W czerwcu tego roku nasz redaktor Michał Konarski, recenzując Fenicki układ [NASZ TEKST], zdiagnozował go jako po prostu „nowy film Wesa Andersona” – jakby od foremki. W bardzo podobny sposób Ogień i popiół jest zwyczajnie kolejnym Avatarem.
Wynika to w dużej mierze z kontekstu produkcyjnego: druga i trzecia część początkowo były jednym scenariuszem, którego podział wymusił jedynie nadmiar materiału (dobra decyzja, biorąc pod uwagę już i tak napęczniałe metraże). Między premierami minęły trzy lata, ale wydarzenia ekranowe mogłoby równie dobrze dzielić jedno cięcie – historia kontynuowana jest dokładnie od tego momentu, gdzie ostatnio ją urwano. Oba filmy kręcono jednocześnie, korzystając z tego samego zestawu rozwiązań technologicznych i stylistycznych, przez co granica estetyczna między nimi praktycznie się zaciera. W zasadzie mamy do czynienia z narracyjną kontynuacją Istoty Wody, ale pozbawioną jej najgorszych skaz.
O poprzednim Avatarze zwykłem mówić „sequel, nie film”. W moim odczuciu jest to twór tak doszczętnie zajęty układaniem fundamentów pod kolejne odsłony, że przestaje być pełnoprawnym i samodzielnym dziełem. Wprowadza kilkunastu ważnych bohaterów, całą dynastię Sullych, nowe osady, techniki oraz duchowe podwaliny. Dla dalszego ciągu serii pełni to funkcję analogiczną do rozstawiania pionków w partii szachów — rytuału niezbędnego i nieraz przyjemnego, ale najlepiej możliwie krótkiego. James Cameron przygotowanie szachownicy niestety srogo przeciągnął, ale z większą swobodą podszedł do samej rozgrywki.
Na Pandorze bez zmian: kolonizacja trwa, a wraz z nią polowanie na Jake’a (Sam Worthington), który chroni najbliższych i naraża każdego, u kogo się schroni. Fabuła nigdy nie była mocną stroną tego cyklu, więc nie będę jej streszczał, ale snuta bez przesadnej ekspozycji osiąga naprawdę satysfakcjonujące spiętrzenie konfliktów i etycznych rozterek. Nuty pikanterii do nieuniknionej konfrontacji dodaje natomiast wrogi klan Na’vi, urozmaicający zgrany motyw „szlachetnego dzikusa” o chociażby cień moralnej szarzyzny. Przed seansem obawiałem się, że tytułowy ogień zostanie potraktowany tak, jak w poprzedniej odsłonie woda – jako motyw przewodni, kolejne technologiczne demo, dodatkowy biom, kinowy odpowiednik DLC. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, żywioł wpisano naturalnie w świat przedstawiony, bez nadmiernej tematyzacji i uwagi. Jego oczywiste destrukcyjne konotacje uosabia Varang (Oona Chaplin), której psychopatyczne i militarystyczne zapędy przyciągają uwagę Quatricha (Stephen Lang).
Ich relacja – pełna rywalizacji i sadyzmu – wyróżnia Ogień i popiół spośród sagi. Zawdzięczamy jej również sekwencję narkotyczną, która na moment rozsadza ustaloną estetykę filmu i wprowadza desperacko potrzebne urozmaicenie obrazu. Bo o ile wciąż słychać zachwyty nad pięknem Pandory (nawet od malkontentów), to najbardziej nas zachwycała, gdy jeszcze ustawialiśmy ją jako tapetę w systemie Windows XP. Od tego czasu nie sposób nie przywyknąć do półprzejrzystych tekstur, różawych łun światła i poblasku w błękicie morza.
Wygląda na to, że Avatar podzieli los większości hollywoodzkich franczyz i będzie nam serwować dużo tego samego. Nic nie wskazuje na to, aby miał nastać koniec recyklingu motywów, pomysłów i rozwiązań. Jakość odcinków może się różnić, ale podstawowa odbiorcza przyjemność zależeć bardziej będziej od tego, czy dla danego widza strzały z półobrotu Neytiri (Zoe Saldaña) nigdy się nie zestarzeją, czy raczej były przeżytkiem w dniu premiery. Być może ta seria potrzebuje swojego własnego Dnia sądu: odejścia Jamesa Camerona. Los Terminatora jest oczywiście dowodem opłakanych tego skutków, ale trudno mi odeprzeć wrażenie, że kanadyjczyk lepiej się sprawdza w światotwórstwie niż opowiadaniu – i zwyczajnie marnuje swój talent.
Niezależnie od przyszłych losów Avatara żywię do całości pewną sympatię – zapewne ze względu na świąteczną nostalgię, ale na pewno przez fascynujący paradoks: najbardziej zaawansowany technicznie twór kinematografii wciąż czerpie z archetypów i odwołuje się do elementarnych struktur naszej kultury: pierwotnej, niemal instynktownej więzi rodzinnej. Sto lat temu świat ujrzał Gorączkę złota Charliego Chaplina, a dziś może obserwować, jak ekstraktywistyczne narracje kontynuuje jego niebieskoskóra wnuczka – w tej ciągłości też jest coś poruszającego.
Avatar: Ogień i popiół
Tytuł oryginalny: Avatar: Fire and Ash
Rok: 2025
Kraj produkcji: USA
Reżyseria: James Cameron
Występują: Sam Worthington, Zoe Saldaña, Sigourney Weaver, Stephen Lang i inni
Dystrybucja: Disney
Ocena: 3,5/5
