Co tam panie na Oscarach – przegląd krajowych kandydatów vol. 5

Co tam panie na Oscarach – przegląd krajowych kandydatów vol. 5

Rozpoczął się Festiwal Filmowy Pięć Smaków, ale my nie przerywamy dostarczać wam informacji o krajowych kandydatach oscarowych. W piątym już odcinku naszego cyklu (oznacza to, że opisaliśmy już 62. kandydatów) m.in. o filmie, który zobaczycie na trwającym właśnie święcie kina azjatyckiego, o takich, które mogliście oglądać na festiwalach Camerimage, WFF, czy AleKino!, a także dwie propozycje z obszernej biblioteki Netflixa!

FILIPINY: Brillante Mendoza jest niewątpliwie drugim najbardziej rozpoznawalnym na świecie filipińskim reżyserem (po naszym ukochanym Lavie Diazie). Mistrz pozbawionego większych emocji kina Na Ważny Temat jest stałym bywalcem festiwalu w Cannes, gdzie już trzykrotnie gościł w konkursie głównym. Drugą ważną informacją, jaką musicie mieć na jego temat, jest fakt, że Mendoza jest zagorzałym zwolennikiem krwawego reżimu prezydenta Filipin Rodrigo Duterte (którego reżim atakuje z kolei wspomniany wcześniej Lav Diaz). MINDANAO (nazwa drugiej co do wielkości wyspy Filipin charakteryzującej się dużą populacją muzułmańską) to opowieść o chorej na raka kilkuletniej Aisy, której mama dla podtrzymania na duchu opowiada historie ludowe o walce ze strasznym smokiem. W tym czasie ojciec dziewczynki, żołnierz Malang, bohatersko walczy ze zdegenerowanymi islamskimi opozycjonistami. Dziewczynka przelewa frontowe opowieści ojca oraz fantastyczne historie matki na papier za pomocą kredek. Warto dodać, że Mindanao zostało bardzo ciepło przyjęte przez filipiński rząd i oficjeli branży filmowej. Odebrało m.in. 10 statuetek podczas festiwalu Metro Manila, najważniejszego w kraju. Polecam gorąco kuriozalny zwiastun tego filmu.

INDIE: W tym roku trwa wielka akcja odrzucania oczywistych wyborów zgłoszeniowych: Niemcy zignorowały Berlin Alexanderplatz (NASZA RECENZJA), Polska odpuściła Hejtera (NASZA RECENZJA), a Włochy (o których później w tym tekście) wybrały najmniej przystępny z możliwych filmów. W ten nurt wpisują się Indie, które nie wysłały na Oscary The Disciple, nagrodzonego przez FIPRESCI w Wenecji drugiego filmu Chaitanyana Tamhane (jego debiutancki Proces był kandydatem w 2015 roku). Zamiast tego zdecydowano się na prezentowane w ramach Festiwalu Filmowego Pięć Smaków JALLIKATTU w reżyserii Lijo Jose Pelissery. To opowieść o oddalonej od cywilizacji wiosce, w której nagle zaczyna szerzyć zamęt rozbudzony byk. To nagłe wytrącenie z równowagi dnia codziennego pozwala wyjść na wierzch najgorszym cechom jej mieszkańców. Film w ojczyźnie został przyjęty ciepło, ale bez specjalnego entuzjazmu –  chwalono głównie jego warstwę techniczną. Co ciekawe, to dopiero trzeci oscarowy reprezentant Indii w języku malajalam używanym na południowo-zachodnim skraju subkontynentu.

IRLANDIA: Nieliczna w tym roku publika festiwalu Camerimage mogła już za to zapoznać się z irlandzkim kandydatem, kostiumowym dramatem ARRACHT. To reżyserski debiut aktora Tomása Ó Súilleabháina (w niektórych źródłach używa się angielskiej wersji jego imienia i nazwiska – Tom Sullivan), którego kojarzyć możecie z drugich planów w takich filmach jak Adam & Paul (2004), czy Intermission (2003). Akcja Arracht rozgrywa się w roku 1845 i przedstawia walkę farmerów o przetrwanie w obliczu panującej na wyspie klęski głodu. To najlepiej oceniany nieanglojęzyczny irlandzki film tego roku i zwycięzca festiwali w Glasgow i Dublinie. Ze względu na to, że odradzanie się języka irlandzkiego po wielu latach angielskiej dominacji kulturowej i politycznej w tym regionie rozpoczęło się dopiero niedawno, jest to ledwie siódme oscarowe podejście Irlandii. Do tej pory najbliżej byli w 2015 roku, kiedy dziejąca się na Kubie Viva w reżyserii Paddy’ego Breathnacha (film dostępny na serwisie Outfilm.pl) znalazła się na styczniowej liście skróconej do nominacji.

JORDANIA: Jordania w oscarowym wyścigu startuje rzadko, bo dopiero po raz czwarty. Udało im się jednak już raz zaliczyć niespodziewane pominięcie po wystawieniu silnego kandydata (Kapitan Abu Raed w 2008 roku) oraz jeszcze bardziej niespodziewaną nominację (Theeb w 2015 roku). W ostatnich latach stawiają na liczebniki – w 2016 roku ich reprezentant zatytułowany był 3000 nocy, teraz z kolei jest to 200 METRÓW. Fabularny debiut palestyńskiego dokumentalisty Ameena Nayfeha został osadzony w mieście Tulkarm, granicznej miejscowości Autonomii Palestyńskiej przedzielonej murem z izraelskim At-Tajjiba. Film opowiada o absurdzie życia w rozczłonkowanym mieście, w którym mimo iż mieszkania dzieli tytułowe 200 metrów, ojciec nie jest w stanie dostać się do swojego chorego syna. Film wygrał nagrodę publiczności weneckiej sekcji Venice Days, a także wiele nagród w Salonikach i egipskiej Al-Dżunie.

KIRGISTAN: Mało kinematografii jest tak zdominowanych przez jedną rodzinę jak ta kirgiska. Aktan Arym Kubat (zwany także Aktanem Abdykałykowem) jest tam człowiekiem instytucją, najbardziej uznanym twórcą w historii niepodległego państwa, często wymienianym jako jeden z najlepszych i najważniejszych na całym kontynencie. Na Oscarach reprezentował ojczyznę czterokrotnie, a podczas dwóch pierwszych podejść, czyli Adoptowanego syna (1998) i Szympansa (2001), w roli głównej wystąpił jego nastoletni syn Mirlan. Aktorstwo nie trafiło jednak do serca Mirlana i już w 2015 roku zrealizował on swój debiutancki Sutak, który oczywiście został wskazany jako kandydat oscarowy. W minionym roku miała miejsce premiera jego drugiego projektu pt. BIEGNĄC W STRONĘ NIEBA, który następnie pokazywany był na zeszłorocznej edycji festiwalu AleKino! oraz tegorocznych Dwóch Brzegach. Podobnie jak w większości filmów czynił jego ojciec, Mirlan Abdykałykow na pierwszym planie umieszcza dziecko postawione przez życie w trudnych okolicznościach. Głównym bohaterem czyni Jekszena mieszkającego w małej wiosce w kirgiskich odstępach górskich, który musi dojrzeć szybciej od swoich kolegów przez rozwód rodziców i alkoholizm ojca. Nadzieją na lepsze jutro może być talent do biegania, ale czy Jekszen będzie w stanie zacząć walczyć o siebie, a nie tylko o swoich najbliższych? Tematycznie film Mirlana przypomina Wszystko dla mojej matki Małgorzaty Imielskiej, jest jednak znacznie lepiej oceniany przez krytyków.

LIBAN: Ojczyzna najbardziej bezczelnych wyciskaczy łez, takich jak Anioł (2013) czy nominowane do Oscara Kafarnaum (NASZA RECENZJA) i Zniewaga, znów kontratakuje! Tym razem z BROKEN KEYS w reżyserii zdobywcy studenckiego Oscara Jimmy’ego Keyrouza. W swoim pełnometrażowym debiucie młody reżyser ekranizuje podobno prawdziwą historię pianisty, którego instrument został zniszczony przez radykalnych islamistów z ISIS. Bohater, wierząc w siłę muzyki i kultury, postanawia go jednak za wszelką cenę odrestaurować. Film znalazł się w oficjalnej selekcji tegorocznego nieodbytego festiwalu w Cannes.

ŁOTWA: Co może być lepsze niż monumentalne kino historyczne z biednego kraju? Zapewne nic. A to właśnie oferuje nam Łotwa dzięki swojemu tegorocznemu kandydatowi DVĒSEĻU PUTENIS (pol. Zawieja dusz). To adaptacja najsłynniejszej powieści jednego z najważniejszych łotewskich pisarzy dwudziestego wieku Aleksandrsa Grīnsa, w której opisywał on swoje przeżycia z walki na froncie I wojny światowej w szeregach tzw. strzelców łotewskich w armii Imperium Rosyjskiego. Powieść na scenariusz zaadaptował nestor łotewskiego kina Boris Frumin, którego dzieła w przeszłości gościły m.in. na Sundance (stworzone w Wielkiej Brytanii Black and White) czy w Locarno (Viva Castro!). Co ciekawe, film jest fabularnym debiutem dokumentalisty Dzintarsa Deribergsa, a także największym przebojem kinowym w historii niepodległej Łotwy (ponad 200 000 widzów w pierwszym tygodniu w niespełna dwumilionowym kraju). Zobaczę ten film już niedługo w ramach festiwalu Tallinn Black Nights, więc spodziewajcie się recenzji!

MALEZJA: Zaskakująco wiele państw decyduje się w tym roku na wystawienie kina grozy. Bywają to przypadki bardziej udane, jak wspaniała gwatemalska La Llorona (NASZA RECENZJA), bywają mniej, jak pokazywana właśnie na festiwalu filmowym Pięć Smaków Córka przeklętej ziemi z Indonezji, bywają też takie całkiem nieudane. Do tej ostatniej kategorii należy ROH (pol. Dusza), czyli tegoroczny reprezentant Malezji. Miałem już wątpliwą przyjemność zobaczyć ten film podczas tegorocznej edycji online festiwalu w Udine. Historia dzieje się w dżungli, prawdopodobnie na początku XX wieku. Mieszkająca w chatce rodzina zostaje nawiedzona przez dziwną dziewczynkę, która wróży im straszną przyszłość. Azjatyccy recenzenci porównują Roh do Czarownicy Roberta Eggersa. Niewątpliwie reżyserski debiut specjalisty od efektów specjalnych Emira Ezwana był inspirowany arcydziełem Amerykanina, niestety wszystko pogrzebane zostało jednak przez nieudolność twórców. Aczkolwiek filmowi trzeba oddać, że pięknie prezentuje się na pojedynczych kadrach promocyjnych.

TAJLANDIA: Nie po raz pierwszy poziom oscarowych kandydatów w Azji Południowo-Wschodniej ratuje Tajlandia. Po wspaniałym kinie gatunkowym w postaci chociażby Krasue: Zimnego tchnienia (NASZA RECENZJA) przyszła pora na oscarowy debiut jednego z naszych ulubionych twórców, Nawapola Thamrongrattanarita (nasze recenzje). HAPPY OLD YEAR, które od marca możemy oglądać na polskim Netflixie, to historia o radzeniu sobie z własną przeszłością i wspomnieniami. Jak często u Nawapola, łączy minimalistyczną formę i poważne tematy z niezwykłą przystępnością dla widza. Szalenie łatwo wypełnić ekranową ciszę i niedopowiedzenia własnymi przeżyciami i odczuciami. Chociaż wątpię, czy akademicy nie uznają Happy Old Year za film zbyt „błahy” na ich nagrodę (w końcu nie ma tu żadnego wielkiego dramatu, a jedynie wspomnienia o zakończonym przed laty związku), to jeśli chodzi o kino obyczajowe, jest to bez dwóch zdań jedna z najwybitniejszych pozycji tego roku. Szczerze zachęcam do seansu.

TURCJA: Pamiętacie Zieloną milę? Ten film, który od dwudziestu lat leci wciąż w telewizji, znajduje się na podium topu Filmwebu od zawsze, a „Magical Negro” leczy w nim jądra Toma Hanksa? No to tegoroczny turecki kandydat i gigantyczny przebój Netflixa, który może się pochwalić średnią ocen w serwisie Filmweb 8,5/10 (sic!), jest właśnie Zieloną milą na miarę 2020 roku. CUD W CELI NR 7 to pierwszorzędny wyciskacz łez dla całej rodziny. Co ciekawe, film ten jest remakiem południowokoreańskiej komedii pod tym samym tytułem, choć Turcy zamiast humoru i podnoszenia na duchu postawili na łzy i zwroty akcji, dokonując sporych zmian w przebiegu wydarzeń. Oba filmy mają jednak identyczne założenia. Zresztą oryginalny tytuł oparty był na prawdziwej historii z lat 80. Otóż niepełnosprawny intelektualnie mężczyzna chce kupić 9-letniej córce plecak z postacią z bajki. Niestety ostatni, „zarezerwowany” dla niego egzemplarz zostaje wykupiony przez generała i ojca koleżanki z klasy. Po pewnym czasie dziewczynka umiera. Oskarżony o morderstwo zostaje nasz bohater, który oczywiście jest niewinny i którego prostolinijność sprawia, że inni więźniowie przechodzą wewnętrzną przemianę. Polecam ironicznie, a nieironicznie boję się, że tytuł ten może stać się „czarnym koniem” oscarowej rywalizacji.

WĘGRY: Ojczyzna Ildikó Enyedi i Miklósa Jancsó rok 2020 może zaliczyć do bardzo udanych. Nie tylko weteran István Szabó miał, według pierwszych opinii, wrócić do formy (naszej recenzji Zárójelentés z festiwalu Tallinn Black Nights spodziewajcie się na początku grudnia), świetne recenzje na całym świecie zebrały także inne węgierskie filmy m.in.: Eden (NASZA RECENZJA), Spirala (NASZA RECENZJA) czy horror Post Mortem (NASZA RECENZJA). Bez dwóch zdań największym echem wśród kinomanów odbiła się jednak druga fabuła Lili Horvát pt. PRZYGOTOWANIA, ŻEBY BYĆ RAZEM PRZEZ CZAS NIEOKREŚLONY, którą polska publika mogła zobaczyć podczas tegorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego. I ten właśnie tytuł został wystawiony do oscarowej rywalizacji. Produkcja jest połączeniem dwóch, wydawałoby się, przeciwstawnych gatunków, czyli komedii romantycznej i metafizycznego kina psychologicznego w duchu późnego Krzysztofa Kieślowskiego. Podobny zabieg zastosowała zresztą Enyedi w nagrodzonym Złotym Niedźwiedziem Dusza i ciało. Tu jednak reżyserka decyduje się odrzucić wszelkie ambicje do opowiadania o rzeczach ostatecznych i uniwersalnych, a zamiast tego korzystać jedynie z inspiracji formalnych. Sprawdza się to wyśmienicie i z tej mieszanki tworzy się jeden z najciekawszych i najsmaczniejszych romansów roku. Nawet jeśli szanse na nominację są małe, i tak polecamy wypatrywać przyszłych okazji do seansu.

WŁOCHY: Dla Włochów jest to specyficzny sezon. Z jednej strony mieli aż pięciu potencjalnie sensownych kandydatów, czyli nagrodzone w Berlinie Złe baśnie (NASZA RECENZJA) i Volevo nascondermi, nowy film dwukrotnego reprezentanta Matteo Garrone (Pinokio), film Netflixa walczący o nominację za piosenkę i rolę pierwszoplanową Sophie Loren (Życie przed sobą) i nowe dzieło najbardziej nagradzanego aktywnego dokumentalisty na świecie (Notturno). Z drugiej jednak, żaden z tych potencjalnych kandydatów nie był wolny od słabości i żaden nie byłby faworytem do nominacji. Ostatecznie zdecydowano się na (drugie już) zgłoszenie Gianfranco Rosiego i jego NOTTURNO. Ten artystyczny dokument o życiu na Bliskim Wschodzie zebrał pozytywne recenzje na festiwalu w Wenecji, który jednak opuścił z pustymi rękoma. Niepokoić w przypadku tej kandydatury może dość chłodny odbiór w oczach „zwykłych widzów” – na amerykańskim portalu Letterboxd jest to jeden z najniżej ocenianych kandydatów. Film do polskich kin wejdzie w przyszłym roku za sprawą Stowarzyszenia Nowe Horyzonty, ale już teraz zapraszamy do wyczerpującej recenzji Wojciecha Sławnikowskiego.