W ciągu jednej dekady, dosyć niepostrzeżenie, w Polsce odwrócił się utrwalony od lat trend – więcej gastarbeiterów można spotkać na lotniskowym terminalu przylotów niż odlotów. Capo Roberta Kwilmana przypomina, że tak jak nas przez lata wyzyskiwali Holendrzy, Niemcy czy Anglicy, i my teraz nowo przybyłych traktujemy kijem, upychamy po kontenerach, odbieramy godność, a niekiedy też dokumenty. Sztucznie ujednolicony w ostatnim stuleciu, a od zawsze wielokulturowy kraj, znowu swój sukces zawdzięcza otwarciu na inne narody.
Ale mamy 2025 rok, więc mała doza kina interwencyjnego na ten temat nie zaszkodzi. Bowiem główny filar gospodarki, od sektora usług po przemysł, czyli tysiące ludzi rocznie szukających tu zarobku – z Europy, Azji Centralnej, Ameryki Południowej, Afryki – został sprowadzony do elementu gry politycznej. To już nie wyłącznie sensacyjne nagłówki i straszenie zabieraniem pracy, bo tej Polakom przecież nie brakuje, wskaźniki bezrobocia szorują po ziemi. Faszystowscy podżegacze, wymieńmy kilku z nazwiska: Matecki, Berkowicz, Braun, Mentzen, ale też Nawrocki, Kaczyński czy Duda, z cynicznym uśmiechem podkręcają atmosferę pogromową. Tu już nie chodzi o lęki ekonomiczne, a czystą ksenofobię: „Jesteśmy przeciwko migracji, także tej legalnej” – spinuje ostatnio prawica. A oddziały zradykalizowanych młodych mężczyzn, na każde ich zawołanie zablokują granice, zdemolują ośrodek dla cudzoziemców albo pobiją czarnoskórych na plaży.
Capo Roberta Kwilmana skupia się na pracy – Adriána oraz ściągniętych do Polski przez szemraną agencję Leicy, Rosy, Yiseli, Pedra i Jésusa. Główny bohater odbiera ich z lotniska i jeszcze zanim wyjdą z auta, odsłania kulisy dramatu. Obiecano im inne prace, inne warunki, inne zakwaterowanie, a skończyli w rzeźni, tak zawodowo, jak i emocjonalnie. Wypłatę dostają w złotówkach zamiast dolarach, kiszą się po kilka osób w jednym pokoju, a paszporty muszą trzymać w biurowym sejfie, coby nie kusiło uciec z zakładu. „Każdemu zależy, żeby to, co się tu dzieje, zostało między nami” – słyszą co chwilę od szefostwa. Pozwolenia na prace są fikcją, a perspektyw brak – mają orać w pocie czoła, licząc na cud, który wiadomo, że nie nadejdzie. Reżyser nie unika typowej dla dramatu społecznego konstrukcji narracyjnej: dopiero tragedia uruchamia lawinę zdarzeń, wywracając stan wyjściowy na drugą stronę.
Gula w gardle, ciągłe podskórne napięcie i pytania – komu się coś stanie? Czy uda im się uciec? Kto mówi prawdę, a kto kłamie? Debiutujący w pełnym metrażu Robert Kwilman porwał się na realizację filmu, których w Polsce się praktycznie nie kręci. To historia utrzymana blisko skóry, bez publicystycznych komentarzy i grania na politycznych instynktach. Cała uwaga skupiona jest na migrantach – to im mamy współczuć, ich nie rozumieć i z nimi się identyfikować. Inaczej niż w Chlebie i soli [NASZA RECENZJA], gdzie rasizm oglądaliśmy oczami Polaków, czy Zielonej granicy [NASZA RECENZJA], w której obraz został rozłożony na wszystkie perspektywy. Ciekawie wypada też Capo pod względem obsady. Zderzenie naturszczyków w roli pracowników z grającym w milionie filmów miesięcznie Sebastianem Stankiewiczem rzuca się w oczy, uwydatnia izolację grupy i zarysowuje relacje władzy.
Tematycznie, fabularnie, ale i realizacyjnie niedaleko pada projekt Kwilmana od humanistycznych dzieł braci Dardenne czy Kena Loacha. Mglista, gęsta atmosfera polskiej prowincji uwydatnia mrok niesprawiedliwości zapisany w scenariuszu. Zdjęcia autorstwa Kaspra Lorka wolne są od szarż – kamera, wierna tradycji polskiego kina moralnego niepokoju, podąża za bohaterami aż do samego jądra ciemności. Montaż spowalnia narrację, pozwalając widzowi wejść w rytm monotonnej, wyczerpującej roboty. Twórcy z szacunkiem przedstawiają codzienną pracę, nawet jeśli nosi ona znamiona niewolnictwa. Nastrój buduje naturalizm scen, statyczne przedstawianie bardzo dynamicznych emocjonalnie zdarzeń. Świniaki na hakach, styropianowe opakowania na mięso, browar wypity po niedzielnej zmianie – wszystkie elementy ciasnej, niewygodnej, powodującej mdłości przestrzeni otrzymują swoją uwagę. W 80 minutach metrażu twórcom udało się rozpisać kompletne studium problemu.
Z raz obranej konwencji Capo nie zawraca wstecz. Poprzez elementy scenografii, ale też za pomocą dialogów Kwilman przedstawia różne aspekty wykluczenia. Drobne nieporozumienia, językowe bariery, a przede wszystkim swobodne dialogi pozbawione pretensji czy patosu uczłowieczają bohaterów. Przez minimalistyczną formę niektóre kwestie, zwłaszcza kręcone na zbliżeniach, aż nazbyt trącą dokumentalizmem – jak gdyby postawiono aktorów przed kamerą i kazano czytać scenariusz. Chciałoby się może więcej oporu, więcej wigoru i pazura, ale działa to na korzyść całej historii, wzmaga niewygodę klaustrofobicznej przestrzeni oraz podkreśla kameralność sytuacji. Tu niepewność ściska krtań, nie ma więc miejsca na porywające przemowy.
Temat migracji, tak w mediach, jak i sztuce, rzadko bywa omawiany właśnie z perspektywy pracowniczej. Częściej soczewka zwracana jest na bezpośrednią przemoc, ewentualnie systemowe wykluczenie; kwestia szarej strefy outsourcingu taniej siły roboczej z drugiego końca świata wybrzmiewa co najwyżej na boku. Wielkie biznesy i małe przedsiębiorstwa na masową skalę handlują ludźmi, obiecując zdesperowanym i potrzebującym gruszki na wierzbie, przemilczając tym samym temat bezpieczeństwa. Tak złożony obraz mechanizmów wyzysku zdarza się w rodzimym kinie nader rzadko. Kwilman oraz współpiszący z nim scenariusz Malwina Górecka i Kirk Kjeldsen niuansują kwestie hierarchii – pozycja zależy nie tylko od stażu pracy, ale też pochodzenia. Nad latynoskim parobkiem bez dokumentów zawsze będzie stał gopnik albo goryl z Europy Wschodniej.
Jednocześnie nie ma w Capo żadnych instytucji państwowych, które mógłby zainteresować napływ nieuregulowanego zatrudnienia. Świetnie obrazuje to brak w Polsce polityki migracyjnej i wizowej oraz słabość instytucji inspekcji pracy. Na czas wizyty straży granicznej wystarczy zamknąć wszystkich w chłodni, a poza kadrem wręczyć też pewnie funkcjonariuszom świeżą karkóweczkę, żeby mieli czym usta zamknąć. Fabułę debiutu Roberta Kwilmana napędzają właśnie drobne przekupstwa i ciągła gra na zaufaniu, budowanie poczucia lęku oraz nieustannego zagrożenia. To również odpowiedź na sensacyjne pytania w internecie – dlaczego w tylu przestrzeniach polskich miast grupowo przesiadują migranci? Czemu zawłaszczają ławki, murki, skwery? Ano po to, żeby nie musieć choć chwilę gnieździć się w uwłaczających warunkach i móc odetchnąć normalnym powietrzem.
To właśnie powszechna, rasistowska retoryka jest przyczyną tak daleko posuniętej skali wyzysku pracowników migrujących nad Wisłę. W związku z tym, że w debacie publicznej główny przekaz jest jasny i prosty – Polska ma być polska albo bezludna – losy osób niechcianych przez owładnięte paranoją społeczeństwo, schodzą na ostatni plan. Całe szczęście Kwilmana interesuje wyłącznie konkretny przypadek, nie stara się przy tym o zarysowanie szerszego obrazu systemowej niemocy. A jednak chce się po seansie zawołać: migrantów przyjmować, wyzyskiwaczy deportować!
Capo
Tytuł oryginalny: Capo
Rok: 2025
Kraj produkcji: Polska
Reżyseria: Robert Kwilman,
Występują: Beatriz Blanco, Daniel Vasquez, Aleksandra Herrera, Sebastian Stankiewicz i inni.
Dystrybucja: brak
Ocena: 3.5/5