Kinofilski citybreak w Lombardii. Relacja z 44. Bergamo Film Meeting

Bergamo większości Polaków kojarzy się raczej głównie z lotniskiem obsługującym tanie loty do pobliskiego Mediolanu. Ale lombardzkie miasto poza krótkim przystankiem idealnie nadaje się też na wczesnowiosenny, kinofilski citybreak.

Tegoroczna, 44. edycja Bergamo Film Meeting dobiegła końca. To specyficzna impreza, jeden z tych wielu mniejszych festiwali filmowych z całego świata, które starają się przyciągnąć własną wizją kuratorską, a nie najważniejszymi nazwiskami w branży. W programie na próżno szukać głośnych premier ostatnich miesięcy, a zaproszeni goście muszą twardo stąpać po ziemi, bez czerwonego dywanu. Cała esencja wydarzenia zawiera się już w nazwie – to bardziej towarzyskie spotkanie niż fabryka blichtru i splendoru. Nikt tu nikogo raczej nie kojarzy z twarzy, a mimo to brawa rozlegają się po każdej projekcji, nawet shorta poprzedzającego główny pokaz.

Choć wszystkie seanse odbywają się pod tym samym adresem, niespieszna atmosfera sprzyja rozłażeniu się po mieście, tak jakby spacer po okolicy w każdym bloku godzinowym był wpisaną w harmonogram alternatywą programową. Bergamo jest miastem specyficznym, bo turyści pojawiają się tu falami, a na publiczności spotkać można przede wszystkim lokalsów. Dobrze się więc po nim chodzi, mimo typowo włoskich, skąpych chodników i nawierzchni z kocich łbów. Zwłaszcza widoki z usytuowanej na wzgórzu historycznej części stanowią dodatkowy seans – panoramę na Alpy, okoliczne zabudowania i połacie głębokiej zieleni.

Miejscem projekcji jest Palazzo della Libertà, monumentalny gmach wybudowany pod koniec lat 30. jako siedziba Narodowej Partii Faszystowskiej, a podczas wojny służący też m.in. za więzienie. Dziś, oprócz dużego audytorium i mniejszych sal, znajdują się tu także biura czy urzędy. Program retrospektyw, na których to w głównej mierze skupia się BFM, z pozoru może wydawać się równie eklektyczny, co architektura samego miasta. W trakcie minionej edycji przybliżono twórczość Abbasa Kiarostamiego, Agnieszki Holland, Ildikó Enyedi, Alexa van Warmerdama, Andrzeja Wajdy i Louisa de Funèsa. Nieoczywisty zestaw nazwisk pozwalał balansować między powagą a błazenadą, dzięki czemu przeglądy nie były nudne, a niektóre tytuły układały się w zaskakujące rymy.

Moim najlepszym filmowym wspomnieniem z Bergamo bez wątpienia będzie Szymon Mag – baśń o węgierskim magiku, który przyjeżdża do Paryża, by pomóc w zagadkowym śledztwie. Gdy tylko bierze pieniądze z góry, pochłaniają go miasto i emocje, wpada w labirynt nieporozumień, błądzi więc ciałem i duszą po ekranie. Ildikó Enyedi stworzyła przepiękną opowieść o zagubieniu w przestrzeni, języku i miłości, wyprzedzając niejako Między słowami w ujęciu komunikacyjnego zeitgeistu przełomu millenium. To kino o czarach i wierze, ale nie religijne i wolne od ezoteryki. Niektóre sekwencje – jak otwierające sceny na dworcu, przełomowa rozmowa telefoniczna czy zakończenie – wynoszą tę pozornie prostą fabułę na rejestry niemal metafizyczne.

Szymon Mag (1999), reż, Ildikó Enyedi

Drugą pamiątką z Lombardii jest odkrycie na nowo oeuvre Louisa de Funèsa. Jego największe szlagiery, jak Skrzydełko czy nóżka albo Kapuśniaczek, znałem z dzieciństwa, ale kojarzyły mi się raczej jako letnie komedie oglądane z dziadkiem na kanapie, w których śmieszył bardziej slapstick niż bogactwo dialogów czy konceptualny humor. Tymczasem obejrzane w ramach Bergamo Film Meeting Przygody Rabina Jakuba, Fantomas powraca i Sławna restauracja zmieniły moje wyobrażenia i wspomnienia; to twórczość żwawa, świadoma politycznie, pełna eksperymentów formalnych oraz sztuczek narracyjnych. Sam de Funès oczywiście zagrywa się za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie, ale obok ekstatycznej mimiki czy durnowatego charakteru jego postaci jest tu również sporo bardziej wysublimowanych podtekstów. Choć z tej trójki najmniej spodobał mi się chyba Fantomas…, to ujęcia lotnicze czy zdjęcia wulkaniczne (zrealizowane przez urodzonego w Polsce Harouna Tazieffa) na zawsze zostaną w moim myśleniu o kinie francuskim lat 60.

Fantomas powraca (1965), reż. André Hunebelle

Oryginalnym dodatkiem do programu był zestaw filmów krótkometrażowych zrealizowanych w technice pinscreen. W ramach przeglądu wyświetlono m.in. jedno z największych osiągnięć tej formy animacji ostatnich lat – Tutaj i wielkie nigdzie autorstwa Michèle Lemieux, podzieloną na cztery rozdziały medytację nad relacją jednostki z przestrzenią. Oprócz dzieł czołowych artystów pracujących z tą materią, kuratorzy zaprezentowali całe spektrum jej użycia, od wczesnych prac duetu Alexander Alexeïeff i Claire Parker, przez Proces Orsona Wellesa, po współczesne eksperymenty powstające w Kanadzie i we Francji. Dwa jedyne modele do animowania w technice pinscreen znajdują się właśnie w Montrealu i Paryżu. To narzędzie nieobecne szerzej w świadomości kinofilskiej, ale pozwalające osiągnąć nieoczywiste i niepowtarzalne rezultaty.

Tutaj i wielkie nigdzie (2012), reż. Michèle Lemieux

Najgorszym wspomnieniem, jakie przywiozę z Lombardii, był natomiast seans Tataraku Andrzeja Wajdy, wybrany trochę z przypadku. Po obejrzeniu niegdyś Powidoków, straciłem chęć na nadrabianie późnych dzieł wieszcza polskiego kina i ta adaptacja prozy Jarosława Iwaszkiewicza przypomniała mi dlaczego. Autotematyczny portret kobiety – w jednej roli Krystyna Janda jako matka, która straciła podczas wojny synów, w drugiej Krystyna Janda jako Krystyna Janda, która pożegnała niedawno męża, operatora Edwarda Kłosińskiego – wygląda trochę jak film w wersji homeopatycznej. Wajda posługuje się symboliką i metaforami tak banalnymi, że zalatuje to aż kampem, emocjonalna i osobista treść monologu głównej bohaterki pachnie przesadą, a egzaltowane jest tu każde ujęcie, przez co wszystko spłynęło po mnie jak ten tytułowy chaszcz rzeką. Oczy pieką od niedbałych kompozycji, uszy więdną od patetycznych dialogów, mózg się lasuje od nagromadzenia niedorzeczności. Rozliczeniowa treść całkowicie przysłoniła artystyczny rezultat.

Absurd – ale już pozytywny – towarzyszył również projekcji Sukni Alexa van Warmerdama. To idealna propozycja na podwójny seans z Morderczą oponą Quentina Dupieux, niderlandzki reżyser przedstawia tu bowiem historię pewnej tkaniny, która wraz z biegiem czasu zmienia bohaterów, na zawsze już naznaczając ich życia. Brak tu jakichkolwiek resztek politycznej poprawności, z filmu pobrzmiewa wyraźnie rozczarowanie światem i człowiekiem, lekki reżyserski cynizm, a może wręcz mizantropia. Ze stosownego dystansu na relacje międzyludzkie kazał też spojrzeć Michelangelo Antonioni, w wyświetlanej w odrestaurowanej wersji Kronice pewnej miłości. To bardzo klasyczna, noirowa fabuła o samotności, zdradzie i skomplikowanych uczuciach, ale utrzymana w konwencji wychodzącej poza standardy powojennego kina Włoch. Kto rzuca dyskretne uroki burżuazji? Serce czy pieniądze? Odpowiedź Antonioniego jest raczej gorzka.

Kronika pewnej miłości (1950), reż. Michelangelo Antonioni

I to wszystko raptem w trzy dni, Bergamo da się poznać i polubić, będąc tu nawet tylko na weekend. Są widoczki, smaczna lombardzka kuchnia i świetne filmy. Może nie ma co tracić czasu (i fortuny) na Cannes czy Wenecję, tylko wpisać na przyszły rok BFM w plany urlopowe?

Michał Konarski