Festiwal Nowe Horyzonty pozostaje polskim domem dla formalnie niekonwencjonalnych i niskobudżetowych projektów, z których – mimo stopniowego rozmywania własnej tożsamości – nadal słynie Rotterdam. Nie zawsze z jednakową skutecznością. W poprzednich latach selekcji zdarzało się przeoczyć tytuły równie ważne jak Debut, or Objects of the Field of Debris as Currently Catalogued Juliana Castronovo, by innym razem wykazać się wyczuciem, czego dowodem pozostaje obecność Ariel Loisa Patiño. Do tej samej kategorii należy również dokumentalno-fikcyjna hybryda Kevina Walkera i Jacka Auena, która wykorzystuje konwencję filmu śledczego do konsekwentnego podważania wiarygodności mediów.
Dzieło kolektywu Cosmic Salon, zawiązanego przez dwójkę absolwentów nauk artystycznych i teologicznych, stanowi owoc iście ruizjańskiego mariażu obu dziedzin (dość wspomnieć ezoteryczne eksperymenty Chilijczyka jak Le Film à venir czy Le Professeur Taranne). Sama nazwa grupy odsyła do edukacyjnej zabawy polegającej na aranżowaniu spotkań postaci historycznych z różnych epok w ramach filozoficznych dysput – szkolnego odpowiednika muzycznych pojedynków wielkich wodzów i myślicieli, które przed laty podbijały YouTube’a. Chronovisor wpisuje się w ten achronologiczny model nasączania rzeczywistości wyobraźnią i zapładniania jej paranaukowymi dygresjami. Jakkolwiek zmyślona mogłaby wydawać się opowieść o ojcu Pellegrino Ernettim, finansowanym przez Watykan mnichu-muzykologu, który rzekomo wynalazł aparat do fotografowania przeszłości, twórcy opierają się na autentycznych doniesieniach o maszynie zdolnej uchwycić „na żywo” ukrzyżowanie Chrystusa.
Poetyka tandemu wyrasta z tradycji reprezentowanych przez rotterdamskie filmy nieprzypadkowo wspomniane we wstępie: narracyjnego błądzenia po labiryntach konfabulacji oraz kina, które zamiast podporządkowywać tekst obrazowi, czytanie traktuje jako jedno z podstawowych doświadczeń filmowych. Autorzy biorą za punkt wyjścia anegdotę o dziwnym instrumencie, jednak każda rozmowa na jego temat i każdy odnaleziony trop, zamiast przybliżać rozwiązanie zagadki, otwierają następne ścieżki interpretacji, odsyłając do kolejnych tajemniczych postaci i manuskryptów. Béatrice, niestrudzona akademiczka-kłamczucha, która równie łatwo odkrywa sekrety, co dopisuje sobie nowe afiliacje, staje się uosobieniem świata, gdzie myślowa igraszka zyskuje rangę równą archiwalnemu świadectwu. Zmęczona twarz naukowczyni przyjmuje rolę kuriera intelektualnej obsesji. Oddaje ten osobliwy stan, w którym kwerenda przestaje być narzędziem poznania, a staje się celem samym w sobie. Wiesz, że powinieneś czytać o kinie polskim lat 50., tymczasem kilka godzin później orientujesz się, że śledzisz losy redakcji zapomnianego czasopisma na drugim końcu świata. Kiedy w finale wizerunek zmordowanej kobiety odciska się na ekranie tajemniczego oscyloskopu niczym na chuście św. Weroniki – ukłon w stronę Markerowskiej „zony” – dopełnia się proces przemiany świeckiej badaczki w figurę męczennicy, składającej własne życie na ołtarzu poznania i zbawienia zarazem. Traci kontakt z rzeczywistością jak każdy, kto został pozbawiony czucia w koniuszkach palców po wielogodzinnym wertowaniu starych tomiszczy – zrósł się z nimi dosłownie poprzez transfer kurzu i farby.
Największą przyjemność z seansu czerpać będą zapewne przedstawiciele tej samej profesji co bohaterka grana przez Anne-Laure Sellier, debiutującą na ekranie profesorkę behawiorystyki z Paryża. Nie tylko z powodu akademickiego humoru – dostaje się zarówno kadrze coraz mniej zainteresowanej obroną debaty intelektualnej przed logiką produktywności, jak i studentom nieskorym do upominania się o pedagogiczne innowacje. Jedną z pierwszych scen można streścić opisem sytuacji, w której próbuje się wytłumaczyć komuś Deleuze’a, ale jedyne organy, jakie interesują interlokutorów, to ich puste żołądki. Nic dziwnego, że w takim środowisku górę biorą w końcu kwerendalne podszepty wątpliwej proweniencji. Atrakcyjność utworu leży jednak nie w samej fascynacji konspiracjonizmem, lecz w narracyjnym odzwierciedleniu pasji badawczej i zagrożeń wynikających z jej nieustannego podsycania. Kto mierzył się kiedykolwiek z archiwum, z pewnością dostrzegł w jego kłączastym systemie odniesień widmo wiecznego déférer – niekończącego się odraczania chwili, gdy kolejny dokument okaże się tym ostatecznym. Repozytorium jawi się tu jako doświadczenie wzniosłości, kuszące obietnicą pełni wiedzy, której horyzont nieustannie się oddala, zgodnie z intuicją Jorge Luisa Borgesa.
Chronovisor to w gruncie rzeczy film do czytania. Na poziomie wizualnym obraz składa się przede wszystkim z fragmentów książek, czasopism, notatek i akt, których montażowe opracowanie prowokuje do porównań z Davidem Gattenem i Michaelem Snowem. Lektura przestaje być tu wyłącznie narzędziem zdobywania wiedzy – choć bez aktywnej postawy widza diegetyczna rzeczywistość pozostałaby trudna do rozszyfrowania – stając się zarazem doświadczeniem obcowania z materialnością tekstu. Litery i akapity układają się w pasaże (!), po których można błądzić nie mniej paranoicznie niż po świecie teorii spiskowych. To doświadczenie dodatkowo komplikuje niejednorodność filmowego czasu, pęknięcia w jego historycznym widzeniu. Gregoriańskie chorały sąsiadują z taśmą magnetyczną, analogowe media z cyfrowymi technologiami, a ziarnista faktura szesnastomilimetrowej taśmy i muzyka Gustava Holsta chwilami podważają możliwość umiejscowienia wydarzeń. Gdyby nie kilka dyskretnych markerów współczesności, można byłoby odnieść wrażenie, że dochodzenie Beatrice rozgrywa się równie dobrze pół wieku temu, jak i dzisiaj.
Z polityką niewiarygodności, którą niegdyś proponował Raúl Ruiz w Hipotezie skradzionego obrazu, dialogują dziś eseiści pokroju Louisa Hendersona czy Kevina B. Lee, autorzy spekulatywnych fikcji, jak Julian Castronovo, ale również twórcy głównego nurtu – nietrudno wyobrazić sobie wysokobudżetową wersję scenariusza Walkera i Auena na wzór ekranizacji Dana Browna lub serii o Indianie Jonesie. Nawet jeśli dopuścić taką analogię, należałoby dostrzec zasadniczą różnicę. Audiowizualny poststrukturalizm drugiej połowy ubiegłego wieku wyrastał z ogólnego pęknięcia kategorii prawdy, tymczasem współczesne realizacje coraz częściej biorą za punkt wyjścia erozję materialnego statusu świadectwa w epoce cyfrowej reprodukcji. Stawką nie jest już wyłącznie interpretacja źródła, lecz zaufanie do jego ontologii – przekonanie, że sam jego ślad pozostaje jeszcze zakotwiczony w rzeczywistości.
W tym właśnie miejscu Chronovisor wychodzi z propozycją szczególnie interesującą. Z uporem bada moment, w którym nawet najbardziej namacalny dowód przestaje gwarantować kontakt z przeszłością. Podobny status zyskuje sam badacz, którego autorytet ulega rozbiciu. Amerykanie z niezwykłą przenikliwością uchwycili napięcie towarzyszące każdej kwerendzie prowadzonej na granicy archiwistyki i wyobraźni, gdy z rozproszonych, pozornie błahych tropów zaczyna wyłaniać się wzór, którego nie sposób już jednoznacznie odróżnić od projekcji własnych pragnień poznawczych. „Ostatecznie kocha się swą żądzę, nie zaś przedmiot tejże”, jak zauważył Nietzsche. Być może dlatego dzieło Walkera i Auena okazuje się nie tyle filmem o tajemniczym wynalazku, ile o uwodzicielskiej sile samego procesu badawczego, w którym objawienie, fałsz i zatracenie są jedynie kolejnymi etapami tej samej drogi.
Chronovisor
Rok: 2026
Kraj produkcji: USA
Reżyseria: Kevin Walker, Jack Auen
Występują: Anne-Laure Sellier i inni
Ocena: 4/5