Film o pszczołach – recenzja filmu „Bugonia”

W animacji z 2007 roku jej główny bohater Barry B. Benson dzięki wyfrunięciu z ula może poprowadzić swoich pszczelich kompanów na barykady przeciw ludziom, którzy narzędziami kapitalistycznego systemu położyli łapska na ich towar eksportowy. Blisko dwadzieścia lat później pszczelarz Teddy Gatz zamierza dzięki porwaniu swojej szefowej polecieć w kosmos, żeby zakończyć eksploatację Ziemi przez kosmitów. Co najlepsze, animacja skierowana do dzieci stworzyła głębszą analizę społeczno-politycznego systemu niż Lanthimos w swojej nowej produkcji.

Po artystycznym sukcesie Biednych istot [NASZA RECENZJA] przyszłe projekty Greka mnożyły się jak grzyby po deszczu niczym u Scorsese i Guadagnino, z tą różnicą, że on wywiązał się ze swoich obietnic. Kilka miesięcy po drugim ozłoceniu Emmy Stone przez Akademię Filmową w Los Angeles premierę w Cannes miały Rodzaje życzliwości [NASZA RECENZJA]. Tryptyk o ekonomiczno-społecznych zależnościach współczesnego świata i przekleństwie ułożonego, życzliwego życia został przyjęty mniej optymistycznie. Większość kinofili uznała, że to po prostu side quest przed daniem głównym, tegoroczną Bugonią – amerykańskim remakiem owianego legendą Save the Green Planet! autorstwa Janga Joon‑hwana.

Twórca Kła ustawia pionki na swojej szachownicy w nieco odmienny sposób niż koreański reżyser. Tutaj CEO jest kobieta – Michelle Fuller (Emma Stone) łączy w sobie girlbossing, gatekeeping oraz postać Elona Muska o długich, brązowych włosach. Jedną z osób porywających – dziewczynę ślepo zakochaną w partnerze – zmieniono na neuroatypowego kuzyna (debiutujący na wielkim ekranie Aidan Delbis). Różnice znajdziemy również w sposobie narracji: koreański oryginał jest mroczny, slapstickowy, chaotyczny, ma obrazowe sceny przemocy, bawi się montażem oraz wprowadza liczne retrospekcje do szczęśliwych dni głównych bohaterów. U Greka postawiono akcent na współczesne problemy związane z biotechnologią, korporacyjną hierarchią, na pierwszym planie mamy antybohatera oraz zdecydowanie emocjonalnie zdystansowany ton.

W centrum narracji Lanthimos stawia Teddy’ego Gatza (Jesse Plemons). Z pozoru zwykły obywatel, opiekujący się pszczołami i pracujący na magazynie. Z czasem poznajemy jego umysł przesiąknięty melancholią, kruchością czy też autodestrukcją. To przedstawiciel klasy oszukanych, która znalazła prostsze wytłumaczenie na ich osobistą sytuację. Nie uczestniczą czynnie w korpokapitalistycznym pędzie, a pokładają głęboką wiarę w teoriach spiskowych, w tym tej grającej pierwsze skrzypce w Bugonii: że kosmici rządzą naszą planetą. 

Paradoksalnie elementy charakterystyczne dla kina Lanthimosa okazują się tu jego słabością. Świat w oczach bohaterów po raz dziesiąty staje się konstruktem, który musi ulec rozkładowi dzięki działalności człowieka. Tym razem grecki twórca stawia na złego konia w tej gonitwie na wydumane frazesy o wszelkich katastrofach, korporacyjnych mechanizmach, kapitalistycznym porządku, co idealnie wpisuje się w amerykańską wrażliwość „albo grubo, albo wcale”. Siłą chaosu koreańskiego oryginału była intymność tragedii głównych bohaterów. Jang poprzez liczne retrospekcje zaprosił nas do stołów w domach porywaczy, gdzie odbywały się największe wojny o przetrwanie kolejnego dnia na przemian z gromadzeniem głównie przykrych wspomnień, co prowadziło do zbudowania sympatii do porywaczy. Ponadto koreański reżyser w każdym swoim żarcie potrafił szybko zamienić szeroki uśmiech w grymas, doskonale operując czarnym humorem, podczas gdy u Jorgosa dowcip jest mało wyczuwalny, przestrzelony czy po prostu operujący na zbyt poważnych tonach.

W jednej z kluczowych scen, podczas debaty w trakcie obiadu, dochodzi do zderzenia się katastroficznych wizji, jednej ubranej w garnitur, drugiej w pszczelarską maskę. Jednak jak w przekroju całej produkcji, Lanthimos stoi w pewnym rozkroku, nie mając odwagi jak twórca oryginału, poprzeć jednoznacznie myśli któregoś z bohaterów. Nie pochwala groteskowych aktów politycznych Teddy’ego, przedstawiciela klasy politycznej powstałej przez erozję zaufania, pokazując bohatera Plemmonsa absolutnie z najgorszej strony (co też jest sporą różnicą w stosunku do oryginału). Jednocześnie nie potępia też działań prezeski, zimnego narzędzia kontroli w duchu Foucalta, która bez drgnienia powiekami wyśmiewa swojego oponenta korpomową.

Za takim opisem antagonistki mogła iść interesująca puenta o kapitalizmie zrośniętym ze współczesnym stanem natury, który potrafi wyczerpać przedmiot w postaci człowieka, jednak Lanthimos woli obrazować bezcelowe dyskusje między niedogadującymi się jednostkami, pływać w symetryzmach i umywać ręce od głębszych przemyśleń. Jednak poza doskonale przerażającym aktorstwem Jesse’ego Plemmonsa, ważnym elementem są pszczoły, które jako nieme kapłanki rytmu współtworzą drugi plan Bugonii. To warstwa audialna zbudowana na dźwiękach ich pracy w ulu wwierca się w świadomość widowni, pod koniec stając się jedynym sprawczym podmiotem. Ostateczny cichy akt apokalipsy przynosi naturze ulegę. Dzięki zrzuceniu z siebie nadmiarowego ciężaru w postaci ludzkiego gatunku, planeta oddaje się we władanie małych istot. Grek ładnie zamyka to klamrą obojętności, podobnej do tej, z jaką pszczoły opuszczają ul po zimie. Melodia końca wybrzmiewa bez dźwięku czy patosu, jakby pstryknięciem palca odcięło oddech niewdzięcznym ludziom. Niebo nie płonie, ziemia nie pęka, świat po prostu przewrócił stronę swojej historii ku nowemu rozdziałowi.

To nie tylko elegia, będąca przestrogą dla ludzkości pędzącej w spirali samounicestwienia, ale pieśń pełna tęsknoty za wielkim talentem Lanthimosa, ponieważ niczym pracownik korporacji, wziął na siebie za dużo obowiązków, czego efekty widzimy w Bugonii. Brakuje zabaw formalnych, ciekawych inscenizacji czy tego niecodziennego języka z Kła czy Alp, do którego grecki twórca nas przyzwyczaił. Nawet epilog w kosmosie przypominający inscenizację Lizbony z Biednych istot straszy byciem wersją demo czy – jak to mówi młodzież – z Temu. Najnowszy długi metraż staje się również przestrogą dla wszystkich liczących na równie doskonały co oryginał amerykański remake Parasite Bonga Joon-ho od Davida Finchera. Chociaż może to zdobywca Złotego Lwa w Wenecji po prostu sam nieproszony podjął się zadania i pokazał na jakim poziomie mogą operować amerykańskie adaptacje polityczno-społecznych azjatyckich produkcji. Pora na zasłużony urlop, panie Lanthimos.

Szymon Pazera
Szymon Pazera

Bugonia


Tytuł oryginalny: Bugonia

Rok: 2025

Kraj produkcji: Wielka Brytania/USA

Reżyseria: Jorgos Lanthimos

Występują: Jesse Plemmons, Emma STone, Aidan Delbis

Dystrybucja: United International Pictures

Ocena: 2,5/5

2.5/5