Współczesne kino cierpi na chorobę wielkości. Twórcy stale prześcigają się w intensyfikowaniu doznań. Obraz musi być większy, szerszy i ostrzejszy, dźwięk głośniejszy, emocja natychmiastowa i obezwładniająca. Maksymalizacja wrażenia jest ważniejsza, odzierając film z duszy. W tej estetycznej hipertrofii Dry Leaf Alexandre’a Koberidze pojawia się jak drobne pęknięcie. W intymności jest metoda, ponieważ dzięki kilku rozmytym barwom na ekranie udało się stworzyć obraz, który idzie pod prąd współczesnej filozofii filmowych spektakli.
Wszystko zaczyna się od krajobrazów w skrajnie niskiej rozdzielczości. Rozmazana zieleń, nieostry zarys drogi, pojawiają się powoli na horyzoncie różne kształty budynków. Zwierzę pozostaje abstrakcją, dopóki nie przebiegnie blisko obiektywu. Zdegradowany obraz zarejestrowany przy użyciu przestarzałego telefonu komórkowego nie jest tu efektem nostalgii ani prowokacji. Podróż Irakliego, poskładana z wizualnych plam, przypomina archiwum cyfrowych wspomnień niczym z popularnego kilka lat temu Snapchata: efemerycznych, wybiórczych, często niekompletnych. Kino przestaje tu pełnić funkcję informacyjną, stając się narzędziem testowania percepcji, na pohybel mainstreamowym produkcjom, które systematycznie rozleniwiają widownię totalną przejrzystością.
Fabuła filmu, zredukowana do absolutnego bare minimum niczym w Trenque Lauquen [NASZA RECENZJA] Laury Citarelli, pełni funkcję ramy. Impulsem do podróży jest informacja o zaginięciu córki, która wyrywa Irakliego, nauczyciela gimnastyki, z dotychczasowego życia. Rzuca on wszystko i wyjeżdża w głąb gruzińskiej prowincji. W tułaczce towarzyszy mu Levani, najbliższy przyjaciel pierworodnej, obecny wyłącznie jako głos. Nieobecność ciała nie tylko przynosi na myśl najznakomitsze projekty Terrence’a Malicka. Ujawnia nieufność Koberidze do obrazu jako narzędzia zawłaszczenia rzeczywistości. Podobnie jak w In Water [NASZA RECENZJA] Hong Sang-soo, jest to gest sprzeciwu wobec idei kina, które wystawia wszystko na tacy.
Nie znajdziemy tu mitologicznych figur, 108 zalotników ani obietnicy spektaklu, podobnej do tej serwowanej nam w zwiastunach Nolana. Odyseja Koberidze rozgrywa się poza heroicznym porządkiem. Rządzi nią przypadek i jego konsekwencje, rozbijając typowo ludzką potrzebę kontroli nad życiem. Sam tytuł Dry Leaf przywołuje technikę uderzenia piłki spopularyzowaną w latach 50. przez Didiego, której tor lotu przypominał opadający liść. Dla bramkarzy był on nieczytelny i wymykający się ramom kalkulacji. Podobnie nieuchwytne pozostają losy Lisy, dokumentującej gruzińskie boiska. W filmie funkcjonują one jako miejsca skondensowanej pamięci: miejsca dziecięcych fantazji o wielkich stadionach czy jako lokalne centra życia wspólnotowego. Jednocześnie to krajobraz transformacji postsowieckiej, erozji wiejskich struktur czy w końcu zielone groby niespełnionych marzeń. W tym aspekcie Dry Leaf rezonuje z Pacifiction [NASZA RECENZJA], gdzie pejzaż Polinezji Francuskiej staje się krajobrazem ciągłego oczekiwania, politycznego zawieszenia i dodatkowo, kolonialnego zmęczenia.
Rodzinny wymiar przedsięwzięcia mógłby łatwo skierować film w stronę taniego sentymentalizmu. Obsadzając w roli głównej swojego ojca i powierzając muzykę bratu, Koberidze nie wzmacnia ekspresji, lecz ją wycisza. Emocje zostają stłumione, zamknięte w rozmytym konturze męskiej sylwetki, artykułowane półgłosem, w niemal monotonnym rytmie. Nawet momenty największego wyczerpania rozbijane są dyskretnymi, quasiironicznymi gestami, które nie unieważniają straty, lecz pozwalają jej wybrzmieć bez patosu. W tej powściągliwości Gruzin sugeruje, że czasem jedyną odpowiedzią na bezradność pozostaje uśmiech, nie jako ucieczka, lecz sposób przetrwania.
W rzeczywistości zdominowanej przez generatywne obrazy, kompulsywne montaże i wszechobecne mierne CGI, gdzie z drugiej strony reżyserzy cierpią na manię wielkości, oferując nam pozbawione duszy obrazy o perfekcyjnej ostrości, Koberidze wybiera drogę świadomego wycofania, koncentrując się na namacalnych środkach wyrazu. Rezygnacja z wizualnej precyzji i narracyjnej ciągłości otwiera przestrzeń dla kina bliskiego medytacji, rozważające dzieło przypadku, jak i nowe spojrzenie w temacie rozumienia straty. To hołd zapalonego kibica w stronę piłki nożnej z całym bagażem gruzińskiej historii, również poniekąd w kierunku ich towaru eksportowego Khvichi Kvaratskhelii. W polskim filmie już wyobrażam sobie takie tournée po orlikach zbudowanych przed Euro 2012 za rządów Donalda Tuska. I choć Dry Leaf nie oferuje metafizycznego ukojenia czy katharsis w relacji ojciec-córka, jak poniekąd Jedna bitwa po drugiej, tak cytując spuściznę malarstwa postimpresjonistycznego – projekt Gruzina to iskierka nadziei. Nadziei, że w morzu bliźniaczych produkcji, znajdzie się więcej podobnych ukrytych perełek jak film Koberidze. Nie trzeba krzyczeć, żeby zostać usłyszanym.
Dry Leaf
Rok: 2025
Kraj produkcji: Gruzja
Reżyseria: Alexandre Koberidze
Występują: David Koberidze, Otar Nijaradze
Ocena: 5/5