Być odpowiedzialnym za swoją ciekawość. Wywiad z Anją Zalewską

Prezentujemy rozmowę z tegoroczną laureatką Nagrody im. Zuzanny Jagody Kolskiej, Anją Zalewską – reżyserką krótkiego metrażu Soap Opera, najlepszego filmu tegorocznej nowohoryzontowej Shortlisty, który w naszym gridzie krytyków uzyskał średnią 6,39.

Patryk Ciesielczyk: Zadam teraz pytanie, które jest już chyba tradycją dla wszystkich wywiadów wokół Shortlisty. Więc może miejmy już je za sobą. Czy traktujesz krótkie metraże jako wprawkę przed debiutem pełnometrażowym? Czy uważasz je raczej za formę, która może dać Ci więcej swobody i możliwość wyrażenia się w trochę inny sposób niż taki standardowy metraż, załóżmy 90 minut?

Anja Zalewska: To dobre pytanie i nic dziwnego, że często się przewija. Wydaje mi się, że to jest i wprawka, i coś zupełnie odmiennego. W szkole żyjemy w pewnym dualizmie: uczymy się o pełnych metrażach, bo docelowo raczej będziemy je robić. Mam nadzieję, że każdy z nas będzie miał taką możliwość. A jednak za każdym razem wymagane jest od nas stworzenie krótkiej fabuły i krótkiego dokumentu. To niby coś podobnego, a jednak różni się, jeśli chodzi o konstrukcję dramaturgiczną. Same zdjęcia są na wagę złota i cały czas się zastanawiam, jak to jest mieć miesiąc dni zdjęciowych, bo my mamy tak do tygodnia średnio na zrealizowanie filmu. Zastanawiam się, jakiej odporności to wymaga i jak niesamowita musi to być przygoda. Piszę teraz pełny metraż i jestem zaskoczona, ile mam czasu na wszystko. Mogę pozwolić sobie na sceny, które nie muszą mieć od razu jasno określonej funkcji. Każda jest potrzebna, wiadomo, inaczej nie miałaby racji bytu, ale nie trzeba konstruować formy filmowej z taką precyzją.

PC:  Wspomniałaś już o projekcie, który teraz realizujesz. Być może pojawi się on jeszcze w naszej rozmowie, ale chciałbym tutaj nawiązać do informacji z Twojego biogramu. Jest tam napisane, że obecnie pracujesz „nad body horrorem z pralką w roli głównej oraz dokumentem o Jesiotrze Januszu”. Ten zestaw bardzo mi się podoba i, jak sądzę, sporo mówi o tym, jaką jesteś twórczynią. Opowiedz proszę coś więcej o tych projektach. Czy któryś z nich to pełny metraż, czy jeszcze coś, co dopiero wyłania się na horyzoncie?

AZ: Bardzo dziękuję w ogóle, że to zauważyłeś. To są jeszcze moje filmy szkolne, krótkometrażowe. Ten o pralce to film trzecioroczny, bo właśnie skończyłam trzeci rok, więc wciąż nad nim pracujemy przed egzaminem w październiku. I próbujemy tam znowu wybudować jakiś świat, znowu w duchu realizmu magicznego, i znów mierzę się z podobnymi problemami przy jego konstruowaniu, choć w pewnym sensie są one zupełnie inne. Dokument o Jesiotrze Januszu będzie natomiast moim dyplomem dokumentalnym. W szkole robimy trzy dokumenty i cztery fabuły, jeżeli dobrze liczę, ale chyba tak. No właśnie, więc będzie to także ostatni dokument, który zrobię w szkole. Z tym, że pojawił się zainteresowany producent, który uznał, że historia o Jesiotrze Januszu, rehabilitującym osoby z niepełnosprawnościami w Jeziorze Płotki w Pile, nadaje się na pełny metraż. Na razie jednak muszę zobaczyć, w którą stronę poprowadzi nas ten materiał.

Soap Opera (2025)

PC: Z tego, co mówisz wynika, że wymogi instytucjonalne stawiają przed tobą konieczność, że jako reżyserka musisz specjalizować się zarówno w fabułach, jak i dokumentach. Współczesne kino stara się to rozróżnienie zaciemniać, ale na tym etapie edukacji pewnie musisz zmierzyć się z obiema formami. Nie wiem, czy chcesz odpowiedzieć na to pytanie, ale chciałbym się dowiedzieć, w czym czujesz się lepiej, w fabule czy w dokumencie?

AZ: To jest oczywiście ogromny przywilej robić te dwie formy. Byłam przerażona dokumentami, kiedy zaczynałam studia w szkole filmowej. Wcześniej między innymi dlatego nie zdawałam na reżyserię. Zawsze chciałam robić coś związanego z filmem, jeżeli mogę się cofnąć do czasów zamierzchłych, zobaczyłam, że w szkole wymogiem jest nakręceniem filmu. A w zasadzie dwóch. Stwierdziłam, że to jest tak przerażające, że nie będę zdawać. W końcu jednak się odważyłam i udało się. Jako, powiedzmy, osoba introwertyczna początkowo wątpiłam, czy mogę być odpowiednią osobą na pozycji lidera, jakim jest reżyser. Okazało się, że jakoś na swój sposób się w tym odnajduję. W dokumencie, kiedy podchodzimy do ujęcia, mamy chwilę na obserwację. Obraz nie musi być aż tak wyraźny. Mam wrażenie, że po prostu widzowie są w stanie więcej rzeczy wybaczyć, jeżeli bohater i temat niosą cały film. W fabule z kolei trzeba być od razu przygotowanym. Z jednej strony daje to mniej miejsca na błąd, z drugiej wcale nie musi tak być. Na pewno chciałabym spróbować siebie w obu tych formach, jeżeli będzie mi dane robić dalej filmy. Wcześniej myślałam, że fabuła daje mi większą swobodę, ale praca nad dokumentem o jesiotrze pokazała, że za każdym razem trzeba wychodzić do człowieka, takim jakim się jest, co jest piękne, ale jest też wyzwaniem. Trzeba uważać, żeby nikogo w tym procesie nie zranić i oddać mu taki szacunek, jaki by chciał. Ten ostatni dokument, właśnie ten rybny, bardzo mnie nauczył, jak pięknym doświadczeniem może być taka praca. To samo można również powiedzieć o fabule, tyle że mamy do czynienia z bohaterem wykreowanym.

PC:  Fajnie, że samoświadomie opowiadasz o swoich potrzebach jako twórczyni. Podoba mi się to pod tym względem, że jesteś jeszcze na etapie, gdzie możesz potestować siebie, możesz zobaczyć, czy lepiej Ci się działa, gdy masz więcej kreacyjnych możliwości, czy właśnie jako obserwatorka. Patrząc na posty po tym, jak Twój film został nagrodzony, widziałem odzew ze strony na ekipy, że to było dla was budujące doświadczenie. Cały ten świat jakby zbudowałaś od zera. Jeszcze samo to, że jesteś po dwóch stronach kamery. To też jest imponujące, bo z jednej strony powiedziałaś, że bałaś się, że nie odnajdziesz się w roli przywódczej, a z drugiej strony widzę, że stworzyłaś coś niezwykłego, jeśli chodzi o doświadczenie kolektywne. Nie wiem, czy się mylę? Może rozwiń moją myśl.

AZ: Super, że znalazłeś gdzieś taki feedback, czy taką opinię, bo to jest chyba najwspanialsze w fabule, w ogóle w każdym projekcie, że spotykamy się z tyloma ludźmi i robimy coś razem. Ja sama to nic bym nie zrobiła. Nie napisałabym sama scenariusza bez Oli Głowickiej, nie zrobiłabym zdjęć bez Zofii Połaniewicz, nie weszłabym w produkcję bez Oli Raszki, bez Oli Wierzbickiej nie byłoby naszej aktorki… Basia Małecka skomponowała muzykę. Jeszcze milion osób powinnam wymienić i mam ogromny zaszczyt pracować z ludźmi, którzy stają się moimi filmowymi i prywatnymi przyjaciółmi. I właśnie jakoś tak nam się zawiązała ekipa. W sumie już na pierwszym roku bardzo się połączyliśmy wrażliwością, gdzie ja się bałam, że nikt nie będzie chciał ze mną pracować i że sobie w ogóle nie poradzę w tej szkole, ale że spróbuję oczywiście wziąć tego filmowego byka za rogi. Trzeba byłoby zapytać ludzi, jak się ze mną pracuje, ale ja po każdym projekcie zawsze pytam, co mogłabym zrobić lepiej, co było w porządku, a co nie. Zawsze pojawia się przestrzeń do nauki. Czasem myślisz, że robisz wszystko jak najlepiej, a potem okazuje się, że scena na montażu wymaga zmian albo że teoretyczne założenia w praktyce działają zupełnie inaczej. To, że na planie obok ciebie jest inny człowiek i że razem mierzymy się z tymi problemami i wspólnie, na swój własny sposób próbujemy je rozwiązać, to chyba największa wartość. Bardzo dużo uczę się od zespołu i to też część bycia liderem – otaczanie się ludźmi, którzy są po prostu mądrzejsi ode mnie.

PC: Opowiedz więcej, jak do tego doszło, że zagrałaś główną rolę.

AZ:  Wywodzę się z aktorstwa i wcześniej grałam kilka ról, zanim dostałam się do szkoły na reżyserię. Mieliśmy warsztaty castingowe z Nadią Lebik, reżyserką obsady oraz z Leszkiem Dawidem, którzy z Kubą Piątkiem byli opiekunami tego filmu. Ona kojarzyła mnie z mojej przeszłości aktorskiej. Rozmawialiśmy o tym, że postać Gai powinna być taka jak ja. Stwierdziłam, że nie, że trochę głupio, ale mój kochany rok zaczął mnie przekonywać. Ta postać ma podobną energię do mojej. Nic dziwnego, bo w scenariuszu została napisane trochę ze mnie, a trochę z Oli Głowickiej. Stwierdziliśmy, że będzie to najbardziej budżetowa opcja, bo nie mogłabym sobie zapłacić. Zrobiłam więc casting z Olą Wierzbicką, która już była obsadzona w roli Gerdy. No i się okazało, że prawdziwym wyzwaniem będzie śpiewanie – od początku było wiadomo, że będę miała śpiewać przed ludźmi, a na planie nie da się tego obejść. No więc to była sytuacja w stylu: jak się wstydzisz, to się nie pchaj. Pytałam też Oli Wierzbickiej, kogo by widziała w tej roli oraz jak się ze mną czuje. W pewnym momencie zaczęłyśmy się przyjaźnić i stało się naszym marzeniem, żeby razem zagrać. Śpiewam głównie w wannie albo pod prysznicem, kiedy jestem sama. Stąd też wziął się pomysł, żeby włączyć w tkankę filmową formę karaoke, która mnie fascynuje. Potem już samo poszło. Zdecydowałam się rzucić w to, czego najbardziej się bałam. W tym kolejnym filmie już nie zagrałam i samo z siebie przechodzi mi to, chciałabym powiedzieć zainteresowanie, ale nie chcę, żeby to zabrzmiało oceniająco. Reżyseria jest dla mnie osobiście, nie deprymując aktorstwa, o wiele bardziej wymagająca i przez to przynosi mi więcej satysfakcji. Jakoś tak naturalnie widzę siebie po tamtej stronie kamery, jeżeli oczywiście będzie mi dane w ogóle być nadal w tym filmowym świecie.

Pokaż mi ręce (2025)

PC:  Dziękuję, że dzielisz się szczegółami odnośnie procesu twórczego i tego, co dzieje się już na etapie podejmowania decyzji; na tym etapie wstępnym, kiedy pomysł na film jeszcze się rodzi i poddawany jest dyskusji z innymi osobami. Z wątków, jakie pojawiają się podczas tej rozmowy, wyłania mi się obraz szkoły filmowej jako pola do eksperymentowania, z którego korzystasz, ile możesz. Wnioskuję, że dla Ciebie tworzenie to nie tylko wypracowywanie własnego autorskiego głosu, ale też bycie w dialogu z innymi. I tutaj chciałbym zadać pytanie, które także często pada w tego typu rozmowach. Interesuje mnie to, jakie filmy albo jakie osoby najmocniej ukształtowały Twoje podejście do kina? Gdybyś miała wskazać imiona osób albo konkretnych twórców, twórczynie, które najbardziej wpłynęły na Twoją wrażliwość i estetykę, kto by to był? Oczywiście nie oczekuję tutaj żadnego namedroppingu, a raczej pierwszych skojarzeń. Jak to się zaczęło, jak już wracamy do takich historii formujących.

AZ:  Nie wiem, czy mam takie jedno nazwisko, czy dwa, czy na przykład więcej, bo właśnie przed aktorstwem nigdy wcześniej nie myślałam o zostaniu reżyserką Nie miałam takiego otwierającego oczy momentu, że nagle pomyślałam: „chciałabym być jak ta reżyserka, ten reżyser…”. Ja bardziej zakładałam, że będę aktorką, ale jak skończył mi się wątek w serialu i nie dostałam się na aktorstwo, to stwierdziłam, że może nie jestem w tym najlepsza albo nie tędy droga. Ale nadal wiedziałam, że nie ma się co zrażać, bo każdy ma swoją własną ścieżkę. I po prostu ta reżyseria u mnie wyszła z tego, że pisałam wcześniej scenariusz, który dostał się na TorinoFilmLab, czyli taki program developmentowy. Trafiłyśmy wtedy do grupy Isabelle Fauvel… Bo ja w ogóle nie miałam tam z kim pojechać, sama sobie ciułałam ten scenariusz po godzinach. Zobaczyłam, że pokrywają koszty dla dwóch osób i zapytałam mojej siostry, czy nie chciałaby pojechać ze mną do Madrytu. Tak się złożyło, że Isabelle Fauvel wzięła ten pomysł pod swoje skrzydła, a moja siostra zachwyciła się tym całym budowaniem światów. Zaraz potem stwierdziła, że będzie zdawać do szkoły na reżyserię i namówiła mnie, żebyśmy spróbowały razem. Wtedy pracowałam w studiu dźwiękowym i realizowałam dodatkowe rzeczy o charakterze artystycznym, ale nigdy nie myślałam, że reżyseria mogłaby być czymś dla mnie. Postanowiłam spróbować i okazało się, że egzaminy były dla mnie bardzo ożywcze. Wiadomo był stres, bo to są bardzo wymagające egzaminy, które trwają tam z miesiąc, ale przyniosło mi to tyle radości. W moje urodziny dosłownie okazało się, że ja przeszłam dalej, a moja siostra nie. Chciałam zrezygnować z lojalności wobec niej, ale powiedziała, żebym próbowała dalej dla niej, bo nie wiadomo, czy ona będzie zdawała ponownie. Dostałam się, ale pewnie dlatego, że mi na tym nie zależało. Od tamtego czasu ta droga się tak układa stopniowo i próbuję złapać własne flow. Odbiegam bardzo od tych nazwisk, bo boję się, gdy teraz kogoś wymienię, to zaraz mi się przypomni milion innych nazwisk, których nie wymieniłam, i będę tego żałować. Nie było chyba jednego takiego reżysera, który mnie całkowicie zachwycił. Uczyłam się historii filmu, idąc po kolei, odkrywałam kolejne nazwiska, to też przekonałam się, jak niezwykła jest sztuka filmowa oraz że nie ma nic piękniejszego niż odkrywanie umysłu drugiego reżysera. Przychodzą mi zarówno nazwiska wielkich mistrzów, jak i wielcy reżyserzy teraz, z którymi miałam styczność przy okazji tego projektu. I nie wiem czy ich wymieniać w jednym worku…

PC:  Rozumiem doskonale, że nie chcesz dokonać tutaj gestu ostatecznego. To ten typ pytań, który może Cię później wrzucić w jakieś szufladki, a Twoja odpowiedź może właśnie potwierdza to, czym Twój film z Shortlisty jest – jego ciężko w takie szufladki wpasować. Utwierdziła mnie też w tym, że nie zawsze trzeba zdradzać swoje wpływy. Można, tak jak pokazuje Twoja opowieść, tworzyć siebie od nowa, improwizując na starcie i otwierając nowy rozdział bez projektowania tego, co będzie na końcu. Twoja historia składa się właśnie z takich przypadków, zbiegów okoliczności, podjętych prób i błędów, choć tych drugich na razie nie odnotowałem. Mówisz o tym, ile dowiedziałaś się o sobie, a przy tym wspomniałaś, że udało Ci się dostać na reżyserię, choć wcale Ci na tym nie zależało. Czy to nie pokazuje, że być może nadal odkrywasz, jaką reżyserką chcesz być? Twój głos, estetyka i wrażliwość będą się wyłaniały z każdym kolejnym filmem. Przynajmniej z tego, jak opisujesz swoje kolejne projekty, trudno mi je wyobrazić sobie jako typowe dyplomówki. Oczywiście nie chcę deprecjonować filmów dyplomowych – one też muszą zmieścić się w określonych ramach, na przykład metrażu. Ale Twoje pomysły brzmią jak próba wyjścia poza te ograniczenia i poszukanie czegoś więcej. Wrócę na chwilę do tego, co mówiłaś wcześniej. Bardzo chciałaś zawrzeć w filmie motyw karaoke, bo on Cię gdzieś tam pociągał estetycznie, ale był też inną formą opakowania dla warstwy musicalowej. Skąd wziął się ten pomysł? Przy okazji warto dopytać, skąd czerpiesz inspiracje spoza kina? Czy jesteś zainteresowana YouTubem, TikTokiem albo ogólnie tym, co można nazwać memosferą? Czy Twoje pomysły rodzą się w wyniku takich poszukiwań, czy pojawiają się raczej w wyniku olśnienia?

AZ: Mam poczucie, że w kinie wszystko już było, a ja tylko przetwarzam istniejące wzorce. To jest właśnie eksperymentowanie, obserwowanie świata poprzez spotkania z ludźmi. Ja mam tak, że zawsze jest jakiś pierwszy obraz. W tym filmie była to ta wanna czy karaoke. Jeżeli chodzi o aktorstwo albo postaci najpierw miało być zupełnie realistycznie, ale znowu mnie zniosło, podobnie jak w pierwszorocznym filmie i w tym kolejnym, który teraz tworzę. Jestem ciekawa, dokąd mnie ten proces zaprowadzi. Swój pełny metraż widzę jako film historyczny, muzyczny, w czerni i bieli. Jeśli będzie mi go dane kiedyś zrobić, chciałbym zobaczyć, jak inny będzie to świat. Nasz film Soap Opera traktuję jak taką propozycję „Take It or Leave It” – w zasadzie albo ktoś w to wejdzie i pokocha, albo trudno mu będzie się z tym utożsamić. To jest super, że są i tacy, i tacy widzowie. Wiadomo, że naszym zadaniem jest po prostu opowiedzenie historii i możliwie uczciwe poprowadzenie widza przez cały film. Jeżeli chodzi o pozostałe inspiracje, czasem coś mi się przyśni. Rzadko tak mam z internetu. Bardzo mało korzystam z Instagrama, bo nie mogę się odnaleźć w tym medium, z Facebooka prawie wcale. TikToka nie mam w ogóle, aczkolwiek nasza kierowniczka produkcji posyła nam czasem jakieś rozwiązania zaczerpnięte z TikToka i pewnie jest to coś, co tracę, nie będąc aktywna. Nie za dobrze czuję się w scrollowaniu. Z mediów społecznościowych korzystałam bardziej, jak jeszcze nie było reelsów. Czasem coś tam przeglądałam, sama raczej nic nie wrzucałam, to potem źle się czułam psychicznie. No i cały czas mam świadomość, że jest to algorytm i zadaniem tej aplikacji jest uzależnienie mnie, żebym spędziła jak najwięcej czasu. Dla mnie osobiście jest to kontrproduktywne w kontekście kreatywności. Zdecydowanie wolę poczytać książkę, pójść na spacer, poobserwować świat, poruszać się. Bardzo brakuje mi ruchu w szkole. Siedzimy na zajęciach na dupsku po osiem godzin, a bywa, że i cały dzień. Myślę o tym, co by było, gdybym mogła tak jak Werner Herzog chodzić ze studentami po lasach i obserwować przyrodę. To musi uczyć pięknej wrażliwości na otoczenie. Chciałabym kiedyś tego spróbować. Więc co do inspiracji, to myślę o nich w tę stronę. Ale ja jestem takim zlepkiem wszystkiego, więc byłoby nie fair, gdybym coś bardziej wyróżniła na pierwszym miejscu. Ale żeby też nie było tak, że unikam odpowiedzi na pytanie. Na pewno referencją wizualną dla Soap Opera było Delicatessen. Pod względem klimatu, nastroju i zbudowanego świata. To ten film bez wątpienia nam towarzyszył.

Strąk Feeling (2024)

PC: Dzięki za tę opowieść. Mówisz tutaj o potrzebie ruchu, a jeszcze wcześniej, jak zaczęłaś opisywać swoje pierwsze przygody z pracą nad filmem, wspomniałaś o innym typie ruchu – o znoszeniu. W tym sensie, że na początku jesteś gdzie indziej, a później nagle lądujesz w rejonach, w których nie spodziewałaś, że się znajdziesz. Rozwiń trochę ten wątek, bo chciałbym, żeby był on tym puentującym, pokazującym, jak daleko sięgają Twoje poszukiwania jako twórczyni. Nie przychodzisz z gotowym projektem, a każdy film zaczyna się od pomysłu, obrazu czy idei, a kończy czymś, czego nie przewidziałaś na starcie. To dla mnie naprawdę inspirujące.

AZ: Myślę, że najfajniejszym motorem dla kreatywności jest ciekawość i podążanie za tym, co może się wydarzyć. Scenariusz w pewnym sensie jest tylko trampoliną. Mam takie poczucie, że robienie filmów, przy w tym wszystkim, co się dzieje dookoła, to jest ogromny przywilej, żeby w ten sposób móc służyć ludziom czy widzom… i sam fakt, że dostajemy na to pieniądze. Próbuję przynajmniej mieć szacunek do bohaterów, do historii, do ludzi, których spotykam. Uważam też, że to nasz obowiązek jako filmowców. To my jesteśmy odpowiedzialni za naszą ciekawość. W reżyserii fascynuje mnie to, że jest to jeden wielki rozwój. Każdy projekt uczy czegoś innego. Być może przenosi się doświadczenie; nie mam pewności, czy przenosi się wiedza. To ciągła nowość. Właśnie to jest też nasz obowiązek, żeby nieustannie się rozwijać. I to na tylu polach, przez to, że reżyseria jest dla mnie sztuką totalną, łączącą w sobie wiele dziedzin. Film ma swoją mądrość i to on właśnie prowadzi nas przez te, chciałam powiedzieć ups and downs, ale nie lubię wrzucać anglicyzmów, góry i dołki.

PC: Wzloty i upadki.

AZ: Dziękuję, tak. Wzloty i upadki towarzyszą całemu procesowi filmowemu. Tak jak powiedziałeś, widzę dużo pozytywów na ścieżce swojego rozwoju, ale jeszcze więcej błędów. Ten projekt był wyjątkowy przede wszystkim dzięki ludziom, których zgromadził. A po mojej stronie chodzi też o konfrontowanie się z swoimi demonami. Odnoszę wrażenie, że artyści mają w sobie bardzo surowego krytyka wewnętrznego. Ważne, by za bardzo go nie słuchać, tylko zaufać intuicji. Tego się nauczyłam: ufać swojej intuicji. Najcenniejszym skarbem jest dla mnie spotkanie z każdym człowiekiem, który film współtworzy.

PC: Jeżdżąc z filmami po festiwalach, masz też okazję spotkać się później z widzami. Nowe Horyzonty były tego typu okazją, a za moment mamy Gdynię. Stąd też mam pytanie o to, czym dla ciebie jest ten kontakt z widzem? Kiedy oglądasz swój film w trakcie premiery – siadasz na widowni, wsłuchujesz się w reakcje publiczności? A potem, jak jest z odpowiadaniem na pytania? Jak się czujesz w takim momencie i czy lubisz ten festiwalowy tryb, na który nie chcę mówić, że jesteś skazana. A ten jednak jest częścią składową tworzenia filmów i wypuszczania ich poza mury szkoły.

AZ: W tym cały jest ambaras, że tak powiem. To jest prawdziwa weryfikacja tego filmu i samo to, że może on wyjść poza mury szkoły jest fantastyczne. W szkole filmowej mamy egzamin, gdzie zaproszeni są inni twórcy i komisja, od których się odbijam, a wiadomo, że my wszyscy jesteśmy z tego samego sosu. Prawdziwy skarb jest w tym spotkaniu się z widownią. Przekierowuję się wtedy na ciekawość i próbuję myśleć o tym, jak ludzie ten film odbiorą i mam nadzieję, że coś im da w ogóle to przeżycie, nawet jeżeli zbulwersuje, może pogłębi jakąś refleksję, nie wiem, cokolwiek, albo przeciwnie – odmóżdży. Równocześnie ogromnie się stresuję, bo to jednak zawsze jest jakaś ocena. Wystawiam się na pożarcie tych rekinów, jak bohaterki w naszym filmie. A wcale na Nowych Horyzontach tak nie było. Ja uwielbiam ten festiwal, to była moja ósma edycja i w życiu bym nie pomyślała, że pokażę tam swój film, a co dopiero, że dostanę nagrodę, która w ogóle bardzo mnie wzrusza – przez to, że powstała właśnie z tak głębokiej miłości. Publiczność jest tam wspaniała, to są tak ciekawi ludzi i samo to, że chodzą na shorty, bo to jest trudna forma filmowa mimo wszystko, a jednak nie mamy za bardzo innej, żeby się rozwijać w szkole na tych pierwszych latach. Cenię też, że nie ma tam znaczenia, czy jesteś na drugim roku, robisz dyplom czy już pracujesz jako reżyser – liczy się film i to, czy historia działa. Noszę więc w sobie i fascynację, i lęk, i stres – i myślę, że to normalne. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek przywyknę do pokazów własnych filmów, jeżeli w tym pięknym scenariuszu, będę je mogła dalej robić. To nigdy przecież nie wiadomo, to wszystko jest tak niepewne. Rozmawiałam o tym z naszymi opiekunami czy innymi reżyserami i właśnie oni też się totalnie stresują, nawet jak mają kilkadziesiąt lat i jakiś film pokazują już setny raz. Pewnie to kwestia osobnika. Może to też zależy od projektu, nie mam pojęcia. W tych pokazach festiwalowych mam też poczucie odpowiedzialności za całą ekipę i bardzo chciałabym, żeby oni też zostali docenieni. Okej, ja jako reżyserka wszystko spinam, ale bez tych ludzi by się to w ogóle nie wydarzyło.

Soap Opera (2025)

PC: Starałem się, żeby w rozmowie wybrzmiało to, jaką wdzięczność masz dla innych osób, z którymi współtworzysz. Padły konkretne nazwiska, więc ten wywiad będzie też formą docenienia całej ekipy. Podziwiam Twoją samoświadomość jako twórczyni. Skoro pozostajemy przy ciekawości, to oprócz pytań o Twoje następne kroki, chciałbym jeszcze wrócić do pytań o krótki metraż. Czy oglądasz inne shorty – także te tworzone przez koleżanki i kolegów z roku? Czy interesuje Cię festiwalowy obieg – szczególnie tych wydarzeń, gdzie zgłaszacie swoje filmy? Czy była niedawno jakaś krótkometrażówka, która szczególnie Cię zachwyciła, albo zgorszyła, albo nie spodobała się? Rzuć proszę jednym tytułem. Jako że wychodziliśmy od Shortlisty, to chciałbym, by krótkie metraże dostały tu należyte miejsce.

AZ: Dziękuję ci bardzo za wrażliwość na innych twórców i że mogłam w swoich odpowiedziach uwzględnić osoby odpowiedzialne za ten proces. I tak, oczywiście, że oglądam krótkie metraże, chodzę na nasze egzaminy i tam też widzę je jako pierwsza, jak tylko mogę oczywiście. Mieliśmy świetny fakultet z Jankiem Bujnowskim z oglądania i analizowania filmów krótkometrażowych. Wcześniej w szkole brakowało zajęć poświęconych shortom, a Janek robił wtedy doktorat i jest wybitnym specjalistą w tej dziedzinie. Uważam, że tendencje opowiadania filmowego najpierw przejawiają się w shortach, a dopiero potem przenikają do pełnych metraży. Pewnie też dlatego większość reżyserów zaczyna właśnie od krótkiej formy. To ciekawa zależność, więc warto dobrze się orientować. Jak jestem na egzaminach, czy oglądam filmy moich kolegów, czy właśnie osób z innych szkół lub spoza szkół, bo to w jakimś sensie przestaje mieć teraz znaczenie, dostrzegam, że każdy ma swoją ścieżkę rozwoju. Niezmiennie wzrusza mnie, jak niezwykłe ludzie mają umysły. Może ja też mówię w takich superlatywach, ale wychodzę z założenia, że zrobienie filmu to cud. W sensie, że tyle rzeczy musi się zgrać i na końcu trzeba po prostu mimo wszystko to dowieźć. Dlatego staram się patrzeć dość łagodnie, więc ogromnie mnie to porusza. A z tytułów, które ostatnio mnie zachwyciły, to jest on z 2022 roku, ale to pierwszy, który mi przyszedł do głowy: Hideous Yanna Gonzaleza. Horror musical. Film, który mógłby być teledyskiem, a wcale nie jest. Jest oparty na bardzo osobistej historii opowiedzianej jako baśń. Dla mnie jest jakimś takim wielkim wybuchem wyobraźni. Wykracza poza gatunek i tak myślę, że na poziomie scenariusza to wszystko mogło się nie udać i rozwalić, a z wielu powodów działa. On jest trochę kampowy i… nie wiem nawet, jak nazwać jego estetykę. Trochę też psychodeliczny, surrealistyczny, a przy tym bardzo ludzki.

PC: Ta nienazywalność estetyki też może być cechą, która jest doceniana. Kiedy trafia się film, o którym nagle nie wiemy, co powiedzieć ani napisać, to – z mojej perspektywy osoby, która stara się pisać o kinie, choć naukowo zajmuje się czym innym – zawsze wyzwanie. Poddać opisowi rzecz wymykającą się zastanym kategoriom. Twoja Soap Opera balansuje właśnie na pograniczu wielu kategorii, a jednocześnie sama wytwarza własne. Dziękuję, że mogliśmy porozmawiać o twoim procesie twórczym, o twojej drodze, która zaprowadziła Cię do reżyserii, o najbliższych planach i worku pełnym pomysłów. Życzę powodzenia podczas zbliżającego się festiwalu w Gdyni: startujesz w konkursie filmów krótkometrażowych, więc trzymam kciuki za nagrody, dobrą atmosferę i odrobinę zabawy.

AZ: Jestem wdzięczna za możliwość porozmawiania. „Zabawa” to bardzo dobre słowo: koniec końców to właśnie radość z procesu zostaje z nami najdłużej, choć bywa, że trudno ją odnaleźć. Dzięki wielkie.