Dziadku, wiejemy! – recenzja filmu „FATHER MOTHER SISTER BROTHER”

Czy Jim Jarmusch zdziadział? Wszak stuknęła mu już siedemdziesiątka, a słowo „świeżość” coraz rzadziej pojawia się w recenzjach jego kolejnych filmów. Znacznie częściej przewija się krytyka: powierzchowności, marazmu, powtarzalności, nudy. Tylko patrząc wstecz, na całość dorobku Amerykanina, jakoś trudno mi się na to oburzać. Ba – właśnie za twórczość opartą o te przywary, od zawsze go ceniłem.

Siwy od 15. roku życia ekscentryk już od czasu swojego debiutu reprezentuje ducha nowojorskiej blazy w najczystszym wydaniu. W kontrze do rozpędzonych lat 70. i 80. zaproponował podejście kontestatorskie względem większości mód i trendów – wolniejsze tempo, mniej dosłowny humor, zagubieni, mało bohaterscy bohaterowie. Tak to wygląda od debiutanckich Nieustających wakacji (1980) i trwa do dziś. Jarmusch czasem coś zmienił, niekiedy coś dodał albo odjął, ale jego życiowa energia wydaje się niezmienna. Jak mało który reżyser z USA pozostaje wierny własnemu stylowi, jak mało który jest też dosyć samoświadomy. W pewnych kwestiach już nie domaga, brakuje mu polotu, rzutkości, stał się za stary, żeby zrozumieć współczesność. Szczególnie widać było to przy poprzednim projekcie – Truposze nie umierają (2019) uznano za starczy moralitet, pretensjonalne pierdololo, łopatologiczne tak w formie, jak i treści.

I podobne słowa padają w opiniach o FATHER MOTHER SISTER BROTHER – że bez sensu, że nudny, że bohaterowie apatyczni i antypatyczni, że do niczego to nie prowadzi, a reżyser spuścił z tonu, kawę i papierosy zastąpił ciasteczkami z herbatką. A mnie się ta forma wydaje wręcz esencją stylu Jarmuscha, powrotem do czasów, gdy nadawał ton nowemu pokoleniu kina niezależnego. Dziś, już jako patron, patrzy na wszystko z należnego dystansu, a przez to też trochę niedowidzi. Spowalnia więc sekwencje, w których dzieciaki jeżdżą na deskorolce, jakby od dawna nie nadążał już za tymi trendami wśród młodych, przypomina o piciu wody, szpanuje zegarkiem i powtarza w kółko te same kwestie, jakby bał się, że wypadną mu z głowy. Jest w tym jednak szczery i bezpretensjonalny – właśnie trochę niczym dziadek przy stole, opowiadający dziesiąty raz tę samą historię

Akcenty, zgodnie z tytułem, rozłożone są na trzy nowelki. W pierwszej, rodzeństwo w średnim wieku (Adam Driver i Mayim Bialik) odwiedza swojego ojca (genialna rola Toma Waitsa) mieszkającego na amerykańskim wygwizdowiu. Wizyta po dłuższej przerwie, pełna niezręczności i nieporozumień, szybko przeradza się w komedię detali i absurdów. W drugiej części zaś, dwie, zupełnie różne od siebie siostry (Cate Blanchett i Vicky Krieps), wpadają na herbatkę do mamy (Charlotte Rampling), poczytnej irlandzkiej pisarki. Tu również odwiedziny pełne są niewygody, fizycznej i mentalnej, chłodu rodzinnego ogniska, które już wygasło. Ostatni segment skupia się na rodzeństwie (Indya Moore i Luka Sabbat) w podróży do mieszkania rodziców. Po ich śmierci w katastrofie lotniczej trzeba zebrać ostatnie graty i resztki wspomnień. Mimo sentymentalnej treści FATHER MOTHER SISTER BROTHER nie jest podnoszącą na duchu familiadą, a bardziej przypomnieniem, że z rodziną najlepiej wychodzi się jednak na zdjęciu.


Jarmusch, ironizując, jednocześnie nie chowa się przed refleksjami nad tęsknotą i przemijaniem. Kiedyś to było! – przypomina trzykrotnie na różne sposoby. Wspominki dotyczą tu nie przywoływania czasu spędzonego razem, a bardziej zmiany osobowości, tego, że przestajemy powoli poznawać bliskich oraz samych siebie. Jest w tym pewnie sporo autobiografizmu, bo w postaci ojca z pierwszej lub matki z drugiej fabułki, wybrzmiewają cechy zawadiaki-neurotyka, wizerunku, do którego przyzwyczaił nas przez lata autor Nocy na ziemi. Większość sensów pochowanych jest pod warstwą czerstwych dialogów, co sprawnie rezonuje z treścią. Wspólnym aspektem wszystkich spotkań w filmie jest zręczne ukrywanie: prawd o sobie, odczuć, wspomnień, nowego życia. Jak na rodzinnym spędzie, trzeba więc wić się między luzem a patosem, by uniknąć dodatkowych nieporozumień – dać się porwać w podróż do trzech krajów i siedzieć grzecznie w foteliku.

Otwierająca i zamykająca FATHER MOTHER SISTER BROTHER interpretacja piosenki Spooky Dusty Springfield autorstwa Aniki stanowi klamrę dla świetnej ścieżki dźwiękowej. Jarmusch sam skomponował muzykę do tego projektu – to kojące nerwy ambientowe drgania i brzdęki, które dobrze wypełniają bardzo zachowawcze, teatralne scenografie. Dla każdej postaci wybrano nie tylko odpowiadające osobowości ilustracje audialne, ale też konkretne rozwiązania inscenizacyjne, np. nadmierne skupianie centrum ostrości na bohaterach nadmiernie skupionych na sobie. Za obraz odpowiadają współpracujący już wcześniej z Amerykaninem operatorzy Yorick Le Saux i Frederick Elmes, a zdjęcia powstawały w Paryżu, Dublinie oraz w stanie New Jersey. Są tu kadry zarówno tracące amatorszczyzną – rozmyte tło za bohaterami w aucie wygląda jakby wszystko kręcono w studio – jak i statyczne rzuty z góry na kawiarniane stoliki, kamera bacznie śledząca bohaterów czy wizualne plot twisty, stałe punkty programu w dorobku reżysera. Aktorsko też jarmuschowskie creme de la creme: gra oszczędna, a może wręcz drętwa. Zabrakło tylko Billa Murraya. Bez szaleństw, wymyślania koła na nowo oraz emocjonalnych wycieczek. 

Kino Jima Jarmuscha od lat przypomina już opowieści wujka czy dziadka, tyle, że zamiast sadzać na kolanach przed kominkiem, zaprasza nas do kina na lekkie wydurnianie się i rozpalające iskrę w oczach przygody. Tym razem jego metryka wreszcie zaczęła odpowiadać repetycjom, niespieszności, gubieniu wątków czy laniu wody – nic więc dziwnego, że niektórzy członkowie rodziny się od niego odwrócili i nie chcą więcej słuchać. Jednak jest w tych historiach coś na tyle niezobowiązującego i komfortowego, że niesłusznie jest odrzucać je nagle za coś, co od dekad stanowiło ich wartość. Bo nie jest to przecież twórczość dziaderska, pełna śliskich żartów, pompatycznych monologów czy totalnego zacietrzewienia umysłowego. A raczej luźne zaproszenie, na zasadzie „wpadnij gdy będziesz mieć czas”, oferta wspólnie spędzonego czasu nad filiżanką i czymś do zatkania ust.

Michał Konarski

FATHER MOTHER SISTER BROTHER

 

Rok: 2025

Kraj produkcji: USA

Reżyseria: Jim Jarmusch

Występują: Adam Driver, Tom Waits, Cate Blanchett, Charlotte Rampling i inni.

Dystrybucja: Gutek Film

Ocena: 4/5

4/5