Wesela i pogrzeby to niezwykle wygodne soczewki dla opowieści o stanie społeczeństwa i jego zwyczajach jako imprezy głęboko zakorzenione w lokalnej tradycji, obecne w życiu każdego człowieka i wymuszające spotkanie rozsianych przez los członków rodzin oraz niegdyś bliskich sobie znajomych. W Dao Alaina Gomis – jednym z najlepiej przyjętych filmów tegorocznego berlińskiego konkursu – właśnie przez ich pryzmat spoglądamy na afrykańską diasporę, własne doświadczenia oraz historię kinowej antropologii.
Pod Paryżem radość – kościelne dzwony zabiły, a ślubny korowód przy dźwiękach klaksonów wylał się na uliczki. Goście w drodze do uroczej willi, gdzie chłodzi się szampan, a kucharze w pocie czoła przygotowują ucztę, wymachują flagami krajów swojego pochodzenia – barwy Senegalu, Haiti czy Gwinei-Bissau wyzierają zza okien w radosnej celebracji tożsamości. Zanim toast rozpocznie zabawę, przeniesiemy się o rok w przeszłość i tysiące kilometrów na południe. Tam inna grupa aut, tym razem terenowych, przemierza piaszczystą drogę pośród tropikalnych drzew, poszukując odpowiedniego zjazdu prowadzącego do małej wioski. W niej, zamiast powitania nowego związku, nadejdzie pora ostatecznego pożegnania – lecz święto świętem pozostaje. Te przeplatające się linie czasowe łączą postaci matki Bei (Katy Correa) i córki Nour (D’Johe Kouadio) – pierwsza będzie żegnać swojego ojca, druga wychodzić za wybranka życia.
W trzygodzinnym obrazie twórcy streszczają cały przebieg obu uroczystości: od niekomfortowych small talków z nieprzypadkowo ignorowanym na co dzień kuzynem, po trudny i naznaczony kacem poranek. W mnogości postaci, dialogów i niezliczonych międzyludzkich konfliktów, których poznamy ledwie urywki, Dao przypomina swoją strukturą zakurzony film z wesela albo zagubione dzieło jakiegoś altmanowskiego epigona. W afrykańskiej scenerii oczywiste fabularne konotacje się zacierają, chowając za poczuciem obcowania z non-fiction.
Improwizacja i inscenizacja towarzyszą dokumentowi antropologicznemu od zarania kina. Robert Flaherty w Nanuku z Północy wspólnie z lokalnymi mieszkańcami rekonstruował opowieści ich rodziców i dziadów, ożywiając wizję inuickiej przeszłości, by unieśmiertelnić na taśmie odrębność ich kultury. Jean Rouch podczas swoich afrykańskich wojaży poszukiwał wewnętrznej prawdy i rzeczywistości poprzez improwizowane sceny i wcielenia, co później zyskało miano cinéma-vérité. Z kolei Wojciech Cejrowski w Boso przez świat sięgał po obustronną egzotyzację kreującą kapitalistyczną wizję „dzikości” – simulacrum trzeciego stopnia jako „udoskonaloną” rekreację antropologicznej docu-fiction. W tę ludzką stonogę symboliczności i etnografii swój klin próbuje wbić francusko-senegalski filmowiec.
Tutaj konwencja zostaje ustanowiona w otwierających opowieść (i niezbyt udanych) setkach z aktorkami, przypominających te z Climaxu Gaspara Noé. W nich reżyser przekazuje rady postaciom, zachęca do spontaniczności i korzystania z własnych biografii przez odtwórczynie – jakby na oczach widza kreowany był mikroklimat fałszywej rzeczywistości w służbie przedstawienia uniwersalnej prawdy. Te wywiady będą zresztą potem sporadycznie powracać jako swoiste memento natury filmowej materii.
Początkowo przyjęta struktura może być konfundująca, gdy przerzuca widza między postmumblecore’owymi, improwizowanymi rozmowami o związkach i uczuciach a surowymi nagraniami gwinejskich tradycji, niczym niszowy dokument z Afrykamery. Przewrotnym błogosławieństwem projektu jest jego długi metraż, który daje widzowi czas na wejście w rytm oraz coraz uważniejsze obserwowanie kolejnych paraleli i różnic – nie tylko w samych obrządkach, ale także w zachowaniu gości. Ci bowiem są uwięzieni pomiędzy dwoma światami, nigdzie nie przynależąc w pełni. We Francji pozostają obcy, trzymają się swoich flag ojczystych czy tradycyjnych hierarchii, a prawdziwą jedność odnajdują dopiero we wspólnym, pijackim wykonaniu popowego szlagwortu z silną afrykańską rytmizacją. Jednocześnie to blokowiska i trawniki Yvelines stanowią ich codzienność, strefę komfortu i normalności. Bea, Nour i reszta diaspory, powracając do rodzinnej wioski, zawsze będą outsiderami, odciętymi od dynamiki tamtejszej codzienności, nieco odklejonymi od rytuałów.
Dao byłby idealnym laureatem Złotego Niedźwiedzia podczas edycji naznaczonej lękiem przed politycznością i ciągłym strachem organizatorów o dobrostan ludobójców. Wychodząc z osobistej historii, film wpisuje się w zawsze słuszne i aktualne tematy postkolonialnych narracji i ich konotacji – tak samo aktualnych w dowolnym czasie ostatnich kilku dekad. To film udany, moralnie słuszny, a przy tym bezpieczny, oferujący sprawdzone rozwiązania oraz zdolny trafić do publiki na co dzień niezainteresowanej kinem subsaharyjskim.
Dao
Rok: 2026
Kraj produkcji: Francja / Senegal / Gwinea Bissau
Reżyseria: Alain Gomis
Występują: Katy Correa, D’Johé Kouadio, Samir Guesmi i inni
Ocena: 3,5/5