Kolońskiemu koncertowi Keitha Jarretta dopiero co stuknęło 51 lat. Z okazji okrągłej rocznicy tego legendarnego występu pokrętną historię jego powstania postanowił opowiedzieć Ido Fluk. Film stanowił jeden z niewielu polskich akcentów podczas zeszłorocznego Berlinale: koprodukowała go Ewa Puszczyńska (Strefa interesów, Prawdziwy ból), część ścieżki dźwiękowej to debiutanckie dzieło Huberta Walkowskiego, a za barwne kostiumy odpowiadała Aleksandra Staszko (Zimna wojna, Baby Bump). W lipcu produkcja trafiła do polskich kin, a teraz możemy ją oglądać w ramach Tygodnia Filmu Niemieckiego.
To nie jest film o koncercie kolońskim – i jest to w pełni intencjonalne. Pobudek w projekcie należy szukać w biografii organizatorki wydarzenia, która w tamtym momencie dopiero wkraczała w dorosłość. Fluk, wspominając pierwsze spotkanie z Verą Brandes, przytacza jej reakcję ulgi, jakby zniecierpliwiona czekała na gościa: wreszcie ktoś się tym zainteresował! Próżnoś repliki się spodziewał u samego Jarretta. Ten do swojego legendarnego nagrania stosunek ma – dość rzec – negatywny, deprecjonując je do tego stopnia, że zdarzyło mu się wyrazić już niegdyś pragnienie zniszczenia wszystkich jego kopii. Mniejsza z kwestią niemożności takiego dokonania w epoce digitalizacji i na tym etapie historii już dystrybucyjnej anarchii, ale przy The Köln Concert byłoby to tym bardziej trudne. Ten triumf muzyki improwizowanej do dziś pozostaje w końcu najlepiej sprzedającym się albumem zarówno w historii samej pianistyki, jak i solowych nagrań jazzowych.
Należało zacząć od tej kwestii, bo gdyby traktować film jako opowieść o samym koncercie i jego fenomenie Dziewczyna z Kolonii wypada blado. Do takiego stanu rzeczy ekranizacje życiorysów jazzmanów zdążyły już przyzwyczaić, ale tutaj pikanterii dodawał fakt, że Jarrett nie tylko odmówił jakiegokolwiek zaangażowania siebie w projekt, ale i swojej muzyki – w tym nagrań kolońskich, w czym popierał go oczywiście producent Manfred Eicher. Porównując film Fluka z celuloidowym zapleczem ECM-u, nie ma się co dziwić – leży od niego dość daleko. Przyszło mu więc się zmierzyć z zadaniem tyleż trudnym, co ekscytującym: okrążyć temat koncertu Jarretta w taki sposób, aby dobitnie przekazać, o co właściwie toczy się stawka, ale bez uciekania do samej muzycznej materii. Na szczęście została mu główna bohaterka w interpretacji Mali Emde, która mogłaby charyzmą podźwignąć niejeden film.
Vera Brandes zajęła się organizacją koncertów, kiedy miała zaledwie 15 lat. Zadziorna, zbuntowana do granic możliwości, napędzana pragnieniem niezależności, ale i witalną siłą samej muzyki, szybko nawiązywała kontakty z odwiedzającymi Niemcy muzykami. Notorycznie kłamała na temat swojego wieku i dobrze wykorzystywała pożądliwość artystów czy ich tendencje do przekraczania granic, co w połączeniu z niesamowitym skupieniem na postawionych celach i wielką energią pozwoliło jej osiągnąć wyjątkową pozycję, jak na ten okres, etap życia i fakt, że żadna z niej zstępna Rothschildów. Mala Emde, mimo że bliżej jej do trzydziestki, buzuje charyzmą, jakiej można by się spodziewać po dziewczynie, która – osiągając pełnoletniość – miała już na koncie organizację koncertu jednego z najważniejszych pianistów jazzowych epoki w Operze Kolońskiej.
Udało się to pomimo licznych przeciwności losu – „szyny były złe, a podwozie też było złe” – tak licznych, że Fluk rzeczywiście ma z czego kleić. Wybiera do tego modne chwyty narracyjne, podążając ścieżką Big Short McKaya czy zeszłorocznego Wybrańca Abbasiego. Bohaterowie notorycznie łamią czwartą ścianę metafilmowymi gestami, co rusz wchodząc w rolę dynamicznych dydaktyków. Tłumaczą, za co szanować Ronniego Scotta, Jarretta czy towarzyszącego mu Eichera, hasłowo, ale i nerwowo, co by nikt przypadkiem nie stracił zainteresowania. W takim filmie John Magaro nie miał innego wyboru niż rozgrywać bingo archetypowego ekscentrycznego geniusza. Momenty tzw. uczłowieczania pianisty również się to swoim wykonaniem wpisują. Najważniejszą żywą tkanką i jedyną, której – przede wszystkim dzięki samej niezwykłej biografii – udaje się wyrosnąć afektem ponad amerykańskie schematy storytellingu, jest Brandes.
Choć puzzle, z których złożona została Dziewczyna z Kolonii, zostały uformowane w stylu jankesów, co nie wydaje się dziś szczególnie ciekawą – nawet jeśli dydaktycznie przydatną – stylistyką, to pulsująca energia Emde wciąż ją w jakiś sposób wyróżnia. Być może od spójnych ECM-owych narracji estetycznych stoi daleko, ale ekscytację młodzieńczego köln dream ożywia z sukcesem.
Dziewczyna z Kolonii
Tytuł oryginalny: Köln 75
Rok: 2025
Kraj produkcji: Niemcy, Polska, Niemcy
Reżyseria: Ido Fluk
Występują: Mala Emde, John Magaro, Michael Chernus, Alexander Scheer i inni
Dystrybucja:
Ocena: 3/5