLAGAMI SŁOŃCE 🇵🇾 [Berlinale / MDAG]
Rośnie korupcja, szkolona przez byłych członków SS Policia de la Capital aresztuje i torturuje kolejnych opozycjonistów, ruguje się kulturę rdzennych Guarani, prześladuje się duchownych, a w Hotelu Tirol de Paraguay żyje spokojnie zbrodniarz wojenny Josef Mengele i wielu jego towarzyszy z III Rzeszy. „Paragwajska demokracja jest piękna”, bo wszystkie te zarzuty to przecież wymysły pachołków Moskwy i nie ma żadnych dowodów na pokrycie tych kłamstw. Bajo las banderas, el sol bezczelnie dyskutuje z propagandowym przekazem reżimu: wizerunek Stroessnera porusza się niczym fata morgana, co rusz taśma cofa się, burząc iluzję, a gdy dyktator ściska się z Andrésem Rodríguezem, najbliższym zausznikiem spowinowaconym przez ślub z jego córką, kadr zatrzymuje się w martwym negatywie jak u Billa Morrisona. Kokainowy Generał zaraz wyjawi swą Brutusową naturę i wyśle mentora na emeryturę do Brazylii. Juanjo Pereira, korzystając z archiwalnych materiałów, pozostawia na nich „szumy” obrazu, jakie znamy ze starych kopii analogowych. Każda z klatek taśmy inaczej pamięta odbyte już seanse, pokiereszowana przez ząb czasu i odznaczona medalem za zasługi w kinematograficznym boju. Śnieżnobiały mundur El Excelentissimo również splamiły krwawe ślady jego zbrodni, lecz pralka propagandy przez 34 lata mamiła Paragwajczyków, że nigdy ich tam nie było. Na szczęście dzięki opracowaniom historyków, ale i takim dokumentom jak Bajo las banderas, el sol, paragwajski wybielacz przestaje działać.
8. ŁABĘDZI ŚPIEW FIODORA OZEROWA 🇱🇹🇩🇪
[Berlinale / Nowe Horyzonty]
Yuri Semashko „sprzedał” pomysł na swój pełnometrażowy debiut już w 2023 i został wybrany do inkubatora filmów mikrobudżetowych Białoruskiej Sieci Filmowców (Belarusian Filmmakers Network). Tam projekt był przez jakiś czas rozwijany do pełnego scenariusza. Realizacja projektu kosztowała… raptem cztery tysiące euro, co czyni z Łabędziego śpiewu Fiodora Ozerowa ewenement, zwłaszcza na tle podobnych produkcji realizowanych w Polsce. Czy to dzięki tej ograniczonej skali, dzięki temu, że aktorzy po zagraniu scen obsługiwali światła i mikrofony, film działa tak dobrze? Niekoniecznie. To raczej kwestia konsekwentnej wizji artystycznej i odwagi formalnej. Debiut Semashko miał światową premierę na Berlinale, a w Polsce po raz pierwszy pokazano go na festiwalu Nowe Horyzonty, gdzie spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem.
Jak na pierwszy raz przystało, reżyser swobodnie dekonstruuje fabułę, korzysta z kolażowej narracji, łącząc fragmentaryczność rodem z cinema vérité z poetyką niskiego budżetu. Wygnany z Białorusi artysta sięga po grecką mitologię i adaptuje ją do współczesnych realiów. Akropolem jest tu pokój w warszawskim mieszkaniu, obklejony plakatami, a Hadesem – zejście do starej kamienicznej piwnicy. Opowiada historię człowieka XXI wieku, dla którego wiadomości o końcu świata to coś tak pospolitego, jak prognozy pogody. Tymczasem paranoja związana z pozornie błahym przedmiotem, przenika każdy jego gest i spojrzenie.
7. PIN DE FARTIE 🇦🇷 [Wenecja]
Część fabuły dzieje się nad Jeziorem Genewskim, co dla filmu o odchodzeniu jest dosyć znaczące. Kino ma duży związek z tym miejscem, jak rzekł sam reżyser: „Godard umarł nad jeziorem i Chaplin umarł nad jeziorem”. Nad wodą dzieje się sam literacki pierwowzór, ale i niedawne Trenque Lauquen, które Moguillansky montował. Tak kręci się fraktalny obieg zależności i powiązań, tworząc kolejną łamigłówkę z Laurą Paredes w jednej z głównych ról.
Nad Pin de Fartie unosi się na poły mistyczna aura, melancholijna atmosfera wymieszana z hiperrealistycznym porządkiem. Intrygi chodzą tu parami: bezdomni żyjący w koszu pod parlamentem, niewidomy Otto i młoda dziewczyna nad jeziorem, dwoje aktorów zadurzonych w Beckettcie oraz samych sobie, czy młody chłopiec czytający Końcówkę ślepej matce. To zbiór scen nieustannie wchodzący w dialog z adaptowanym tekstem, ale bez stawiania pomników, wręcz przeciwnie, parafrazujący konkretne motywy i wydarzenia na własną modłę (…).
To kino czyste, wolne, kreatywnością obchodzące budżetowe ograniczenia, przewrotne i prowokujące. A przy okazji zawierające jeden z najlepszych soundtracków roku. Cała ta beckettowska farsa rozpisana na pary, może nawet bardziej kolaż ładnych obrazków, cytatów, monologów i grania na gitarze to list miłosny do sztuki – muzyki, literatury, teatru i oczywiście kina, ale pisany ze stosownego dystansu. Moguillansky nie narzuca się, stawia na impresyjność, pozwalając wybrać z sitka interpretacyjnego swoje kamyczki.
6. DEBUT, OR, OBJECTS OF THE FIELD OF DEBRIS AS CURRENTLY CATALOGUED 🇺🇸 [Rotterdam]
Stworzona z bezformia niewiekiego wycinku materialnego świata fantazja okala kurczące się wyspy umysłowej jasności. „Realność” jest otoczona pasmem „nierealności”. Obiekty Castronovo muszą stale być o krok przed ich deszyfratorem. Budują ramy czasowe dla śledztwa detektywistycznego, służąc także jako podstawa autorefleksyjnego namysłu nad autentycznością i sztucznością. Wreszcie, będąc metonimią pustki pośredniczą w jej doświadczaniu. Filozoficzne dociekanie wzajemnych relacji rzeczy względem siebie jest „pracą kryminalistyczną”, procesem „ustalania modus operandi świata poprzez rekonstrukcję śladów, jakie pozostawia po popełnionych przez siebie zbrodniach”. Kiedy dostrojony do tajemnic i zbiegów okoliczności narrator przyznaje, że ma dość „udawania osoby, która potrafi rozszyfrować świat”, rezygnuje tym samym z wyłącznej jurysdykcji nad dochodzeniem. Niemożność dojścia do rozwiązania wynika z faktu, że – podobnie jak majaczące w paranoicznych umysłach pynchonowskich postaci Trystero z 49 idzie pod młotek czy „Złoty Kieł” z Wady ukrytej – jest ono paradoksalnie wszędzie i jednocześnie nigdzie. Spisek bywa atrakcyjniejszy niż jego zdemaskowanie.
5. FIUME O MORTE! 

[Rotterdam / WAMA Film Festival]
Heterogeniczny portret przywódcy, w jaki układają się anachroniczne scenki, oraz dialogiczność historii zapisanej na kartach oficjalnych akt i protetycznych wspomnień przedstawicieli kolejnych pokoleń Chorwatów doskonale oddają fundamentalną tezę reżysera: totalizacja przeszłości i manichejska redukcja służą wyłącznie niecnym planom szarlatanów. Mimo iż Bezinović przeprowadził wywód z chronologiczną precyzją, formą performansów zarejestrowanych na ulicach Rijeki dokonał istotnego wyłomu. Nie tylko podał w wątpliwość cudowność autobiografii włoskiego poety. W zabawny sposób przyjrzał się także groźbie nowego kapłaństwa, podkreślając przy tym paralele między czasami, kiedy artystów fascynował ołów, a dniem dzisiejszym, gdy sztylety w zębach zastąpiły smartfony – to nie jedyna parafraza Godarda lub Jude, jaką można uświadczyć w filmie.
Gdyby główna bohaterka Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy zdecydowała się nakręcić dokument, prawdopodobnie powstałoby dzieło zbliżone do pierwszego chorwackiego utworu w konkursie głównym festiwalu w Rotterdamie. Duch Ionescu zdaje się unosić także nad Dalmacją i widmową spuścizną zafiksowanego kombatanta.
4. ARIEL 🇪🇸🇵🇹 [Rotterdam / Nowe Horyzonty]
Chociaż z powodów losowych Patiño dokończył dzieło samodzielnie, pomysł zainscenizowania Burzy na magicznych Azorach narodził się właśnie we współpracy z Argentyńczykiem. Razem zrealizowali zresztą w 2021 roku krótkometrażową Sycorax. Przy wsparciu kobiet z lokalnej społeczności São Miguel użyczyli wówczas głosu tytułowej wiedźmie i odświeżyli dramat, który – wydawałoby się – teoretycy postkolonialni odmienili przecież przez wszystkie przypadki.
Łączy ich także wyjątkowa wrażliwość na przyrodę – przenikające się ujęcia morskich fal i drzemiących w pianie bohaterów godne są akwatycznych fascynacji samego Jeana Epsteina – oraz awangardowa polityka włączania pisma w mise en page, którą porównać można z eksperymentami Davida Gattena. Nie zaskakuje zatem plastyczna i tonalna bliskość Ariel do Tú me abrasas, zeszłorocznego eseju sklejonego przez Matíasa Piñeiro z resztek poezji Safony i nimfetycznych dialogów Pavesego. Wyjątkowo pozwalam sobie na nonszalanckie nawiązania do innych utworów wyłącznie ze względu na intertekstualną naturę opisywanego filmu. Skupiając się jednak na wyspie Faial, uchwyconym na taśmie 16 mm i porażającym pięknem tle szekspirowskiego tygla, którym zawiaduje nie kto inny jak Prospero, należy podkreślić kunsztowność prezentacji wybranych fragmentów lektur (tableaux godne Rity Azevedo Gomes) oraz humorystyczne żonglowanie cytatami.
3. DRY LEAF 🇬🇪 [Locarno]
W rzeczywistości zdominowanej przez generatywne obrazy, kompulsywne montaże i wszechobecne mierne CGI, gdzie z drugiej strony reżyserzy cierpią na manię wielkości, oferując nam pozbawione duszy obrazy o perfekcyjnej ostrości, Koberidze wybiera drogę świadomego wycofania, koncentrując się na namacalnych środkach wyrazu. Rezygnacja z wizualnej precyzji i narracyjnej ciągłości otwiera przestrzeń dla kina bliskiego medytacji, rozważające dzieło przypadku, jak i nowe spojrzenie w temacie rozumienia straty. To hołd zapalonego kibica w stronę piłki nożnej z całym bagażem gruzińskiej historii, również poniekąd w kierunku ich towaru eksportowego Khvichi Kvaratskhelii. W polskim filmie już wyobrażam sobie takie tournée po orlikach zbudowanych przed Euro 2012 za rządów Donalda Tuska. I choć Dry Leaf nie oferuje metafizycznego ukojenia czy katharsis w relacji ojciec-córka, jak poniekąd Jedna bitwa po drugiej, tak cytując spuściznę malarstwa postimpresjonistycznego – projekt Gruzina to iskierka nadziei. Nadziei, że w morzu bliźniaczych produkcji, znajdzie się więcej podobnych ukrytych perełek jak film Koberidze. Nie trzeba krzyczeć, żeby zostać usłyszanym.
2. POPOŁUDNIA SAMOTNOŚCI 🇪🇸 [Rotterdam / Nowe Horyzonty]
Reżyseria:
Albert Serra
Czy byk, jaki jest, każdy widzi? Serra unika moralizowania w sprawie korridy i nie zniża się do uprawiania psychologii matadora. Z jednej strony metodycznie podgląda natręctwa zawodowego mordercy, czym w zabawny sposób dekonstruuje nimb maczystowskiej ikony. Z drugiej zaś w atawistycznym rytuale i pocałunku śmierci odnajduje międzygatunkowe porozumienie poza dobrem i złem.
Widowni w filmie nie ma, siedzi przed ekranem – kinematograficzną muletą. I chociaż reżyser mówi o transcendencji w kontekście zaniku błysku w oczach zwierzęcia, co osobiście oceniam jako korelacjonistyczne faux pas, za prawdziwie epifaniczne należałoby uznać jedyne ujęcie na świat zewnętrzny – miejską panoramę, którą mógłbym porównać wyłącznie z finałem Sombre Philippe’a
Ekran kipi homoerotyzmem, posągową męskością i wypadającą niemalże ironicznie wspólnotowością. Zamiast skupiać się na wyświechtanych, trącących prostym ekologizmem rozmyślaniach nad gatunkowym szowinizmem, Serra ukazuje transcendentny spektakl, którego choreografię obserwuje się od przygotowań w zaciszu pokoju hotelowego, przez podróż samochodową z drużyną przypominającą nagrania z piłkarskiej szatni, aż po niemalże mityczną arenę.
1. TAK 🇮🇱 [Cannes / Nowe Horyzonty]
Filary społeczeństwa, obraz George’a Grosza (wpisanego potem przez III Rzeszę na listę artystów zdegenerowanych), odczytywany jako karykatura elit zaangażowanych w budowę nazistowskiego systemu, tu staje się synekdochą współczesnych izraelskich wyższych sfer. Bohater Lapida imieniem Y (Ariel Bronz) wkracza na salony, trochę jak Jep Gambardella w prologu Wielkiego piękna Sorrentino. W rytm eurodancowego szlagieru Be My Lover zabawia towarzystwo wraz ze swą żoną Yasmine (Efrat Dor), kuszącą starców z politycznej i wojskowej socjety. Napędzany dragami i niespożytą chęcią awansu społecznego taniec prowadzi ich do kolejnych ustępstw, upokorzeń i sprzedawania cząstki duszy dla piekielnej fabryki blichtru. Jednocześnie wydaje się, że tej dwójki, poza pragnieniem kariery i wychowywaniem malutkiego syna, nie łączy zbyt wiele. Lapid unaocznia nam ten fakt w błyskotliwej scenie: para siedzi na kanapie w ciszy, ale zza okna dźwięki miasta zakłócają im spokój. Jedynym rozwiązaniem okazuje się znowu szalony pląs (uchwycony frenetycznymi ruchami kamery) do Aserejé Las Ketchup. W kontrze do tej zasłony dymnej związkowej pustki na playliście czeka Presleyowskie Love Me Tender, ale czy kiedykolwiek będzie czas na ten kawałek?
Oto tutejsi państwo Wiśniewscy – istne jestem jaki jestem z Tel Awiwu. Zamiast Mandaryny tancerka, która kocha obracać się w towarzystwie, nawet za cenę tego, że kokę wciągnie ze spoconych pośladków obrzydliwie bogatych Żydów. Zamiast swojskiego Wiśni – niespełniony pianista i komik na usługach rządowej propagandy. Tym razem nie będzie piosenki dla ŁKS-u i Samooobrony, będzie klaunowanie z żoną na rautach tudzież pisanie nowego hymnu na zlecenie ruskiego oligarchy (Aleksej Sieriebriakow). Jest tu nawet Magda Femme – była protagonisty, obecnie skompromitowana pijarówa pracująca dla sztabu generalnego, która potrafi kłamać o działaniach w Strefie Gazy w aż siedmiu językach!
Do pierwszej dziesiątki nie załapały się poniższe tytuły, na które również polecamy zwrócić uwagę:
11. NA ROBOCIE (reż. Dominic Bekaert)
[Rotterdam / Pięć Smaków] – NASZA RECENZJA
12. ZHI WU XUE JIA / THE BOTANIST (reż. Jing Yi) [Berlinale] – KRÓTKA NOTKA
13. KADET (reż. Adilchan Jerżanow) [Berlinale] – NASZA RECENZJA
14. DUAS VEZES JOÃO LIBERADA (reż. Paula Tomás Marques) [Berlinale] – NASZA RECENZJA
15. LITTLE TROUBLE GIRLS (reż. Urška Djukić) [Berlinale / Nowe Horyzonty] – NASZA RECENZJA
16. PERLA (reż. Alexandra Makarová) [Rotterdam / Tofifest] – NASZA RECENZJA
17. PUNKU (reż. J. D. Fernández Molero) [Berlinale / Nowe Horyzonty]
18. LA MEMORIA DE LAS MARIPOSAS (reż. Tatiana Fuentes Sadowski) [Berlinale]
19. DRAPIEŻNICY (reż. David Osit) [MDAG] – NASZA RECENZJA
20. LAMALAND (reż. Pablo Sigg) [Nowe Horyzonty] – NASZA RECENZJA
21. VIDEOHEAVEN (reż. Alex Ross Perry) [Rotterdam / American Film Festival]
22. HAIR, PAPER, WATER… (reż. Nicolas Graux, Trương Minh Quý) [Locarno]
23. SHENG XI ZHI DI / LIVING THE LAND (reż. Huo Meng) [Berlinale] – NASZA RECENZJA
24. NIEWYGODNA PRAWDA (reż. Mike Leigh) [Nowe Horyzonty / British Film Festival] – NASZA RECENZJA
25. ZEW NATURY (reż. Hong Sang-soo) [Berlinale / Nowe Horyzonty]