Gdy Ari Aster oddawał w ręce widowni Dziedzictwo. Hereditary czy Midsommar. W biały dzień >, publika nosiła go na rękach, obwieszczając początek samozwańczego ruchu „nowej fali horrorów”, mówiąc o nim jako przyszłości Hollywood i wieszcząc deszcz nagród. W trzecim filmie, <i> Bo się boi , opowiedział o swoich lękach, zekranizował własną projekcję terapii, rzucając freudyzmami na lewo i prawo. Po wówczas nieco odrzuconym projekcie przez publikę nadszedł czas na Eddington – polityczny manifest o podziałach w Stanach Zjednoczonych, który na ten moment zamyka debatę o talencie Amerykanina. Kolejny zaszczuty samozwańczy prorok, tym razem dobrze, bo fałszywy.
Temat pandemii wydaje się sprytnie ominiętym obszarem we współczesnym kinie. Rzadko spotykane amerykańskie produkcje najczęściej wykorzystywały COVID-19 do tworzenia apokaliptycznych tasiemców, paradoksalnie budujących strach w społeczeństwie oraz spłycających problem szybko rozprzestrzeniającej się śmiertelnej choroby. Po drugiej stronie barykady stanęli europejscy autorzy, szukający wpływu izolacji na jednostki próbujące odnaleźć się w nowej rzeczywistości, co znaleźliśmy chociażby w Dziennikach ewoinpreis [NASZA RECENZJA] Miguela Gomesa. Prawdopodobnie najlepszym ujęciem okołocovidowych zawirowań, do tego niebezpośrednio opowiadającym o chorobie, był Niefortunny numerek lub szalone porno Radu Jude [NASZA RECENZJA]. U rumuńskiego reżysera pandemia stała się katalizatorem i narzędziem do analizy zacofania wspólnoty w temacie seksualności oraz popchnęła go do obserwacji stale zwiększających się społecznych podziałów, większych niż dwa metry wprowadzone na skutek obostrzeń.
W podobne tony chce uderzać najnowszy długi metraż Ariego Astera, który jak sam opowiada w wywiadach – „spróbował zobrazować Amerykę w stanie strachu i niepokoju”. Eddington staje się archetypem studni bez dna przedstawiającej wszystkie grzechy Stanów Zjednoczonych oraz ich obywateli. Czym nas częstuje twórca? Kłamstwami mediów, sekciarstwem, szuryzmem, fanatyzmami, prawicowym i lewicowym radykalizmem, big techem, big pharmą, AI, toksyczną męskością, zbiorową traumą i żałobą, upadkiem kolektywizmu czy chyba najbardziej odlotowym w środkach przekazu – zagrożeniem ze strony antify. Sporo miejsca poświęcono krytyce korporacji, co otwarło furtkę do interesującej debaty punktującej fałsz liberałów i ich poddaństwa kapitalizmowi. Już w podobne tony uderzał debiut Bootsa Riley’a Przepraszam, że przeszkadzam, gdzie elementy surrealizmu funkcjonowały jako forma protestu wobec leseferyzmu. Wymieniać można bez końca, ponieważ Amerykanin co scenę zmienia akcenty, żongluje gatunkami, upycha kolejne tematy, po czym nie pochyla się chociaż na chwilę nad większością z nich. Ten kolos, amalgamat polityki USA o ambicjach altmanowskiego Nashville stoi na glinianych nogach. Upadek jest tym silniejszy, jeśli spojrzy się na bezmyślny pęd w uchwyceniu jak najszerszego uchwyceniu covidowego zeitgestu w ciągu 150 minut.
Jeśli zagramy w grę Astera, który często mówi o uniwersalności produkcji, to burmistrz-Pedro Pascal jest Rafałem Trzaskowskim, finansowanym przez wielkie korporacje i grającym rolę ulubieńca fanów. Jego osoba przedstawia współczesną figurę neoliberalnego polityka – opartą na pustych sloganach, ale miłą dla oka, wierzącą w ideały demokracji. Joaquin Phoenix staje się przeciwieństwem dopełniającym degrengoladę obecnych czasów, kimś na kształt Sławomira Mentzena – gra szeryfa, którego życiowa ideologia to chłopskorozumizm. Jego reakcje, oparte na intuicji i lokalnej tradycji, są bezużyteczne wobec strukturalnych problemów miasteczka. Eddington za to w tej układance to idealne odwzorowanie Końskich – archetypu miasta, które raz na kilka lat otwiera swoje okno na świat, łączące wszystkie poglądy każdej ćwiartki kompasu politycznego.
Wartym uwagi jest aspekt mediów, klasycznych i społecznościowych, które wraz z tematem traumy uzupełniają silnik napędzający całą narrację o miasteczku. Wszyscy żyjemy w spektaklu – ramię w ramię zgadzają się Ari Aster i Guy Debord. W tej interpretacji pandemia to wydarzenie interpretowane w zależności od punktu widzenia, gdzie mogą znaleźć się kłamstwa lub jak sam szeryf zauważa – informacje kreowane na skutek emocji i osobistych przekonań.
Dlatego w aspekcie budowania narracji wokół postprawd reżyser Midsommar. W biały dzień czerpie garściami z teorii hiperrealności Jeana Baudrillarda, co samo w sobie może doprowadzić do stworzenia wyszukanej dystopii niczym w Southland Tales Richarda Kelly’ego. Tytułowe miasteczko to w końcu przestrzeń symulacji z perwersyjną nutą amerykańskości. Jednak u Astera próżno szukać pomysłów inscenizacyjnych, światotwórskiej wyobraźni czy przysłowiowego luzu niczym u jego starszego kolegi po fachu. Eddington staje się więc próżnią bezrefleksyjnego sygnalizowania tematów, łączenia kropek oraz pokazem braku świadomości społecznej. Nawet najciekawszy wątek, ucieczki żony szeryfa do sekty, będącej alternatywą wobec strukturalnego bezwładu i patriarchalnego porządku, zostaje potraktowany marginalnie względem samczych rywalizacji o to, kto ma większe jaja. Brakuje też polotu prezentowanego przez bohatera tegorocznej retrospektywy, który w swojej Ziemii w transie pokazał do czego prowadzi zamach stanu i budowanie społeczeństwa na kłamstwie.
Całości nie pomaga spora ilość ironii, w której Aster chce przekazać jak bardzo jest poza systemem. Nawet jeśli Amerykanin operuje pewnym rodzajem kwasowości, wykorzystuje uczucie niepokoju, często zmienia muzykę, eksperymentuje z montażem, pracą kamery, przez co mamy doświadczyć najbardziej odlotową i jednocześnie przyziemną wersję amerykańskiej rzeczywistości, to ostatecznie prowadzi do niekontrolowanego chaosu, w którym z każdą minutą nie chce się uczestniczyć.
Gdyby opisać Eddington jednym gifem, to najbardziej pasowałby viral z Pedro Pascalem, który wpierw się śmieje, a po chwili nagle zaczyna płakać. To perfekcyjne odzwierciedlenie energii projektu Ariego Astera, gdzie uśmiech przeradza się w dwuipółgodzinną walkę o przetrwanie przed ekranem. Idealną wizytówką jest też fatalny występ chilijsko-amerykańskiego aktora, na którego od kilku lat nabiera się Hollywood. Nawet jeśli pojawia się smutna i do tego trafna obserwacja, że w każdym z nas drzemie duch konserwatysty, to od razu gubi się pod ciężarem antywesternu czy męczących kolejnych dawek ironii. Mimo, że żart z firmą Solidmagikarp udał się, to najnowszy długi metraż Astera jest niczym właśnie pokemon ukryty w nazwie. W jednym z wywiadów twórca opowiadał, że ojciec odradzał mu pisanie scenariusza i wrzucenie się w wir tworzenia po porażce Bo się boi. To kolejny przykład na to, że czasem warto słuchać rodziców.
Eddington
Rok: 2025
Kraj produkcji: USA
Reżyseria: Ari Aster
Występują: Joaquin Phoenix, Pedro Pascal, Emma Stone, Austin Butler i inni
Dystrybucja: United International Pictures
Ocena: 1/5