Billy Boy – recenzja filmu „Everybody Digs Bill Evans” – Berlinale 2026

Owen Martell rozpoczyna Intermission cytatem z Milesa Davisa: „Nie graj tego, co jest, graj to, czego nie ma”. Na kartach książki przygląda się tytułowej przerwie w pianistycznych działaniach Billa Evansa po tragicznej śmierci kontrabasisty Scotta LaFaro. Brytyjski dokumentalista Grant Gee przekłada tę historyczną wariację na język kina w swoim debiucie fabularnym, który staje w szranki o tegorocznego Złotego Niedźwiedzia.

Przy okazji redakcyjnej zapowiedzi berlińskiego konkursu głównego pozwoliłam sobie na gawędziarską nutę, próbując zarazić czytelników fanatyczną pasją do jazzu. Starałam się przybliżyć intensywność przełomu lat 50. i 60., zarówno w jazzie, jak i w życiu Evansa. Ta okazała się dla Gee fundamentem warstwy formalnej filmu. Dość przewidywalnie obraz rozpoczyna on sceną koncertu w Village Vanguard, podrzucając muzykom pod palce hipnotyzujące Jade Visions, najsłynniejszy utwór autorstwa LaFaro – wykonywany tu, jak czytamy w materiałach prasowych, przez samych aktorów. Scena zorganizowana jest wokół idei jazzu jako metafizycznej wspólnoty międzyludzkiej. Kamera nie tyle obserwuje trio, ile wsłuchuje się w nie. Dłonie, twarze – w każdym geście pulsuje całe wspólne brzmienie. Gee dopuszcza do głosu tylko kilka dat, kilka rzeczowych komunikatów w ramach kronikarskiej klamry: wprowadzenia i zwieńczenia. Na szczęście nie pozwala, by taki wygodny skrót narracyjny był pod jego ręką w dalszej części filmu.

Samotność. Zagubienie. Miłość do sztuki ponad ludzi. Mimo oryginalności wielkich talentów, tragedia ich życia okazuje się powtarzalna. W połączeniu ze stylową megalomanią reżysera i fetyszem podręcznikowych reguł scenarzysty efekt bywa żałosny. Modus operandi Everybody Digs Bill Evans przyjęłam więc z ulgą. Bliżej mu do klasyków amerykańskiej awangardy niż do typowych biografii – Gee wplata tu nawet fragmenty obrazów nowojorskiego chaosu z Daybreak Express (1953) D. A. Pennebakera. We frenetycznym montażu odbijają się echa wielkomiejskich ulic, hucznych nagłówków porannych gazet i blasku świateł – rozgardiaszu tak różnego od melancholii nut samotnego pośród tłumu Evansa. Gdy LaFaro znika, ustaje gra. Śmierć wkrada się w harmonię jak brakujący składnik akordu. Wyłom w subtelnym porządku zespołowej gry, która dotąd zdawała się trwać w nieprzerwanej synchronii. Gee nie tyle pokazuje tragedię, co przetwarza ją w koncert afektów.

Większość filmu rozgrywa się w teatralnych, ciasnych wnętrzach, więc klaustrofobiczne klasyki „kina jednego mieszkania” przychodzą na myśl same. Porozrzucane gdzieniegdzie ujęcia zewnętrzne przeestetyzowano, albo w duchu noir, gdy Evans wybiera się po kolejną działkę, albo peryferyjnej ikonografii. Choć większość dzieła nakręcono w Irlandii, a obsadę – z magnetycznym Norwegiem Andersem Danielsenem Lie na czele – tworzy tygiel narodów, serce filmu bije za oceanem. Niejeden widz może stwierdzić, że jak na film o muzyku, muzyki jest tu zaskakująco mało. Zgodnie ze słowami Milesa Davisa Gee przygląda się poszukiwaniom sposobu, by zagrać to, czego nie ma, by zagrać po tym, kiedy zabrakło najlepszego kompana. Najpierw pobyt u targanego własnymi demonami starszego brata i jego rodziny, potem u rodziców, w tonach sitcomowych granych przez Billa Pullmana i Laurie Metcalf. Fabularnie reżyser ma do dyspozycji układ familijny, a także ten z tragicznie zakochaną Elaine Schultz, femme – fatale przede wszystkim dla siebie, która wtóruje uzależnieniu pianisty od heroiny.

Nie ma tu niestety miejsca na trzykropek. Choć akcja filmu rozgrywa się głównie w 1961 roku, wiele wątków, w tym życie bohatera zakończone niemal dwie dekady później, zostaje domkniętych. Tym razem już w barwach o wysokiej saturacji, wizualnej ciekawostce niczym Rhodes w instrumentarium pianisty w latach 70. Grant Gee swoim fabularnym debiutem pokazuje, że w wyświechtanym gatunku wciąż można iść na przekór konwencjom, odważnie wkładając kij w szprychy. Nie boi się małej ilości muzyki ani rozhisteryzowanych planów czasowych. W jego ujęciu czuć pasję do postaci Evansa, ale jest w tej fascynacji miejsce na gorzką myśl. Zanim zdecydowałam się zatytułować tekst po klasycznej dla jazzowego repertuaru pianistycznego (dzięki Redowi Garlandowi czy Ahmadowi Jamalowi) piosence ludowej, myślałam w końcu o nawiązaniu do występów Danielsena Lie u Joachima Triera. Everybody Digs Bill Evans, niczym gra tytułowego bohatera, tętni chropowatym spojrzeniem na świat i melancholią narracji. Film staje się nie tyle opowieścią o wydarzeniach z życia muzyka, ile o ich rytmie, ciszy i napięciu między zagranymi nutami; o tym, co niewypowiedziane, co niewidzialne, a jednak odczuwalne w całym ciele tak słuchacza, jak i widza.

Julia Palmowska
Julia Palmowska

Everybody Digs Bill Evans

Rok: 2026

Kraj produkcji: Irlandia, Wielka Brytania

Reżyseria: Grant Gee

Występują: Anders Danielsen Lie, Bill Pullman, Laurie Metcalf, Barry Ward, Valene Kane i inni

Ocena: 3,5/5

3.5/5