Welcome to the United States – recenzja filmu „Do granic”

Trudno trafić na duży ekran prostszymi środkami: 74 minuty, 17 dni zdjęciowych, akcja zamknięta w poczekalni i dwóch pokojach bez okien w strefie przejściowej dla migrantów na amerykańskim lotnisku. Tu naprzeciw siebie czwórka aktorów: dwoje agentów i przylatująca z Europy para trzydziestolatków. Tak z grubsza wygląda film, który w polskich kinach domyka ekranowy sezon otwarty jesienią Zieloną granicą. Ta zresztą tego samego dnia miała premierę na hiszpańskich ekranach, wywołując mieszane reakcje krytyki, chwalącej wielogłosowość narracji i protestującej wobec emocjonalnych szantaży. Oba filmy łączy sporo. Przede wszystkim są efektem bardzo osobistej potrzeby opowiedzenia o niesprawiedliwości – tej systemowej, politycznej i tej społecznej, pełnej mikrouprzedzeń. Oba obierają za temat migrację i punktują różne tony rasizmu. Jednocześnie są rezultatem przeciwstawnych strategii dramaturgicznych – epicki, interwencjonistyczny, chóralny dramat Holland i minimalistyczny, skrojony niemal na deski teatru thriller psychologiczny – jak pozycjonują go producenci – debiutanckiego duetu wenezuelskich reżyserów: Alejandro Rojasa i Juana Sebastiána Vasqueza.

W akcję obu filmów wprowadza bliźniacza sekwencja, gdy w samolocie zaprzyjaźniamy się z bohaterami – podróżnymi ciekawymi jutra w nowym świecie, do którego zmierzają z mieszanką nadziei i ekscytacji, na razie zawieszeni między dwiema rzeczywistościami, ale też równorzędni, jak numery foteli, zalegalizowani biletem. W kinie jesteśmy w podobnej sytuacji, tym łatwiej nam wejść z nimi w komitywę. Holland wyraźnie podkreśla ich inność, u Rojasa i Vasqueza są już jednak tacy jak my: średniaki w ciuchach z sieciówki, które wymazują ewentualne kulturowe różnice. Lubimy ich, jak lubi się młodych ludzi, którzy ruszają po prostu przed siebie, szukając swojego miejsca na ziemi. Zarówno papiery, jak i intencje wydają się mieć w porządku, a celnikom mogą nawet pomachać zieloną kartą wygraną w loterii wizowej, gwarantującą im prawo do stałego pobytu. Elena (znana w Polsce z równie rewelacyjnej roli w Lecie 1993 Bruna Cusí) w lotniskowym nie-miejscu czuje się swobodnie – jest obywatelką świata z zachodnioeuropejskiej metropolii; pochodzi z diaspory barcelońskich, dobrze sytuowanych mieszczuchów, którzy mogą sobie pozwolić na pewność siebie i luz, nie tylko wybierając artystyczny zawód, ale i stawiając się funkcjonariuszom. Diego (Alberto Amman) odwrotnie: ma porządny fach urbanisty, ale i wyraźną nerwicę natręctw. Maca się wciąż niezgrabnie po kieszeniach, sprawdzając dokumenty, szybko jednak orientujemy się, że jego ręce spocone są gorszym, latynoskim, a konkretnie wenezuelskim pochodzeniem. A jesteśmy w 2019 roku, gdy Trump zamiast miast, obiecuje budowę muru przeciw latynoskiej emigracji.

Podczas kontroli paszportowej bohaterowie skierowani zostają na inspekcję osobistą, ciągiem korytarzy w głęboki brzuch lotniska, przestrzeń jeszcze bardziej liminalną, przejściową, nieokreśloną. Tu podstawowe prawa obywatelskie, jak to do prywatności, zaczynają ulegać stopniowemu trawieniu, a postępujący rozkład sięgnie najbardziej intymnych sfer. Kto z dwójki może stracić więcej w kolejnych aktach konfrontacji z aparatem amerykańskiej kontroli? Rozgrywanie tego pytania na kilku poziomach, żonglerka rolami ofiar i oprawców, niczym w Zimbardowskim, więziennym eksperymencie, jest kołem zamachowym i największym psychologicznym triggerem filmu, który dramat migracji ujmuje w portrecie pary łamiącej się pod wpływem instytucjonalnej przemocy. Dobrowolnie, podobnie jak dobrowolne jest tymczasowe więzienie w tym prawnym limbo. Bo nikt ich tu na siłę nie trzyma, o czym nie omieszka wspomnieć jeden z agentów, którzy z obojętną pewnością siebie, ale i wyraźną nutą sadyzmu będą konsekwentnie przekraczać swoje uprawnienia i nadużywać władzy. Tak zwanemu Zachodowi jak zawsze wystarcza to jedno, niemal ezoteryczne hasło-wytrych: „stan bezpieczeństwa”, które z podobnym cynizmem zawiesza prawa demokracji w Stanach, Palestynie czy na Podlasiu. Wobec aparatu państwa wszyscy jesteśmy podejrzani, napiętnowani paranoją abstrakcyjnej „winy”, mówią reżyserzy, sugerując, że być może totalitarystyczne zagrożenia, jedna z czołowych obsesji drugiej połowy XX wieku, nie są tak odległe. Ich źródło leży jednak gdzie indziej niż wskazuje amerykańska, w tym hollywoodzka propaganda, zmuszając nas od odwrócenia wzroku od metod uprawiania polityki samych Stanów Zjednoczonych.

Do granic unika bombastycznej retoryki. Nie używa konwencji kina akcji czy społecznego melodramatu, by rzucać na graniczne płoty uciekających przed bombami czy głodem Arabów ani meksykańskich handlarzy bronią. Mimo to miejscami wydaje się przekraczać granice prawdopodobieństwa w stopniu ostentacji czasem wręcz groteskowej rozgrywki, jaką prowadzą amerykańscy urzędnicy. Jednak wystarczy pobieżna lektura wywiadów z twórcami, by przekonać się, że oparli oni scenariusz na zupełnie realnych, prywatnych doświadczeniach. W przeciwieństwie do emocjonalnego tytułu nadanego przez polskiego dystrybutora, film jest wzorcem z Sèvres: wierny ideałom formalnej dyscypliny, oszczędności i unikania prostego efekciarstwa. Pozbawiony muzyki, kręcony z ręki, zacieśniający stopniowo w przeciwujęciach plany aż po natrętne zbliżenia może służyć za podręcznik operatorskiego języka i montażu, budowania prostymi środkami zarówno klaustrofobii fizycznego zamknięcia, jak i psychologicznej presji, poczucia bezbronności jednostki, rosnącego braku oparcia, gasnącej nadziei i traconej niewinności.

Reżyserzy, świadomie przesuwając narracyjne wahadło między filmową psychoterapią a zinstytucjonalizowaną torturą psychologiczną, w Do granic przeprowadzają radykalne potępienie polityki antymigracyjnej opartej na ksenofobicznym dyskursie różnicowania i rasizmie. Jak deklarują, zależało im na odsłonięciu absurdalnej logiki i imperialistycznej arogancji arbitralnie przyznającej migranckie przywileje w zależności od kraju pochodzenia. Temu niepozornemu filmowi udaje się znacznie więcej i pewnie dlatego, przemknąwszy przez ekrany kin w Hiszpanii, stał się tam następnie przebojem platform streamingowych – empatycznie, z bliska wciąga nas w proces, przez który przechodzi para bohaterów, pokazując, jak przemocowa hieratyczność rezonuje w kolejnych społecznych sferach, wywołując dalsze napięcia: od geopolitycznych, przez rasowe, po płciowe, zarówno w makro, jak i mikroskali. Trudno o lepsze memento wobec wyników europejskich wyborów, a w Polsce kontynuacji przez obecny rząd dotychczasowej polityki na wschodniej granicy.

Magdalena Link-Lenczowska

Do granic
Tytuł oryginalny:
Upon Entry (La llegada)

Rok: 2022

Kraj produkcji: Hiszpania

Reżyseria: Alejandro Rojas, Juan Sebastián Vasquez

Występują: Alberto Ammann, Bruna Cusí, Ben Temple, Laura Gómez

Dystrybucja:  Gutek Film

Ocena: 3,5/5

3,5/5