„Federico Fellini: Ciao a tutti!” – przegląd filmów

Nie każdy wielki reżyser pozostawia po sobie osobny przymiotnik. Federico Fellini należy do wąskiego grona artystów, którzy stworzyli nie tyle zestaw filmów, ile rozpoznawalny sposób patrzenia na świat. „Felliniowskie” bywa wszystko: rokokowy nadmiar, karnawał, nostalgia, sen, pamięć, ale też rzeczywistość wymykająca się prostym definicjom. Organizowany przez Stowarzyszenie Kin Studyjnych przegląd „Federico Fellini: ciao a tutti!” stanowi doskonały pretekst, by wrócić do źródła tego wyobrażenia. Nie dla samej archeologii czy kinofilskiej frajdy, ale dlatego, że, choć należą do żelaznego kanonu, dzieła maga z Rimini nadal pozostają żywe, energetyczne, iskrzące od humoru, niejednoznacznych obrazów.

Od czerwca do września 2026 na ekrany powrócą:

WAŁKONIE (1953)

NOCE CABIRII (1957)

SŁODKIE ŻYCIE (1960)

OSIEM I PÓŁ (1963)

GIULIETTA I DUCHY (1965)

GŁOS Z KSIĘŻYCA (1990)

Organizator: Stowarzyszenie Kin Studyjnych

Partnerzy Główni: Włoski Instytut Kultury w Warszawie i  Włoski Instytut Kultury w Krakowie

Finansowanie: Polski Instytut Sztuki Filmowej

Autor plakatu: Plakiat – Maks Bereski

Zwiastun przeglądu: Ivan Krupenikov

Słowo wstępu i opisy filmów: Diana Dąbrowska

Partnerzy: Sikulagente, Italia by Natalia, Kierunek Włochy, Accademia Włoskiego Kina, MEK, Wydawnictwo Czarne

Patroni medialni: Filmweb, Pełna sala, Spoiler Master, Filmawka, Kultura Wokół Nas, Gazzetta Italia

Na naszych łamach pisaliśmy o Fellinim nieraz. Czasem odnosząc się bezpośrednio do arcydzieł Włocha, innym razem traktując je jako punkt wyjścia do rozmowy o innych kinowych galaktykach (jak choćby czynił Jędrzej Sławnikowski umawiając Wiejską ciuciubabkę Shûjiego Terayamy). W naszym Projekcie: Klasyka oraz kilku innych artykułach szeroko analizowaliśmy poszczególne filmy z dorobku autora Amarcordu, a poniżej przytaczamy fragmenty poświęcone tym obrazom, które powracają teraz do kin.

WAŁKONIE (1953)

Wałkonie

„Wałkoń” – pot. „próżniak”. „Próżniak” – „osoba prowadząca bezczynne życie” (za: sjp.pwn.pl). Bezczynność, egzystencjalny bezruch wydają się kluczowym tematem drugiego samodzielnego dzieła Federica Felliniego. Definiują one piątkę głównych bohaterów omawianego tytułu, podobnie jak przytoczone powyżej słownikowe frazy, na pierwszy rzut oka łatwe i bez trudu aplikowalne. Interpretacje owego próżniactwa czy bezczynności jawią się jako po części już skonwencjonalizowane i typowe: z jednej strony można zobaczyć zwykłych leni, leżących do góry swoimi pokaźnymi, włoskimi brzuchami, z drugiej uwarunkowanych sytuacją ekonomiczną i społeczną, bezwolnych i niedojrzałych chłopców. Fellini uprawnia wszystkie odczytania, ale i nie sugeruje żadnego. Zdaje się, jakby jego wałkonie byli „po prostu”. Boleśnie „po prostu”. A ból ten zdołał on przekazać w serii niesamowitych obrazów.

Najpierw refren uliczny – pojawiający się co jakiś czas widok tych samych dróg skąpanych w noirowym wręcz oświetleniu. Bohaterowie, kamuflujący wewnętrzne niepoukładanie pozą luzackich „zwierząt nocy”, w rzeczywistości błąkają się po nich niczym komedianci z późniejszego arcydzieła Theo Angelopoulosa. O ile tamci byli jednak chociaż zaplątani w historiograficzne zawiłości swojego narodu, o tyle wędrówki wałkoni po ciasnym, prowincjonalnym miasteczku nie zdają się służyć żadnym celom, nie mówiąc już o jakiejkolwiek namiastce spełnienia. Ciemne ulice spotykają ich takimi samymi w kolejnych epizodach nieciągłej niczym egzystencja bohaterów narracji.

Wiele z ważnych scen w filmografii Felliniego rozgrywa się nad morzem. To na nie przychodzą, zgodnie ze słowami narratora, pogapić się wałkonie, w pochmurną niedzielę, przy pustej plaży. Kamera w znacznej mierze chwyta bohaterów z pewnego oddalenia, wkomponowując ich w dojmująco wietrzny i beznamiętny krajobraz (jak gdyby zapowiadając myślenie Antonioniego ujęte w dziełach z lat 60.). Porozrzucane w przestrzeni obiekty wydają się wręcz abstrakcyjną kompozycją wizualną, a obrazowanie realistyczne zostaje podszyte głęboką warstwą niedopowiedzianego, zmierzającą ku metaforze, myśleniu symbolicznemu, figuratywnemu. Nierzeczywista plaża ze snu – nie z radosnej fantazji, ale też nie z koszmaru. Wyzute z życia miejsce-świadek rozczarowań.

Już opustoszałe, skąpane w serpentynach miejsce karnawałowej imprezy pachnie bardziej jak plan Josefa von Sternberga na kacu niż wspomnienie dobrej zabawy. Pijanego wałkonia jeszcze w paradnym stroju odprowadza do domu wierny kompan, ciągnąc go po zalanych szarym świtem, zabałaganionych ulicach, nad którymi żałośnie zwisają resztki wstążek i serpentyn. Na pozór to jeden z nielicznych momentów nadziei: obraz kruchej wspólnoty bezsensu. Po dotarciu na miejsce okazuje się jednak, że siostra pijanego właśnie ucieka z żonatym mężczyzną. Aura pijackiego zamroczenia zdaje się unosić nad sytuacją i nad całym miastem, wraca odczucie ze sceny na plaży: obrazy zaczynają przekraczać czysto przedstawieniowy klucz realistyczny. Tyle że tutaj to, co wydaje się na granicy pijackiego omamu, w którym ukochana osoba żegna się na zawsze, jest bolesnym zderzeniem z bezlitosnością życia, surową rzeczywistością.

Co do przebłysków nadziei – dwa zdają się zaplatać w finale. Moraldo, zaprzyjaźniony z pracującym na kolei chłopcem o (znaczącym?) imieniu Guido, postanawia spełnić fantazję targającą każdym z wałkoni – wyjechać w nieznane. Więź łącząca bohaterów, jeden z nielicznych sygnałów międzyludzkiego dobra, zmierza tutaj do smutnego końca: chłopiec staje się świadkiem odjazdu Moralda. Sam wyjazd nie wygląda również szczególnie ekscytująco: ponownie szary poranek, pusta stacja kolejowa. Wyrwaniu się towarzyszy lęk, znakomicie przedstawiony w finale późniejszego Absolwenta Mike’a Nicholsa, w głowie kołacze się pytanie: co dalej? Co przekazuje wyśmienita zbitka montażowa ukazująca pogrążonych we śnie wałkoni? Bohaterów „przesypiających” swoje życie? Symboliczne pożegnanie? Dla Moralda – brak otuchy czy oddechu ulgi. Na osłonecznionej (!) stacji nad wyraz dojrzały Guido uśmiecha się i oddala. Może swawolnie balansując na szynie, zapisuje w pamięci kolejną postać, która pojawi się w finałowym korowodzie Osiem i pół [nasze 1 miejsce w Projekcie: Klasyka z 1963 roku].

TEKST UKAZAŁ SIĘ JAKO CZĘŚĆ PROJEKTU: KLASYKA 1953

Kacper Słodki
Kacper Słodki

SŁODKIE ŻYCIE (1960)

Nim Federico Fellini skierował kamerę na siebie, prezentując w  jeden z przełomowych autoportretów artysty w kryzysie twórczym, zrealizował niezwykle stylowy, pociągający ryzykownym urokiem skandalu, mozaikowy portret zbiorowy współczesnych Włochów w kryzysie egzystencjalnym i moralnym. Pod ironicznym hasłem La dolce vita, wyjętym zdawałoby się wprost z kolorowych broszur turystycznych, zawarł swoisty opis czasów i obyczajów spleciony głównym wątkiem doświadczeń Marcella Rubiniego (Marcello Mastroianni), przedstawiciela śmietanki towarzyskiej Rzymu. Obraz Felliniego rozpięty jest pomiędzy dynamicznym rytmem współczesności, gwiazdorskim blichtrem, blaskiem lamp błyskowych, próbami obyczajowej i intelektualnej emancypacji a – z drugiej strony – chrześcijańską symboliką, tradycyjnymi wartościami, zabytkami kultury materialnej i ludową wiarą. Siedem epizodów, intermezzo i epilog składają się w La dolce vita na panoramę duchowych i intelektualnych poszukiwań powojennych Włoch, w których język filmowego neorealizmu przestał być aktualny. Liryczny realizm wcześniejszych filmów Felliniego zastąpiła efektowna, epizodyczna fabuła pełna odniesień do rzeczywistych postaci i zdarzeń, z niejasnymi granicami i powiązaniami poszczególnych segmentów utworu, łącząca przygnębiającą dekadencję z inteligentnymi puentami. Jeszcze nie tak introwertyczna jak późniejsze , ale wyraźnie naznaczona autorskim stylem. Z tej opowieści o nieodwracalnej utracie niewinności publiczność zapamiętała Anitę Ekberg w Fontannie di Trevi oraz fotoreportera Paparazzo, jednak warto w swej własnej podróży poprzez Słodkie życie wyjść poza popkulturowy schemat. Film Felliniego otrzymał główną nagrodę canneńskiego festiwalu, pokonując m.in. Przygodę Michelangelo Antonioniego, co prowokuje do ciekawych porównań obu, zdawałoby się, tak różnych twórców i społecznej diagnozy, jaką proponują.

FRAGMENT RANKINGU 50 NAJLEPSZYCH FILMÓW NASZEJ REDAKCJI

Mateusz Marcin Mróz
Mateusz Marcin Mróz

OSIEM I PÓŁ (1963)

Maria Kornatowska zaznaczała w monografii włoskiego reżysera, że zdjęcia do 8½ były zaplanowane na grudzień 1961 roku, ale Felliniemu jeszcze w lutym 1962 (większość aktorów zakontraktowanych, Cinecittà zaczęła budować już nawet dekoracje) brakowało myśli przewodniej. Dopiero miał wpaść na pomysł, żeby te wątpliwości i własną niepewność przekuć w ideę – bohater będzie reżyserem szukającym natchnienia! Powstał film o kryzysie tak artysty, jak i człowieka, pewnym wypaleniu się idei i zagonieniu przez współczesność w kozi róg. Za tym szło poszukiwanie swojej tożsamości czy raczej przypominanie sobie jej po raz wtóry, uporządkowanie priorytetów, swoista ucieczka z tego tłumu rozgadanych natrętów ku niemal cyrkowemu korowodowi, który jednak ma swój wewnętrzny sens.

W drodze do celu uwaga Guido Anselmiego (Marcello Mastroianni) jest wiecznie absorbowana przez liczne grono pochlebców: artystów, magików, biznesmenów, arystokratek i innych przypadkowo napotkanych kuracjuszy. Sam artysta miota się jak piskorz między żoną Luisą (Anouk Aimée), uosabiającą bezpieczeństwo i moralny pion, ale jednocześnie pewną mieszczańską nudę przerażającą takiego lekkoducha, oraz kochanką Carlą (Sandra Milo), przypominającą skrzyżowanie Wenus leżącej Tycjana z wizerukiem tejże bogini odpoczywającej Palmy Vecchio, a według określenia samego Felliniego „tłustego, białego i głupiego łabędzia, na swój sposób fascynującego i tajemniczego”. Jak to u autora Wałkoni (1953), kobiety w ogóle są rozpraszaczami i jednocześnie symbolami pewnych idei, stanów emocjonalnych czy wspomnień. W pamięci protagonisty proustowsko kołaczą się przecież matka i babka czy uosabiająca seksualną inicjację pierwotna Saraghina (Eddra Gale). Guido jednocześnie najbardziej pragnie kontaktu z nieobecnym i ulotnym ideałem, jakim jawi się Claudia (Claudia Cardinale).

Podczas wywiadu z Fellinim Giovanni Grazzini orzekł, że  stało się tak prominentnym dziełem, że dało początek swoistemu podgatunkowi, po który sięgano praktycznie w każdym kraju. Hołd włoskiej produkcji składali m.in. Rainer Werner Fassbinder [Ostrzeżenie przed świętą dziwką (1971)], Woody Allen [Wspomnienia z gwiezdnego pyłu (1980)], François Truffaut [Noc amerykańska (1973)], Bob Fosse [Cały ten zgiełk (1979)], a w ostatnich latach choćby Rob Marshall [Nine (2009) według Broadwayowskiego musicalu luźno opartego na ], Paolo Sorrentino [Wielkie piękno (2013)] czy Alejandro González Iñárritu [Bardo, fałszywa kronika garści prawd (2022)]. Sam Fellini (we wspomnianym wywiadzie) chyba najlepiej oddał charakter swojego filmu: „Kręty, migotliwy, płynny labirynt wspomnień, snów, doznań, kłąb nie do rozplątania codzienności, pamięci, wyobraźni, uczuć, faktów, które zdarzyły się tak dawno i współżyją z tym, co dzieje się obecnie, mieszają się ze sobą pośród tęsknoty i przeczuć, w czasie nieruchomym i bezkształtnym, i nie wiesz już, kim jesteś, kim byłeś, i dokąd zmierza twoje życie, które jest tylko jak długi pozbawiony sensu sen na jawie”. Jak pisała (w Historii kina. Tom 2: Kino klasyczne) prof. Alicja Helman: „Fellini wybierał bohaterów nietypowych, podążając tropem Pirandella. Obaj odrzucali koncepcję postaci jednolitej, niezmiennej, przewidywalnej, bohater pozostaje niedookreślony, migotliwy, nieustannie się zmienia”. Pomyślcie tylko, że początkowo autor La Strady (1954) w roli Guida zamierzał obsadzić szekspirowego giganta Laurence’a Oliviera, ale w końcu, na szczęście, zdecydował się na wnoszącego „żartobliwie-wzruszającą atmosferę” Marcello Mastroianniego.

TEKST UKAZAŁ SIĘ JAKO CZĘŚĆ PROJEKTU: KLASYKA 1963

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
@Plakiat – Maks Bereski