Wielkie budżety wiążą ręce polskim filmowcom. Czy to wina nacisku producentów? Wadliwej selekcji projektów „godnych” dziesiątek milionów złotych, a może przesadnej asekuracji? Gigantyczne fiasko Quo Vadis Kawalerowicza na dekady zamknęło drogę ku kolejnym superprodukcjom znad Wisły. Ćwierć wieku później Chopin, Chopin! wymierza kolejnego sierpowego tym ambicjom.
Miało być pięknie, mieliśmy dostać widowisko. Zdjęcia kręcone we Francji, międzynarodowa obsada z udziałem wielkiego Lamberta Wilsona i cenionej za komediowe kreacje Joséphine de La Baume. Do tego wszystko firmuje duet, który niedawno dał nam bardzo udane studium niejednoznacznego moralnie charakteru w postaci Filipa [NASZA RECENZJA], a reżyser zapowiada, że będzie to inne spojrzenie na postać legendarnego kompozytora i prosi, by do seansu podejść z otwartą głową, nie szukając w protagoniście „swojego” czy też „patriotycznego” Chopina. Trudno nie czuć ekscytacji, wszak wspomniany Filip, Kos Maślony, Ostatnia rodzina Matuszyńskiego czy Kulej Żuławskiego pokazały, że w naszym kraju jest energia i wola tworzenia kina biograficznego, które zamiast recytacji encyklopedycznych faktów opowiada swoją wizję człowieka i zamieszkiwanego przez niego świata.
Grzech pierwotny naszej krajowej superprodukcji został niestety popełniony już przy decyzji o przyznaniu jakiegokolwiek budżetu scenariuszowi Bartosza Janiszewskiego. Nie zrozumcie mnie źle, nie znam go jako człowieka, na pewno jest świetnym gościem, a CV ograniczające się do seriali takich jak Na sygnale, Lipowo. Zmowa milczenia czy legendarnie niezabawna Gąska wynika zapewne w dużej mierze z trudności do zaistnienia w tym zawodzie. Problem w tym, że scenariusz Chopin, Chopin! jest jednym z najgorszych, jakie w ostatnich latach nawiedziły polskie kina. Cały tekst poświęcony został artystycznej idei „tell, don’t show”. Przeszło dekada z życia polskiego artysty sprowadzona do serii ekspozycyjnych dialogów w kilku mieszkaniach. To przez recytowane (niezbyt umiejętnie, acz suchy sposób, w jaki zostały napisane, bynajmniej nie pomagał aktorom) rozmowy dowiadujemy się, co kto czuje, skąd wynikają jego rozterki i co zamierza zrobić tudzież właśnie uczynił. Podczas seansu co i rusz rozbrzmiewają w głowie niezapomniane słowa Małgorzaty Lorentowicz „Jestem siostrą twojej biednej matki, i to właśnie ja Cię wychowałam” z początku Lubię nietoperze Grzegorza Warchoła.
Wychodząca zewsząd w Chopinie naftalina mogłaby zostać zrzucona na karb ograniczeń produkcyjnych, lecz w przypadku drugiej najdroższej realizacji w historii III RP argument ten oczywiście nie ma racji bytu. Chyba że producenci i dystrybutor nieco mijają się z prawdą. Pamiętając filmowe wersje Wiedźmina czy Skorumpowanych trudno uciec od swoistego deja vu. Drugoplanowe postaci nie mające wątków czy charakteru pojawiające się w przypadkowych scenach – szczytem jest tu grana przez Karolinę Gruszkę Delfina Potocka, którą widzimy w prologu, a następnie powraca dopiero przy łożu śmierci mistrza, gdzie ten nazywa ją najważniejszą kobietą swojego życia – patrząc na Chopin, Chopin! jako film są absurdalne, ale jeśli potraktujemy całość jako niezbyt umiejętnie zmontowane streszczenie telewizyjnego serialu, nabierają sensu. Podobnie ma się sprawa z nagłym przeskokiem na dwie sceny do Niemiec, gdzie najpierw Fryderyk rozmawia ze swoją matką (Maja Ostaszewska) w Karlsbadzie, a następnie oświadcza się Marii Wodzińskiej (Martyna Byczkowska) w jej rodzinnym dworku. Żadna z przedstawionych tam postaci nie powraca, podróż jest tak nagła, że zdaje się być retrospekcją, a obie sceny – wymagające nowych lokacji i aktorów, rzeczy, na których ten film generalnie zdaje się oszczędzać, wybierając skalę nad mnogość – mogłyby równie dobrze zostać opowiedziane w dialogach czy listach. I ponownie – jeżeli mamy do czynienia po prostu z filmem, to wszystko zdaje się być w najlepszym razie niegospodarnością, jeśli zaś to serial, to można zrozumieć, że nakręcone w innych lokacjach sceny zostały tu dodane w jakiejś formie dla uzasadnienia wydatków, nawet jeśli tylko szkodzą całości. Takie przykłady można by mnożyć w nieskończoność.
Kluczowe w biografii tak skoncentrowanej na swoim bohaterze (Chopin występuje tu w każdej scenie) jest przedstawienie go. Mieliśmy kompozytora amanta u Antczaka, rewolucjonistę u Forda czy ofiarę otoczenia u Żuławskiego, tym razem przyszedł czas na Chopina – wieszak na płaszcze. Być może wychodząc z przekonania, że jedynym sposobem, by tak drogi film się zwrócił, są szkolne wycieczki – autorzy zdecydowali się na przedstawienie muzyka w formie możliwie bezpiecznej dla uczniów klas pierwszych. Chociaż materiały promocyjne często i gęsto odwołują się do Amadeusza Miloša Formana, a zwiastuny kuszą rockową muzyką i przywołują na myśl Marię Antoninę Sofii Coppoli, to finalny produkt okazuje się niezwykle konserwatywny i zachowawczy. Chopin według Kwiecińskiego i Kulma nie jest ekscentrycznym mąciwodą paryskich salonów, a raczej rozdygotanym i chwiejnym nudziarzem, którego ekranowa przyjaźń z Lisztem broni się tylko dlatego, że Madziar także został ocenzurowany do poziomu nieciekawego pantofla lubiącego sobie w młodości niezgrabnie poflirtować.
Wyjątkowo kuriozalnie w niedoszłym polskim kandydacie do Oscara wypadają próby uwspółcześnienia. Spuśćmy zasłonę milczenia na okropny dialog o czuciu się Polakiem, który pojawił się już w trailerach (circa 40% ekranowej obecności Lamberta Willsona). Anachroniczna muzyka zaś znajduje tu swoje miejsce, lecz wrzucona niezgrabnie i ledwie trzykrotnie w coś, co można by czytać jako maniakalne epizody z życia muzyka, zamiast dodawać całości poczucia uniwersalności jawi się jako tani zabieg skierowany na obudzenie widowni. Najdziwniejszą scenariuszową decyzją niewątpliwie pozostaje wpisanie w opowieść epidemii cholery, która w 1832 roku nawiedziła Paryż. Ignorując fakt, że chronologicznie na osi życia Fryderyka wątek ten nie ma sensu (koniec epidemii i następujące w trakcie niej zaręczyny Chopina w rzeczywistości dzielą cztery lata), nie sposób przegapić „kowidowości” tego fragmentu. Twórcy Chopin! Chopin! sięgają po cytowanie wizualne ujęć z niszczących efektów pandemii w Bergamo czy język kina pandemicznego, opowiadając o samotności i jej zewie odczuwanym przez autora w tym okresie. To z jednej strony nieporadna i dość niezrozumiała próba przybliżenia widzowi emocji i czasów mistrza, a z drugiej absurdalne wręcz zbanalizowanie jego psychiki, w imię motywu przewodniego – mniej lub bardziej ignorowanego umierania.
Pisanie o Chopin! Chopin! jest niezwykle trudne, gdyż w tych wyjałowionych z jakiejkolwiek formy jasełkach brak nie tylko treści i ducha, ale także wszelkiej filmowości oraz kreatywności. To ekranowa pasza stworzona, by stanowić pretekst do wolnego dla uczniów podstawówek oraz scenariusz odcinka kolejnego Masochisty. Podczas gdy Agnieszka Holland w Czechach zmienia biografię Kafki w przezabawną i energiczną opowieść o narodowej tożsamości, braku swojego miejsca oraz akceptacji odchodzenia, tutaj ekipa te same tematy sprowadziła do poziomu szkolnej gazetki. I cóż, że za 70 milionów złotych – już lepiej to było wydać na kolejne niebyłe wybory, byłoby chociaż śmiesznie.
Chopin, Chopin!
Rok: 2025
Kraj produkcji: Polska
Reżyseria: Michał Kwieciński
Występują: Eryk Kulm, Joséphine de La Baume, Victor Meutelet i inni
Dystrybucja: TVP
Ocena: 1,5/5