Po rozbuchanych, zyskujących międzynarodowy rozgłos rekonstrukcjach powodzi tysiąclecia i katastrofy „Jana Heweliusza” Jan Holoubek w końcu zebrał odpowiednie fundusze i odważył się dołożyć swoją cegiełkę do polskiej tradycji opowiadania o II wojnie światowej. Scenariusz Aleksandry Takuskiej, łączący bagaż historyczny terenów Generalnego Gubernatorstwa z kryminalno-westernową konwencją, czekał na realizację aż 13 lat. Czy efekt końcowy faktycznie okazał się oryginalną propozycją potraktowania tematyki, godnie kontynuującą tradycję polskiego „easternu” spod znaku Prawa i pięści?
Miasteczko gdzieś na pograniczu, na poły opustoszałe, przykryte zasłoną kurzu (albo, jak w tym przypadku, warstwami zmarzniętego śniegu). Krążą pogłoski, że mają tu złoto. Przybywa jeździec znikąd (Itay Tiran), bezczelnie roszczący sobie prawo do zakwaterowania i zadający miejscowym niewygodne pytania. Każdy skrywa tu jakiś sekret. Jest samozwańczy szeryf, czy też zarządca majątku (Robert Więckiewicz), który próbuje zadbać o względny porządek, ale tak naprawdę w szachu trzyma go szajka bimbrowników (Jacek Beler i dwóch Chabiorów). Galerię archetypicznych bohaterów uzupełniają lokalny pijaczek (Jacek Koman), poczciwy rolnik (Piotr Trojan) z żoną (Joanna Kulig) i dziećmi, który podobno nic nie wie i nie chce żadnych kłopotów, oberżysta o artystycznej duszy (Borys Otawa) oraz postawny, siejący postrach bandzior z Meksyku czy innej Ukrainy (Ołeksandr Jacentiuk). Na ten moment wszystko się zgadza – dorzućmy jeszcze tylko kilku esesmanów, rewolwery zastąpmy mauserami, a pociągi z wagonami bydlęcymi przekierujmy do innej stacji końcowej…
Trzeba przyznać, że pomimo quasi-pastiszowej konwencji Dziki, dziki wschód przez większość czasu daje się traktować bardzo serio. Holoubek wprawnie konstruuje mikroświat Małego Zalesia, rozstawiając pionki, mnożąc zagadki i komplikując motywacje. Groza wojny i ciężar moralnego rozmycia pozostają nieustannie odczuwalne. Pojedyncze sceny, takie jak balansująca między próbą lojalności a homoerotycznym napięciem dysputa dwóch wzorcowych aryjczyków o wartości żydowskiej sztuki, czy rozpaczliwy apel matki (Magdalena Różczka) do niemieckiego urzędnika o wieści na temat losów syna w obozie, są napisane i zagrane nienagannie, a zarazem niepodręcznikowo. Dodatkowo zdjęcia Bartłomieja Kaczmarka mistrzowsko operują mocnymi czerniami i zimnymi błękitami, rzeźbiąc neo-noirową estetykę z prawdziwego zdarzenia – zbawienna odtrutka na wszechobecne także na polskim podwórku netfliksowe przejaskrawienie i przesaturowanie.
Jednakże, tak jak wszystkie dotychczasowe produkcje Jana Holoubka, obraz znacznie więcej obiecuje, niż daje. Przeciągnięte zawiązanie akcji intryguje mnogością potencjalnych kierunków rozwoju (zaginieni Żydzi i ich rachmistrz, tajemnice poukrywane w każdej suterenie i stodole oraz złoto, o które gotowe zginąć są tak różne grupy, jak organizatorzy powstania w getcie i banderowcy), by potem nieuchronnie znużyć, odsłaniając nadmiar tropów nieprowadzących do niczego nadprogramowo zaskakującego i jeszcze bardziej dystansując od historii coraz większą mętnością charakterologiczną. Przy którejś przewrotce fabularnej przestaje mieć znaczenie, kto udaje kogoś innego, kto kolaboruje, kogo motywuje czysta chciwość, a kto tylko trzyma kotki w piwnicy – noirowa niejednoznaczność staje się tu pretekstem do szkicowości rysów psychologicznych.
Broniąc obrazu, można byłoby pokusić się o życzliwą interpretację: że bohaterowie trudni w jednoznacznej ocenie (z racji trudnych czasów) stanowią jakąś opozycję do prostych podziałów na dobro i zło, które miały na potęgę funkcjonować w klasycznych opowieściach o Dzikim Zachodzie (dyskusyjne). Praca domowa z gatunku okazuje się jednak odrobiona po łebkach, gdy obraz zniża się do najbardziej oczywistych cytatów z westernu w wydaniu makaroniarskim, każąc protagoniście powtórzyć popisowy numer Clinta Eastwooda z przestrzeleniem wisielczego sznura. Ostatecznie jawi się to wszystko jako próżna zabawa, do tego pozbawiona śladów autoironii – jak wiadomo, filmów Holoubka nigdy nie można oskarżać o choćby namiastkę poczucia humoru.
Na domiar złego bezpośrednio po tarantinowskiej kulminacji dla gatunkowego sztafażu reżyser podejmuje kompletnie nietrafiony cios w decorum, w finale zabierając widzów na wirtualną wycieczkę po miejscach kaźni, pełną naturalistycznych detali pracującej machiny śmierci. Wstrząs psychologiczny toczy w tym momencie nieustanny bój z poczuciem pewnej niestosowności, braku wyczucia w kwestii tonu czy formy przekazu – pełna umowności opowieść o moralnej złożoności przeobraża się w drastycznie dosłowny obraz banalności zła. I nie wydaje się to przemianą zasłużoną, a szytą grubymi nićmi igraszką z emocjami: koniec zabawy, teraz wspominamy Zagładę. Zupełnie jakby Holocaust był tu jeszcze jednym zwrotem akcji.
Dziki, dziki wschód to film z ogromnym potencjałem, który tylko częściowo udało się wykorzystać. Zarówno dobór czasu i miejsca akcji, jak i gatunkowych tropów tworzy doskonałą matrycę trzymającej w napięciu fabuły o zdradzie, walce o przetrwanie za wszelką cenę i uwikłaniu w okoliczności historyczne. Podobnie film Holoubka odczytywany jako przestroga przed śmiertelnymi zagrożeniami płynącymi z nacjonalizmów zdaje się owocem dobrych intencji – nawet jeśli w kontekście ludobójstwa nadal dokonywanego przez państwo Izrael kolejny powrót do tematu bierności czy współudziału Polaków w cierpieniu Żydów wydaje się przestrzelony w czasie, podobnie jak jednocześnie negatywny obraz Ukraińców w filmie, którego premiera niefortunnie zbiega się z okresem apogeum ksenofobicznych nastrojów. Finalnie więc otrzymujemy produkcję ciekawą na poziomie filmowej estetyki, ale taką, która nie trafi w gusta ani publiczności oczekującej niezobowiązującej rozrywki (za długo się rozkręca i jeszcze te krematoria na koniec), ani spragnionej refleksji nad historią (zbyt niepoważne i powierzchowne).
Dziki, dziki wschód
Rok: 2026
Kraj produkcji: Polska
Reżyseria: Jan Holoubek
Występują: Itay Tiran, Robert Więckiewicz, Joanna Kulig i inni
Dystrybucja: Warner Bros Polska
Ocena: 2,5/5