Po wieloletnim paśmie niepowodzeń Gus Van Sant wrócił w niespodziewanym stylu. Skłamałbym, mówiąc, że w wielkim, bo Dead Man’s Wire to raczej kino prostszych przyjemności. Nie zmienia to faktu, że jest udane, po części przez nieuniknione skojarzenie z Pieskim popołudniem – są lata 70., zakładnik, media jako katalizator emocji, a nawet drobna rola puszczającego oczko Ala Pacino.
Różnice też są liczne i znaczne. Przede wszystkim Van Sant obdarł swój film z jakiejkolwiek powagi. W czasie gdy opowieść Lumeta zaskakująco się zmieniała, pogłębiała i poruszała, reżyser Mojego własnego Idaho od pierwszych scen prezentuje jak na tacy banalną psychologię. Sytuacja jest klarowna: Tony Kiritsis (Bill Skarsgård), drobny przedsiębiorca z wyrzutami wobec systemu, porywa brokera swojego kredytu (Dacre Montgomery) i zakłada mu na szyję tytułowe ustrojstwo – strzelbę podłączoną drutem do spustu i własnego karku. Z taką „polisą ubezpieczeniową”, oznaczającą śmierć porwanego w przypadku jakiejkolwiek interwencji policji, Kiritsis dojeżdża do swojego mieszkania i rozpoczyna kilkudniowe, niedorzeczne negocjacje. W tej tonalnej decyzji nie ma zasadniczo nic złego, szczególnie że zostaje konsekwentnie podtrzymana, a jej efektem jest de facto świadomie przerysowana czarna komedia.
Silną stroną tej produkcji jest jej satysfakcjonująca stylizacja: właściwa kinu epoki pulpowa estetyka, wszechobecne odcienie beżu, ironiczne przejścia montażowe – wszystko to spina się w całość zgrabnie balansującą na granicy pastiszu. Równie dobrze wypada obsada. Colman Domingo jako lokalny DJ i idol mieszkańców Indianapolis zasila soundtrack jazz-funkowymi hitami, a wnętrze jego rozgłośni ewokuje Wojowników Waltera Hilla, kolejną kultową pozycję z lat 70. Wąsaty Skarsgård odgrywa główną rolę w szalonej szarży, dźwigając praktycznie cały humorystyczny nastrój na własnych, drżących barkach. Sprowadzający się do paru scen wkład Pacino również okazuje się bezcenny, a jego chrypliwe mamrotanie o leseferystycznym stoicyzmie jest tak samo rozbrajające, jak to słynne ogłoszenie Oppenheimera zwycięzcą Oscara – jakby mimochodem.
I choć film rozgrywa się w 1977 roku, reżyser wyraźnie trafia w dzisiejszy zeitgeist, podobnie jak przed dwoma dekadami w Słoniu. W transmitowanej w telewizji konferencji (zdjęcie z której przyniosło Johnowi H. Blairowi nagrodę Pulitzera) Kiritsis nazwał się bohaterem narodowym. Wielu go wspierało, choć jego motywacją nie była bieda, tylko przekonanie, że pozbawiono go zysku. „My business are my children” – mówił, żądając milionów odszkodowania. Trudno nie dostrzec w tym ironicznej paraleli do współczesnych figur buntowników z przywilejem – chociażby Luigiego Mangione, który okrzyknięty został uciśnionym witeziem, choć zamiast niedoli doświadczył edukacji w prywatnych szkołach, opłaconych deweloperską fortuną.
Dead Man’s Wire jest prawdziwym crowdpleaserem, o czym niech świadczy chociażby reakcja widowni na przekazaną w końcowych napisach informację o ostatecznej upadłości biznesu porwanego: owacja i żywiołowy wiwat. W ogóle mnie to nie dziwi, w końcu to zabawna i podana w atrakcyjnej formie thrillerowa farsa, dobrze oddająca coraz bardziej współczesne frustracje życiem w kapitalizmie. Dłonie, również moje, same składają się do oklasków.
Dead Man’s Wire
Rok: 2025
Kraj produkcji: USA 🇺🇸
Reżyseria: Gus Van Sant
Występują: Bill Skarsgård, Dacre Montgomery, Cary Elwes i inni
Ocena: 3,5/5
