Pamiętniki z wakacji – recenzja filmu „Everytime” – Nowe Horyzonty 2026

Po sześciu latach Sandra Wollner wraca do Wrocławia. Jej poprzedni utwór otrzymał wyróżnienie specjalne w Konkursie Nowe Horyzonty, najnowszy przyjeżdża tu zaś ze statusem laureata głównej nagrody sekcji Un Certain Regard na festiwalu w Cannes.

W bańce gejmingowej istnieje trend polegający na eksponowaniu luk wirtualnych światów poprzez naginanie praw fizyki czy przeładowanie silnika do granic możliwości obliczeniowych. Zjawiskiem, które często towarzyszy podobnym transgresjom, jest przenikanie przez cyfrową tektonikę – szybowanie zarówno nad, jak i pod powierzchnią środowiska dotychczasowej rozgrywki. Możecie kojarzyć ten efekt, jeśli nudziliście się kiedykolwiek, czekając na odrodzenie po wyłapaniu kulki w dowolnej „strzelance” – nagle otrzymujecie dyspensę na penetrowanie skał, sufitów, a nawet ciał pozostałych śmiałków. A jeśli kiedyś „zarzuciliście kwasa” na łonie natury – najlepiej w górach – wiecie, że translacja tego fenomenu na rzeczywistość pozakomputerową jest zupełnie możliwa. Wspominam o tym wszystkim dlatego, że Wollner swoją kolejną opowieść o wehikułach pamięci i tożsamości osadziła w dość osobliwym splocie Minecrafta z reminiscencyjnym hajem.

Historia dziewczyny skaczącej przez czas na pierwszy rzut oka nie dezorientuje widza. Jakby Austriaczka chciała go zwabić w pułapkę obyczajowych perypetii całkiem zwyczajnej rodziny w Berlinie: nastoletnia prymuska udzielająca korepetycji klasowemu przystojniakowi, walcząca o atencję młodsza siostrzyczka i samotnie wychowująca je matka – ot, ognisko domowe rodem z jakiegoś serialowego tasiemca. Pozornie chronologiczna narracja – brak tu montażowych ekscesów inspirowanych francuską nową powieścią – skrywa jednak politemporalną fakturę dzieła, tkaną cierpliwie za pomocą lejtmotywów. Wieża telewizyjna z Alexanderplatz znajduje swe odbicie w latarni na Teneryfie, odkręcona butelka wody kołysząca się na piersi śpiącej dziewczynki ma ekwiwalent w morskich bałwanach u brzegu wulkanicznej wyspy, a w warstwie dźwiękowej – podobnie – odgłosy powiadomień, melodie elektronicznych zabawek, trzaśnięcia drzwiami i przytłumione „przepraszam” włączone zostają w serie powtórzeń. Retrospekcje okazują się wówczas futurospekcjami, tyle że mediatyzowanymi dzięki innym narzędziom, a całość zaczyna krążyć po własnych śladach.

I wreszcie pojawienie się sobowtóra, który – jak twierdził Baudrillard – nieuchronnie zwiastuje śmierć. Dlatego nazwałbym poetykę Wollner magicznym nekrorealizmem, czymś jednocześnie twardo stąpającym po ziemi i na wskroś onirycznym. Zupełnie jakby zderzały się porządki dziecięcej żądzy przygód (wakacyjna ciekawość rzeczy wszelakich) z dorosłą wstrzemięźliwością (zwątpienie inkrustowane w kompas codziennych wyborów). Trzeźwość umysłu to ustępuje chęci, to znów wzbrania się przed puszczeniem wodzy fantazji i donkiszotowską próbą zestrzelenia słońca. Dokładnie na tym napięciu reżyserka opiera strukturę zaangażowania odbiorcy. Znikanie postaci, pustoszejące przestrzenie i pogodowe anomalie – każde dziwaczne wydarzenie można tu jeszcze ubrać w racjonalne szaty fabularnego uzasadnienia. Ich niezwykłość rodzi się dopiero w akcie gromadzenia doświadczeń, nie wynika wyłącznie z pojedynczej inscenizacji. Jesteśmy daleko od ordynarnych figur, po jakie sięgają epigoni Gabriela Garcíi Márqueza, wyjątkowo dobrze odnajdujący się w festiwalowym obiegu.

Co ciekawe, recepcja dotychczasowego dorobku Wollner pozostawała powściągliwa – jej poprzedni utwór, mimo wyróżnienia przez jury, pozostawił widownię albo obojętną, albo skonfundowaną. A przecież O niedogodności narodzin był nie tylko fascynującym traktatem o reprodukowaniu obecności na podstawie cyfrowych szczątków – technoimmortalizm pełną gębą – ale również niezwykle intrygującym studium żałoby. Trzeba przyznać, że kontrowersyjnym, bo dotykającym zagadnień z obszaru pedofilii, niemniej właśnie dlatego stawiającym (od)ważne pytania etyczne. Nie kojarzę podobnie nietuzinkowego gestu – poza Otchłanią, spektaklem Mariusza Grzegorzka z Pauliną Walendziak w roli głównej.

Daleki jestem od wygłaszania ckliwych peanów. Twórczość Austriaczki ma swoje nie tyle wady, ile ograniczenia – jak każde kino ujęte w kaganiec fabularności. Niemniej chylę czoła przed świadomym unikaniem dramaturgicznych mielizn, na których łatwo osiąść, gdy prowadzi się fikcyjnych bohaterów śladami ich wspomnień. Niechęć do nadmiernego, jeśli jakiegokolwiek, psychologizowania pozwala autorce wydobyć wachlarz cierpienia pozbawiony krzykliwości. A zatem prawdziwie – nie tylko deklaratywnie – czuły, nawet gdy obojętne spojrzenie kamery wydaje się temu przeczyć. Właśnie z tego powodu Everytime z miejsca wpisuje się na listę filmów z najwspanialszymi zachodami słońca – gdzieś pośród India Song i Dalla nube alla resistenza. No i cóż, że nieco rozpikselowanym… Być może właśnie takiej cyfrowej „namacalności” dziś nam brakuje.

poborca
Tomasz Poborca

Everytime

Rok: 2026

Kraj produkcji: Austria, Niemcy

Reżyseria: Sandra Wollner

Występują: Birgit Minichmayr, Lotte Shirin Keiling, Naomi Elia Richard i inni

Ocena: 4,5/5

4.5/5