Zamiast doktoratu – recenzja filmu „Cauchemar conseil” – Rotterdam 2026

Ubieranie rzeczy w słowa to ciężka praca!

— Béatrice

Zamiast doktoratu napisałem recenzję. Mój promotor doskonale rozumie zarówno potrzebę popularyzacji wiedzy, jak i nieco narcystyczną przyjemność wynikającą ze sposobności do podsumowań tego procederu. Ferment wzbudzany przez podobne zestawienia to swoiste remedium na syndrom oszusta, a w moim przypadku – na zgoła asteniczną pamięć. Natomiast, zgodnie z kodeksem odpowiedzialnego opiekuna, w noworocznych życzeniach kierownik projektu nie omieszkał zwrócić mi uwagi, by nie rozmieniać się na drobne, podążając za kinofilskimi mikrofascynacjami, lecz skupić na dysertacji. No i sami widzicie… W ramach ucieczki od akademickiej presji poświęcam czas na film o prokrastynacji francuskiej doktorantki w Montrealu, która w akcie chybotliwego balansowania między światem koszmarnych fikcji, somnambulicznych wycieczek i zupełnie realnych pragnień cielesnych musi stale tłumaczyć sobie radość życia i sens kształcenia w zakresie teorii gier.

O tym, iż nie potrzebuję absolutnie żadnego alibi, by uprawiać krytykę, kiedy – zdaniem innych – powinienem grzebać w archiwum, wspomnę jeszcze w zakończeniu, natomiast dziennikarską fanaberię wybaczy mi każdy, gdy zdradzę, że w dziele Renauda Després-Larose’a i Any Tapii Rousiouk odnalazłem duchy Jacques’a Rivette’a i Raúla Ruiza. W końcu wielokrotnie omawiałem ich twórczość w wystąpieniach naukowych. Widmo przywołanych autorów przenika nie tylko ekranową plastykę – sekwencje senne żywcem „ściągnięte” z Genealogii zbrodni lub Trzech żyć i jednej śmierci – lecz ujawnia się przede wszystkim w narracyjnej apoteozie przygodności. Chorobliwe odwlekanie momentu sięgnięcia po pióro z jednej strony, zakopanie się w notatkach i patologiczne zatracenie w pisaniu z drugiej – ta dwoista strategia, wypracowana w kontrze do trywialnych reguł życia powszedniego, stanowi naczelną zasadę dramaturgiczną dzieła.

Pomijając taśmowo serwowane dygresje, raz wywołane narkotykowym eskapizmem, kiedy indziej puszczeniem się w obieg pożądania (rozwiązłość doktorantów i brak warunków do zakotwiczenia uczuć to temat na inne opracowanie), film kanadyjskiego tandemu to w gruncie rzeczy opowieść o samotności towarzyszącej (sic) akademickiej wyprawie. A także, jakkolwiek banalnie to zabrzmi, o potrzebie przyjaźni. Należy wspomnieć, że przedmiotem badań Lucie (Marie Ève Loyez) są nie tyle społeczne konsekwencje ludycznej antropologii, ile metanaukowe przeszczepienie rozważań Johana Huizingi i Rogera Caillois na proces doktoryzowania, a przy tym – realizowana w praktyce jej osobistych wyborów – performatywna krytyka systemu edukacji. Najtrudniejsze w tym zadaniu wydaje się jednak powtórne zintegrowanie z codziennością wyprodukowanej mądrości i wynikających z niej aberracji.

Alternatywą jest bowiem groźba przepadnięcia w fantazmacie wiecznej płynności. Wracając na chwilę do wątku erotycznego, Zbigniew Boniek oczywiście miał rację, twierdząc w kultowym wywiadzie, że „nazwać przedmiot po imieniu to zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, który utkany jest ze szczęścia powolnego odgadywania”. Niemniej od „nienazywania rzeczy po imieniu” jeszcze nikt w ciążę nie zaszedł. I nie napisał doktoratu, dodajmy. Konfrontacja między siłami znaczeniowego chaosu a encyklopedycznego porządku rozgrywa się w Cauchemar conseil na mapie całego miasta, które – podobnie jak Paryż u Rivette’a (Most północny) lub Ruiza (Le jeu de l’oie. Une fiction didactique à propos de la cartographie) – przeobraża się w gigantyczną planszę do „węży i drabin”. Skręć we właściwą uliczkę, a znajdziesz wszystko.

Przewodniczką protagonistki po coraz bardziej osobliwej krainie, gdzie kolejne przystanki wyznaczają terminy oddania rozdziałów dyplomu i łóżka partnerów (ćpuńskiego szamana, egoistycznego profesora i pretensjonalnego aktorzyny z obsesją na punkcie Dostojewskiego), okazuje się Béatrice (Geneviève Ackerman) – wagabunda, hulajdusza, jednocześnie dobry aniołek i psotny chochlik. Kiełkujący między kobietami sojusz rozwija się wedle prawideł dialektyki światła i ciemności, w rytm trzech nokturnów Debussy’ego. Funkcjonują niczym dwie kapłanki porządków dnia i nocy. Kontrast ten doskonale odzwierciedla scena dialogu na opuszczonych, zarośniętych trawą torach, gdzie w korespondujących przeciwujęciach jedną z bohaterek otula słońce, druga zaś rozpływa się w zmierzchu. Tu ponownie łatwo dopatrzeć się inspiracji okultystycznymi elementami Duelle (une quarantaine), ale proszę, nie myślcie, że oddając Kanadyjczykom ponad dwie godziny, spotkacie się wyłącznie z epigoństwem pierwszej wody. Figle, blefy i inne zakłady, które zaprzątają głowy miejskich nomadek, obfitują w dylematy równie uniwersalne co intymne i niezwykle współczesne.

Podsumowując, chciałbym odnieść się do autorskiej definicji gry, jaką wykłada Lucie: „Zamieszkać przestrzeń, gdzie potencjał kreatywny naszego świata wewnętrznego aktualizuje się w kontakcie ze światem zewnętrznym”. To właśnie transformacyjna funkcja zabawy wydaje się tu kluczowa. W całej historii – zarówno perypetiach ekranowych bohaterek, jak i genezie niniejszego tekstu – nie chodzi wyłącznie o przyznanie mandatu do błądzenia. Myślę raczej o nadaniu kwerendzie sensorycznej gęstości przez ucieleśnienie przedmiotu dociekań. Lucie skupiła się na teoriach gier, zatem grała. Ja analizuję czasopiśmiennictwo filmowe, więc popełniłem recenzję.

poborca
Tomasz Poborca

Nightmare’s Advice


Tytuł oryginalny:
Cauchemar conseil

Rok: 2026

Kraj produkcji: Kanada 🇨🇦

Reżyseria: Renaud Després-Larose, Ana Tapia Rousiouk

Występują: Marie Ève Loyez, Geneviève Ackerman i inni

Ocena: 4,5/5

4.5/5