Wysoki poziom konkursu filmów pełnometrażowych i innych nowych produkcji prezentowanych podczas tegorocznej edycji poznańskiego festiwalu Animator świadczy o zaskakującym przebudzeniu w tej dziedzinie, która przez lata pozostawała nieosiągalna dla twórców o artystycznych ambicjach. Chociaż jedną z wyraźniejszych tendencji okazało się odejście od sztywnego podejścia do porządkującego przez lata animowaną twórczość podziału na techniki (warto w tym miejscu wspomnieć o wyróżnionej przez jury Olivii i chmurach dominikańskiego reżysera Tomása Pichardo-Espaillata, w którym to filmie dramaturgię historii miłosnej w duchu realizmu magicznego kształtują nieustanne formalno-stylistyczne kontrasty), zwyciężył obraz, którego największym atutem i wyróżnikiem jest eksploracja możliwości konkretnej techniki i budowanie wyrazistego autorskiego świata. Mowa o pełnometrażowym debiucie Juliana Glandera Boys Go to Jupiter (prezentowanym już m.in. podczas zeszłorocznego American Film Festival pod mniej enigmatycznym tytułem Kosmiczna misja Billy’ego 5000), który można bez przesady uznać za osiągnięcie w dziedzinie animacji komputerowej, techniki – choć obecnie niewątpliwie najpowszechniejszej techniki – wciąż wykazującej pewne oznaki opóźnienia względem starszych metod.
Mimo zalewu krótkometrażowych produkcji szukających nowych możliwości komputerowego animowania szeroko rozumiany mainstream wciąż pozostaje zamknięty w obrębie jej mimetycznego (zarówno w odniesieniu do filmu aktorskiego, jak i tradycyjnych technik animacji) zastosowania – nawet w przecierającym wizualne i dystrybucyjno-oscarowe szlaki Flow [NASZA RECENZJA] nie brakowało natrętnych „pixaryzmów” i niekoniecznie potrzebnego hiperrealizmu. Nieprzypadkowo wspominam niedawny łotewski przebój, bo z omawianym filmem łączy go otwarcie na nowe i ożywcze źródło inspiracji dla filmów animowanych – gry wideo. I o ile opowieść o wędrówce grupy zwierząt przez opuszczony przez ludzi świat przypominała dopracowaną wizualnie przygodówkę dla szerokiego grona odbiorców, o tyle Boys Go to Jupiter ma raczej klimat niezależnej gry o małym budżecie, ale niezwykle oryginalnym pomyśle i dużą dozą dystansu do swojej formy.
To właśnie forma jest tu absolutnym wyróżnikiem – pastelowe kolory, upodobanie do wszelkich deformacji i obłości, zaskakujące połączenie graficznego uproszczenia z pomysłowym detalem, a wreszcie iluzja „otwartego świata”, którego tylko przypadkowy wycinek mamy możliwość obserwować – te bynajmniej nienowe elementy łączy tutaj w wyjątkową całość specyficzna wyobraźnia twórcy (odpowiedzialnego za niemal całą stronę wizualną filmu), znakomicie bawiąca się iluzją namacalności i faktury generowanych komputerowo obiektów. Wyróżnikiem strony wizualnej jest tu także umowność przywodząca na myśl dziecięce budowle z klocków, dmuchane kształty lub nieco przymgloną przestrzeń. Senna atmosfera amerykańskich przedmieść nabiera w filmie Juliana Glandera psychodelicznego posmaku, rozpuszczając się w intensywnych kolorach w labiryntową, swoiście postmodernistyczną przestrzeń.
Oprócz wspomnianych inspiracji ze świata gier (widocznych także w specyficznych sposobach komponowania kadru, a nawet budowie scenariusza, wyraźnie dzielącego losy bohatera na questy) daje się zauważyć silne zakorzenienie w tradycji amerykańskiego komiksu i animacji – zmysł społecznej obserwacji amerykańskiej rzeczywistości w krzywym zwierciadle, przywodzący na myśl kultowe seriale animowane dla dorosłych, łagodzi pastelowość rodem ze starych animacji dla dzieci. Mimo licznych pierwiastków estetyki retro Boys Go to Jupiter pozostaje realizacją na wskroś współczesną – także pod względem fabuły, przenoszącej na grunt animacji coraz wyraźniejszą tendencję współczesnego kina środka do łagodności i spokoju. W tym kontekście mocno odrealnione zakończenie filmu wydaje się czymś więcej niż tylko dowcipną puentą – przebłyskiem nadziei na możliwość odrzucenia niesprzyjającego porządku rzeczy i zaczęcie od nowa.
Ale Boys Go to Jupiter to nie tylko niezwykle atrakcyjna propozycja wizualna, ale i (ściśle z nią powiązana) dobrze pomyślana treść. Losy zawieszonego między beztroską późnego dzieciństwa a tyleż pociągającą, co groźną dorosłością Billy’ego 5000 (mówiącego głosem Jacka Corbetta) stanowią pretekst do ukazania psychodelicznie podrasowanego krajobrazu florydzkich przedmieść: kiczowatych atrakcji w rodzaju „największego hot doga świata” czy pola golfowego o tematyce prehistorycznej, korporacji Dolphin Groves, w której bada się eksperymentalne gatunki cytrusów i tajemniczych stworzeń widywanych na bagnach. W tym kolorowym otoczeniu obserwujemy zagubionego pośród bogactwa doznań bohatera, zachłyśniętego pozorną samodzielnością zapewnianą mu przez pracę rozwoziciela jedzenia, rozczarowanego dziecinnością swoich najlepszych przyjaciół i przeżywającego głębokie zauroczenie. Mimo tych oznak dezynwoltury wobec klasycznego sztafażu kina coming-of-age można filmowi zarzucić nadmierną (być może dającą się tłumaczyć pragnieniem przystępności) powściągliwość w tej materii, której zaniechanie z pewnością by mu nie zaszkodziło.
Podobnie jak w przypadku warstwy formalnej, również tutaj cisną się na usta rozmaite skojarzenia, od Kina Nowej Przygody (jako udana reinterpretacja motywu znanego chociażby z E.T.) po Fistaszki, z którymi łączy film Glandera przełamywanie tematyki dziecięco-młodzieżowej refleksyjnym nastrojem i poważnymi filozoficznymi problemami. Billy to zresztą swego rodzaju nastoletnia wersja Charliego Browna – zmagający się z codziennym pechem, bez przerwy niewyspany, poirytowany swoim otoczeniem i nieradzący sobie w relacjach z nim. Kluczowym motywem jest także młodzieńcza ekstaza samodzielności (ale i niespodziewane rzucenie się w wir decydujących życiowych wyborów), bezbłędnie ukazana z wykorzystaniem całego emocjonalnego potencjału, jaki może nieść z sobą animacja.
Sprowadzanie problematyki tego filmu do kwestii związanych z dorastaniem byłoby jednak krzywdzące – to też na wskroś aktualny obraz świata pogrążonego w dziwnym, niepokojącym zawieszeniu o nie do końca jasnych przyczynach. Już wybór czasu akcji ma duże znaczenie – Boys Go to Jupiter rozgrywa się w czasie Bożego Narodzenia, które na Florydzie jest okresem wzmożonych upałów, zresztą reżyser konsekwentnie unika pokazywania jakichkolwiek oznak świątecznego czasu. Nie bez powodu bohaterów otaczają religijne billboardy z apokaliptycznymi hasłami – zdaje się, że koniec świata jest już na horyzoncie, ale pozostaje ignorowany – nastrojom paranoicznym towarzyszy pewna ospałość. W tym kontekście Billy jawi nam się nie tylko jako zagubiony w natłoku bodźców i emocji nastolatek, ale i znakomita figura (anty)bohatera współczesności, dla którego happy end jest możliwy tylko dzięki absurdalnemu zanegowaniu reguł swojego świata (w tym akcie odrzucenia rzeczywistości i ucieczce w fantastyczny świat można dopatrywać się znaczenia zagadkowego tytułu), w którym nie czuje się zdolny do osiągnięcia czegokolwiek, nie znajdując oparcia w żadnej instytucji (z rodziną – poddaną w tym filmie kompletnemu rozkładowi – włącznie). Ten dość zaskakujący komentarz społeczny sprawnie wpasowuje się w przepełniający film „upalnie” purnonsensowy humor.
Do tego dochodzi jeszcze niejasna, a nie wyglądająca na wesołą sytuacja rodzinna bohatera – tylko zasugerowana w przewrotnym porządku filmu, gdzie malowniczy detal często zastępuje tradycyjne pokazywanie historii, a fragment nastrojowego pejzażu bywa dużo wymowniejszy od dialogu. Skoro już o tym mowa, warto docenić także udany dubbing, świetnie odtwarzający meandryczny charakter codziennych rozmów. Inny ważny aspekt stanowi (również przygotowana przez wszechstronnego reżysera) ścieżka dźwiękowa, bowiem gatunkowy koktajl uzupełniają także elementy musicalowe, wypadające zaskakująco naturalnie. Powracając do paraleli z Fistaszkami, tak jak ekranizacje komiksu Schultza kojarzą się nieodzownie z wysmakowanymi jazzowymi melodiami Vince’a Guaraldiego, tak „dmuchany” świat Boys Go to Jupiter wypełniają dźwięki dream popu idealnie pasującego do klimatu upalnej… zimy – jednocześnie przyjemnego i nieco otumaniającego swym gorącem. Nie tylko muzycznie, ale i tekstowo są to prawdziwe perełki (włącznie ze śpiewaną recenzją florydzkiej gastronomii czy rockową balladą o sposobach przyrządzania jajek) wpasowujące się doskonale w (czasem zwodniczo) lekki charakter dzieła.
Mimo silnego zakorzenienia w licznych konwencjach obraz Glandera zdaje się objawieniem prawdziwie nowego kierunku animacji, odrzucającym podziały na kino familijne, nastoletnie, dziecięce i dorosłe z jednej, a komercyjne i artystyczne z drugiej strony. W udany sposób miesza rozrywkę z aktualną problematyką, absurdalno-ironiczny ton z hołdem złożonym klasyce. Być może to przesadne nadzieje w czasach kinematograficznej nadprodukcji, ale można wierzyć, że ta zręczna mieszanka mniej lub bardziej znajomych elementów znajdzie oddane grono fanów i przynajmniej w wąskich kręgach zyska miano kultowej pozycji, bo niewątpliwie na to zasługuje. Piszę o tym filmie w niemal euforycznym tonie, bowiem udało mu się osiągnąć rzecz bardzo trudną, a w animacji zasadniczą – najprostsze poczucie wizualnej przyjemności doznawanej podczas kontaktu z umiejętnymi zestawieniami barw czy udanymi kadrami. W czasach, gdy wszystkie techniki animacyjne zdają się już być ograne, precyzyjnie dobrana kolorystyka, dbałość o detale, a wreszcie bezpretensjonalny urok świata – pełnego zapadającego w pamięć sennego wdzięku, ale i natrętniekierującego naszą myśl w stronę rzeczywistości – czynią z Boys Go to Jupiter naprawdę wartościową pozycję współczesnego kina.
Boys Go to Jupiter
Rok: 2024
Kraj produkcji: USA
Reżyseria: Julian Glander
Występują: Jack Corbett, Grace Kuhlenschmidt, Elsie Fisher i inni
Ocena: 4,5/5