Za niesamowity chichot losu należy uznać to, że film, którego fabuła zbudowana jest wokół marmurowego pomnika, sam stał się jednym z największych pomników dla całego pokolenia twórców nurtu kina moralnego niepokoju. Oczywiście politycznego aspektu historii opowiedzianej przez Andrzeja Wajdę nie da się przeoczyć, ale być może, zwłaszcza już pół wieku po zakończeniu zdjęć, warto spróbować spojrzeć na to dzieło z nieco innej perspektywy.
Człowiek z marmuru, jako hołd dla X muzy
Kamera filmowa, również ze względu na swoją ograniczoną dostępność w komunistycznej Polsce, stanowi w Człowieku z marmuru artefakt o niemal magicznej mocy. Widać to w otwierającej scenie, gdy kierowana fascynacją i niemal erotycznym podnieceniem Agnieszka (brawurowa Krystyna Janda) siada okrakiem na pomniku Birkuta, powoli przesuwając kadr wzdłuż jego twarzy. Widać to również w jednej z ostatnich scen, kiedy po sugestii ojca, by odnaleźć wspomnianego przodownika pracy, reżyserka odpowiada wprost: „Ale jak? Bez kamery?”.
Chociaż ciekawość i chęć dotarcia do prawdy są w obrazie Wajdy przedstawiane jako wartości nadrzędne, zdają się nie mieć znaczenia, dopóki nie uda się owej prawdy przenieść na filmową taśmę. Ale nie tylko proces tworzenia filmu ma tu magiczną moc. Zwróćmy uwagę na sceny w salce montażowej, gdzie fragmenty kroniki filmowej, doskonale zresztą imitujące ówczesny styl dokumentu, stanowią swoisty wehikuł czasu, pozwalający Agnieszce stopniowo odkrywać życiorys niepokornego murarza.
Nie bez znaczenia pozostaje też bliskość operatora i samej kamery. Często powtarzająca się decyzja „kręcimy z ręki” stanowi tutaj wyraz bezpośredniości przekazu i synergii między twórcą a tworzywem. Poza wspomnianą drogą do prawdy i łącznikiem między przeszłością a teraźniejszością kino funkcjonuje również jako droga do lepszego świata, schowanego za żelazną kurtyną, czego obrazem jest Jerzy Burski (grany przez Tadeusza Łomnickiego). Agnieszka spotyka go na lotnisku podczas niespełna dobowej przerwy między dwoma wyjazdami na zagraniczne festiwale, co samo w sobie stanowi dla ówczesnych Polaków wyraz olbrzymiego prestiżu. Za sprawą swojej renomy i doświadczeń reżyser jawi się tu jako osoba z innej planety, unosząca się ponad szarością polskich ulic.
Człowiek z marmuru, jako manifest pokoleniowy
Andrzej Wajda zasłynął między innymi jako twórca, który w Kanale czy Popiele i diamencie doskonale sportretował pokolenie wchodzące w dorosłość w czasach wojny. W swoim dziele nagrodzonym w Cannes w 1978 roku nagrodą FIPRESCI staje się adwokatem kolejnej generacji Polaków, przyjmując perspektywę Agnieszki i pokazując, z czym musiała mierzyć się młoda twórczyni w latach siedemdziesiątych.
Kontrast jest aż nadto widoczny. Maciek Chełmicki i jego rówieśnicy zostali przez okoliczności wepchnięci w rolę, na którą nie byli gotowi, obarczeni odpowiedzialnością za przetrwanie narodu. Urodzeni po wojnie rówieśnicy reżyserki muszą natomiast rozpychać się łokciami w świecie, w którym decyzyjne stanowiska obejmują beneficjenci zmiany ustrojowej, obsadzeni według partyjnego klucza. Ich potencjalni następcy każdorazowo muszą zaś przekonywać, że są gotowi mówić własnym głosem i realizować autorskie pomysły.
Dziewczyna słyszy pouczenia i moralitety z każdej strony. Jej przełożony, Burski, ojciec czy nawet dawny przyjaciel Birkuta, Witek, nieustannie powtarzają: „To nie temat dla Ciebie”, „To powinno interesować młodych”, „Może zrób materiał o tym?”, nieustannie uderzając w protekcjonalne tony, a niekiedy próbując wykorzystać swoją pozycję, by uwieść dziewczynę.
Zaznaczenie swojej odrębności i walka o autonomię twórczą stają się dla postaci granej przez debiutującą Krystynę Jandę celem samym w sobie. Przeczuwa ona bowiem, że jeżeli już na etapie filmu dyplomowego da się poprowadzić za rękę starszym mentorom, może skończyć jako pokorna rzemieślniczka, ograniczająca swoje kompetencje do realizacji dzieł tworzonych na partyjne zlecenie. Niczym poznana przez nią montażystka, sprowadzałaby swoją rolę do osoby, która jedynie skleja taśmę, nie mając żadnej opinii na temat tego, co owe kadry prezentują.
Człowiek z marmuru, jako eksperyment formalny
Dwie równoległe opowieści, narracyjnie prowadzone w zupełnie odmienny sposób. Historia współczesna, umieszczająca w centralnym punkcie Agnieszkę, to konwencjonalna fabuła przedstawiona chronologicznie, ale jednocześnie otwierająca przed nami drzwi do powolnego odkrywania historii Birkuta. Opowieść o przodowniku pracy lepiona jest natomiast na bieżąco ze skrawków informacji.
Nie mamy tutaj klasycznej osi czasu. Podążamy od informacji publicznych, najłatwiejszych do odnalezienia, wyemitowanych na łamach Polskiej Kroniki Filmowej. Następnie poszerzamy kontekst za sprawą nigdy niewyemitowanych materiałów odnalezionych przez Agnieszkę w archiwach, by wreszcie dotrzeć do relacji naocznych świadków historii rekordzisty z Nowej Huty.
Wajda nie kryje się z tym, że wszystkie przedstawiane perspektywy obarczone są błędami poznawczymi. Produkowane przez Telewizję Polską reportaże mają wszak wydźwięk propagandowy i zbudowane są pod określoną narrację. Rozmówcy studentki szkoły filmowej nie są natomiast bezstronnymi obserwatorami historii, lecz jej czynnymi bohaterami, co rodzi pokusę wybielenia własnej roli w pełnej kontrowersji opowieści o spisku i zdradzie uderzających w Polską Republikę Ludową.
Jedyną drogą do poznania całej historii wydaje się odnalezienie samego Birkuta, ale to okazuje się niemożliwe. Mimo to postać zbudowana jedynie ze skrawków informacji wydaje się kompletna i pełna, niczym jej marmurowy pomnik.
Człowiek z marmuru, jako oda do wolności
Jak wiadomo, Człowiek z marmuru ma w sobie dużą dozę politycznego manifestu, uderzającego zarówno w PRL-owską propagandę w kinie i telewizji, jak i rozdmuchiwane na pokaz sukcesy klasy robotniczej. Wolność, stanowiącą wspólny mianownik między wartościami Birkuta i Agnieszki, możemy jednak w tym filmie rozumieć znacznie szerzej.
Ona walczy przede wszystkim o swobodę pracy twórczej, nie pozwalając dyktować sobie tematyki ani formy własnego kina. On z kolei nie chce dać się sprowadzić do roli partyjnej marionetki, przemawiającej na wiecach jako bezmyślny propagator idei władzy. Wyżej ceni lojalność wobec przyjaciół niż wygodne życie pod polityczną protekcją.
Sceną, która najlepiej oddaje niezależność i umiłowanie wolności tytułowego bohatera, jest przesłuchanie w sprawie dywersji, o którą oskarżono Wincentego Witka. Birkut ze śmiechem na ustach zmienia wszystkie dotychczasowe zeznania, oczyszczając przyjaciela z zarzutów i jednocześnie wyszydzając sędziego – aparatczyka władzy ludowej. Naturalność, z jaką to robi, nie pozostawia nam wątpliwości, dlaczego to właśnie jego historię chciała opowiedzieć debiutująca reżyserka.
Birkut jest bowiem kimś więcej niż konformistą szukającym sposobu na wciśnięcie się na partyjne stołki. Rekordów nie bił dla ludowych idei, lecz z ciekawości, czy są one w ogóle możliwe do pobicia. Jego motywacje były szczere i humanistyczne. Chciał usprawnić budownictwo, ponieważ wierzył, że dzięki temu więcej ludzi będzie miało dach nad głową.
Mimo zupełnie innej profesji, wykształcenia i pochodzenia jego oraz reżyserkę, która odkryła jego życiorys na nowo, łączyło to samo podejście do życia – stawiające osobistą wolność na pierwszym miejscu.