W pierwszych dniach tegorocznej edycji Berlinale zacząłem się zastanawiać, komu przyznać nagrodę naczelnego „dziadersa”: sobie, zaproszonym twórcom czy może selekcjonerom. Kolejne tytuły, poprawne, wygładzone, zaprojektowane nawet nie tyle pod festiwalowy obieg, ile konsumpcję poza reżimem kinowym, nie zostawiały wiele miejsca na formalne ryzyko. O jakimkolwiek ekscesie narracyjnym nie wspominając. Honor imprezy uratowała dopiero opowieść o dziewięcioletnim chłopcu z Argentyny, postrzyżonym za młodu na tancerza malambo.
Chociaż brzmi to dość oklepanie i sam punkt wyjścia zapowiadał kolejną przypowieść o utraconych złudzeniach – znacie niejeden ckliwy utwór, który z pląsania na scenie uczynił narzędzie klasowej emancypacji – film Lorenza Ferro i Lucasa Vignale wymyka się infantylnemu romantyzowaniu chłopięcej naiwności. To nadrealne kino dziecięcej fantazji, które nie boi się zaglądać także w jej mroczniejsze rejony. Zupełnie jakby autorzy mieli za zadanie nakręcić Wspomnienia z Żółtego Domu, gdyby bohaterem był kilkuletni Monteiro, jeszcze przed inicjacją w świat perwersyjnych dorosłych gier.
Protagonista El tren fluvial nie marzy jednak o bieliźnie sąsiadki, lecz o ucieczce z domu, w którym komunikację zastąpiła seria poleceń. Matka nie odpowiada mu na dzień dobry, ojciec na dobranoc, siostra też za cnotę uznała milczenie. Jeśli ktoś się do niego odzywa, to po to, by poprawił obraz na ścianie i zastąpił arras z Wojtyłą czymś mniej uduchowionym. Rzeczywistość diegetyczna jest bowiem objęta ramą. Dorośli chcą ją ustabilizować, dziecko natomiast woli ją przekrzywić i wprawić w drżenie. Zatem na fali niewylanych łez, kumulacji gestów czułości, które nigdy nie nastąpiły, oraz topniejącego strachu przed wyjściem ze strefy dyskomfortu Milo decyduje się roztopić w gulaszu usypiającą substancję, a następnie przemierzyć samotnie kraj tytułowym „rzecznym pociągiem”. Jak się później okaże, jego wyprawa będzie mieć charakter cyrkularny, jakby zataczał kręgi wokół miejsca, niepozwalającego się całkiem wyzwolić.
Podróż do Buenos Aires, miasta znanego mu dotąd z telewizji, nabierze wymiaru niemal tanatycznego. Z jednej strony wąskie tory i petryfikująca infrastruktura sugerują ruch wyznaczony z góry, geometryczną konieczność pędu ku śmierci, fatum po prostu. Z drugiej – spojrzenia przez okno rozszczelniają tę logikę i odsłaniają nowe pejzaże. Splot porządku i dygresji, dialektyka afektywnej mobilności i fizycznego spętania, znajduje odbicie w akademickim formacie obrazu. Ciasnota kadru może i ogranicza pole percepcji, ale też prowokuje wyobraźnię, bo przestrzeń poza nim staje się miejscem reżyserskich żartów. Wyraźnie widać to w symbolicznej scenie z ptakiem, którego przypadkowo poznany wagabunda próbuje wypuścić przez uchylony lufcik rozpędzonego składu. Zamiast wzbić się ku wolności, zwierzę wlatuje jednak do środka i przysiada na uchwycie przeciwległej szyby. Ten gest odwrócenia wyznacza dynamikę narracji – pełną gwałtownych wolt i pozbawioną tęsknoty za domem, rodziną, ale także za sensem poprzedniego ujęcia.
Powtarzane niczym zaklęcie „nie myśl, mów” staje się zasadą konstrukcyjną utworu. W języku hiszpańskim brzmi to może bardziej melodyjnie, niczym mantra. Po polsku sięgnęlibyśmy po jakiś szczeniacki aforyzm w stylu: „pierwsze słowo do dziennika”. W każdym razie całość rozbija się o to, że zamiast porządkującego „a więc”, noszącego piętno racjonalizacji, twórcy proponują spójnik „i”. Zdarzenia nie wynikają z siebie w klasycznym modelu przyczynowo-skutkowym, lecz namnażają się. Widz zostaje wciągnięty w wir anegdot. Osobliwe spotyka się z banalnym. Nie chodzi już zatem o to, która jest godzina, bo sprężyna zwyczajnie pękła, a „dla takich smarków nie ma zegarków”. W tym sensie bliżej projektowi do chłopięcych labiryntów z filmów Raúla Ruiza, takich jak Les Destins de Manoel czy Comédie de l’innocence, niż do tradycyjnej opowieści o dorastaniu.
Warstwa dźwiękowa także potęguje tę ambiwalencję. Z jednej strony współczesna i oniryczna, z drugiej umocowana we wrażliwości Mihália Víga, współpracownika Béli Tarra, łączy audialny sztafaż znany z pesymistycznych portretów Węgra z rozrywkowym brzmieniem. Obok energii ludycznej przejawia bowiem niewyrażony smutek, widmo niespełnienia unoszące się nad kolejnymi epizodami. Można to dostrzec, gdy chłopiec wygrywa casting aktorski, by chwilę później stracić rolę. W akcie imaginacyjnej zachłanności zakrada się wówczas do domu reżyserki i chowa pod łóżkiem, na którym kobieta oddaje się autoerotycznej przyjemności. Pobrzmiewa tu prowokacyjna nuta i podglądactwo rzeczonego Monteira. Ciekawość zderza się z obcością dorosłego ciała, którego poznanie odbywa się bez orgazmu, w półcieniu, „na sucho”. Aż chce się powiedzieć: zapnij rozporek, bo dziś nie wtorek.
Jakkolwiek dziwaczne nie byłyby perypetie młokosa, najbardziej zagadkowy pozostaje „odcinek” z pozyskaniem środka nasennego. Diler lepszego życia, anonimowy pośrednik w handlu marzeniami, kończy transakcję słowami: „Nie martw się zapłatą”. Czy to gest bezinteresowności latynoskiego Charona, czy zapowiedź przyszłego długu? Twórcy zostawiają nas z obrazem rozrabiaki, który odważył się wsiąść do byle jakiego pociągu, nie wiedząc, czy to wehikuł wolności, czy ponowna próba ustawienia jego przyszłości. Co ciekawe, biletami kolejowymi w tym szalonym świecie są dziecięce bazgroły, jednak rolę ich kontrolera, a więc interpretatora, tandem artystyczny z ufnością powierzył widzom. Ferro i Vignale udowodnili tym samym, że po filmowych szynach powinni móc jeździć nawet na gapę, bo żaden cennik nie uwzględni skali ich talentu. Oby dotoczyli się jakimś trafem nad Wisłę.
The River Train
Tytuł oryginalny: El Tren Fluvial
Rok: 2026
Kraj produkcji: Argentyna 🇦🇷
Reżyseria: Lorenzo Ferro, Lucas A. Vignale
Występują: Milo Barria, Rita Pauls, Mariano Barria i inni
Ocena: 4,5/5