Kornéla Mundruczó nie trzeba nikomu przedstawiać. Jeden z największych europejskich filmowców pierwszych dwóch dekad XXI wieku zachwycał i intrygował, a kolejne premiery jego dzieł w Cannes czy Locarno przyciągały szczególną uwagę. Często dawał w nich szerokie pole do widowiskowych kreacji pierwszoplanowych. Od wybitnej Joanny po udane przejście do kina anglojęzycznego w postaci Cząstek kobiety – powykrzywiane w cierpieniu lub ekstazie twarze protagonistek wypalały się pod powiekami widzów, nie pozwalając o sobie zapomnieć. W słabo obsadzonym konkursie głównym tegorocznego Berlinale jego At the Sea wydawało się na papierze jednym z najjaśniejszych punktów. Światło w tunelu czasem okazuje się jednak po prostu lampami pociągu
Sukces zrealizowanych w Kanadzie Cząstek kobiety [RECENZJA], które poza świetnymi recenzjami przyniosły Vanessie Kirby Puchar Volpiego i oscarową nominację, zdobył Mundruczó zaufanie hollywoodzkiej śmietanki. Położył także fundament pod stworzenie trylogii analizującej kobiecą psychikę w sytuacjach granicznych. Po młodości z Kirby, zaplanowana była już starość, gdzie gwiazdą będzie Ellen Burstyn, która na drugim planie Cząstek stworzyła jedną z najlepszych kreacji w dotychczasowej karierze. Między nimi do wypełnienia pozostała jeszcze jama wieku średniego – to właśnie w nią zanurza się At the Sea.
Gdy Węgrzy siadali do rozpisywania opowieści o pokoleniowej traumie, odkrywaniu siebie na nowo i redefiniowaniu wcześniejszych wyborów, Amy Adams wciąż nie miała Oscara. Fakt ten raczej nie mąci spokoju większości ludzkiej populacji, ale trudno nie zauważyć, jak wpływa on na wybór ról Amerykanki. Po klęskach recenzenckich, box-officowych i kampanijnych Elegii dla bidoków oraz Nocnej suki współpraca z tak rozumiejącym i dającym przestrzeń ekranowej ekspresji duetem, który dodatkowo cieszy się gigantycznym szacunkiem krytyków, wydawała się strzałem w dziesiątkę.
Czerwone flagi zaobserwować można było jednak już przed pierwszymi pokazami ukończonego filmu. Mundruczó w wywiadach udzielał kuriozalnych wypowiedzi, na przykład stawiając tezę, że praktycznie nie ma obrazów na temat kryzysu wieku średniego czy odkrywania siebie na nowo, dlatego postanowili wraz z Katą Wéber wypełnić tę lukę. Tak jakby przegapił ostatnie pół wieku w amerykańskim czy francuskim kinie. Scenariusz nie miał za sobą dekady sukcesów i poprawek na teatralnych deskach, jak to było w przypadku Czątek kobiety. Nastąpiły również zmiany w pionie produkcyjnym: Martin Scorsese się wycofał, Kevin Turen zmarł, a kanadyjskie Bron Studios zbankrutowało w trakcie pandemii. To pociągnęło za sobą z kolei przetasowania w ekipie: operatora Benjamina Loeba zastąpił Yorick Le Saux, a zamiast charakterystycznego stylu Howarda Shore’a za muzykę odpowiada rosyjskie rodzeństwo Galperinów.
Punktem wyjścia At the Sea jest niszczący żywioł uzależnienia. Wybór ten wpisuje się w oscarowe ambicje produkcji, wszak Akademia rokrocznie docenia przynajmniej jedną kreację portretującą zmagania z nałogiem. Z drugiej strony na tym podgatunku wisi ciężar wielu klisz. Spójrzmy chociażby na hollywoodzkie przykłady z ostatnich lat. Filmowcy często albo szantażowali emocjonalnie widzów, zbliżając się w tym do poziomu autoparodii, jak w Moim pięknym synu, albo popadali w drugą skrajność, czego efektem było na przykład wibrujące żywą energią recytacji Wikipedii na godzinie wychowawczej The Outrun. Węgrzy próbowali od tego uciec poprzez koncentrację na czasie „po”. Gdy bohaterka już spadła na samo dno, powodując wypadek samochodowy z małym synem na fotelu pasażera, zrozumiała, że jest chora, i tybetańskimi bębnami w ekskluzywnym ośrodku wybiła sobie z głowy chęć sięgnięcia po ukochane whisky soda.
Jej problemy jednak nie skończyły się wraz z wydostaniem się ze szponów aktywnego nałogu: współpracownicy szukają wyjaśnienia półrocznego urlopu i odpowiedzi co do przyszłych planów, drogi odwyk połączony z brakiem zarobków wywiercił dziurę w stanie konta, nastoletnia córka się buntuje, a kilkuletni synek nie radzi sobie z traumą. Co najgorsze – jak to w amerykańskim filmie – Laurę czekać będzie także całkiem żenujący (przede wszystkim dla widza) i przepełniony przemyśleniami na poziomie kałuży flirt z innym poznanym nałogowcem. Ich konwersacja, w której mięśniak o wielkim sercu ujawnia protagonistce, że tylko puszczanie latawców pozwala mu osiągnąć spokój ducha bez igły, odhacza wszystkie zwyczajowe elementy; deklaratywna i banalna jak w soczewce skupia w sobie problem tutejszych dialogów. At the Sea bierze scenariusz rodem rodem z twórczości Ilony Łepkowskiej, lecz ani go nie pastiszuje, ani nie traktuje w pełni poważnie, a jedynie łączy patos i wymuszanie wzruszeń z przelotnymi gagami, dokładnie tak jak postąpiłaby polska legenda telewizji.
Teatralna proweniencja Wéber niezwykle mocno rezonuje w At the Sea, gdyż cała narracja została sprowadzona do niekończących się dialogów, symbole i retrospekcje powracają niczym refren, a miejsce akcji ogranicza się do trzech lokacji. Niestety, nie uświadczymy tu jednak ani klaustrofobicznego dyskomfortu Cząstek kobiety i Joanny, ani przytłaczającej rozległości Białego boga czy Księżyca Jowisza. Otwarte przestrzenie plaży i wielkich przeszklonych willi w obiektywie zazwyczaj świetnego operatora Yoricka Le Saux prezentują się tu niczym scenografie netflixowego serialu; zamiast służyć opowieści, stanowią jedynie tło. Duża w tym wina zimnego i płaskiego oświetlenia przemieniającego każdy kadr w katalog Ikei. Próżno w produkcji Mundruczó szukać jakichkolwiek godnych uwagi artystycznych rozwiązań, może prócz dwóch udanych sekwencji tanecznych. W pierwszej, kameralnej, córka wyrywa się z więzów bycia postrzeganą tylko jako rozkapryszona nastolatka poprzez emocjonalne zinterpretowanie choreografii Laury sprzed lat, w drugiej zaś w ciemności sceny i pojedynczych światełek widzimy nieletnią bohaterkę na parkiecie z ojcem.
Oddanie sceny Amy Adams, maksymalne zbanalizowanie opowieści, wypranie warstwy formalnej z jakiejkolwiek wyrazistości oraz wielokrotne tłumaczenie każdej metafory i fabularnego niuansu – taki przepis na hollywoodzki sukces „ugotowali” Madziarzy. Na festiwalu w Berlinie nie wyszło i At the Sea zostało przyjęte tak, jak na to zasługuje – katastrofalnie. Kiedy jednak pojawi się już w ofercie jakiegoś serwisu streamingowego – kto wie? Może między piątą częścią The Kissing Booth a dwunastym spin-offem Planety Singli najnowsze dzieło twórcy Delty znajdzie swojego widza. Wszak będzie tam pasować jak ulał. Trochę to jednak przykre.
At the Sea
Rok: 2026
Kraj produkcji: USA
Reżyseria: Kornel Mundruczó
Występują: Amy Adams, Murray Bartlett, Brett Goldstein i inni
Ocena: 1,5/5