My old friend – o filmie „Absolwent” Mike’a Nicholsa

Dzięki Stowarzyszeniu Kin Studyjnych już we wrześniu na polskich ekranach ponownie będziemy mieli okazję zobaczyć niepokoje młodego Benjamina Braddocka w Absolwencie Mike'a Nicholsa. Ten komediodramat o potrzebie wolności i zerwaniu z narzuconą konwencją stał się dla pokolenia młodych ludzi dorastających w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych budzącą emocje opowieścią o buncie, choć zapowiadał dopiero kontrkulturowe kino kontestacji.

Późną wiosną 1967 roku zmarły niedawno David Hockney malował jeden ze swych najsłynniejszych obrazów. Rozbryzg wody, podpatrzony na okładce magazynu o konserwacji przydomowych basenów, stał się dla brytyjskiego emigranta symbolem blasków i cieni kalifornijskiego stylu życia. Swobodny, wielki (wedle tytułu nawet większy) plusk przerywa słoneczną, leniwą stagnację. Niewidoczne ciało właściciela basenu, lub kogoś z nim związanego, reprezentuje status, dobrobyt,, ale i pustkę amerykańskiego słodkiego życia. W grudniu tego samego roku widzowie w USA ujrzeli – tym razem na srebrnym ekranie – inny basen, ale to samo wyczerpanie. Pluskające się ciało miało twarz trzydziestoletniego Dustina Hoffmana wcielającego się w Benjamina Braddocka. Wciśnięty w izolujący go od świata sprzęt do nurkowania absolwent dobrego koledżu, jeszcze niedawno kapitan drużyny sportowej, przewodniczący klubu dyskusyjnego, współredaktor gazetki uczelnianej, a w końcu jej naczelny redaktor, świętuje swoje dwudzieste pierwsze urodziny. W rozmowach z krewnymi i znajomymi rodziców migają światła rozmaitych możliwości. Jednak jadąc czerwonym Alfa Romeo podarowanym z okazji ukończenia szkoły, Ben kwestionuje świat i swoje w nim miejsce.

Drugi w karierze film Mike’a Nicholsa, zrealizowany tuż po ogromnym sukcesie debiutanckiego Kto się boi Virginii Woolf? z Elizabeth Taylor i Richardem Burtonem, wnosi do filmografii reżysera nie tylko kolor, ale również młodość. Gorzkie riposty dojrzałego małżeństwa w kryzysie mają swój ciąg dalszy w Absolwencie w postaci krytyki konwenansu i hipokryzji klasy średniej zestawionych z młodocianą nieporadnością w prowadzeniu elitarnych gier towarzyskich. Dramat po raz kolejny miesza się z inteligentnym humorem, z którym kojarzony był artysta. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, nim został nagradzanym filmowcem, tworzył wraz z Elaine May niezwykle popularny komediowy duet. W roku 1962 wystąpili nawet wspólnie z Marylin Monroe na urodzinach prezydenta Kennedy’ego. Nichols i May mieli przygotowanie aktorskie dzięki kursom teatralnym i praktyce sceny improwizowanej. Przeszli też podobną drogę twórczą zwieńczoną własnymi filmowymi produkcjami – choć Elaine May nie miała tyle szczęścia do nagród i przychylności widowni i krytyków, co jej sceniczny partner. Ten bowiem już za wspomniany debiut nominowany był do nagród Akademii w trzynastu kategoriach. Oscara za reżyserię przyniósł mu jednak dopiero Absolwent. Historia Mike’a Nicholsa wydawać by się mogła spełnieniem amerykańskiego snu. Do Nowego Świata dostał się w wieku siedmiu lat, uciekając wraz z młodszym bratem z pogrążającego się w militarystycznej i antysemickiej furii Berlina, by stać się jednym z najpopularniejszych twórców Amerykańskiej Nowej Fali – Nowego Hollywood. Nie miał jednak ambicji dokonania przewrotu. Jego kino, choć odwołujące się do konfliktu pokoleniowego, poczucia kresu pewnej formacji społecznej, zmęczenia niespełnioną obietnicą luksusowego dobrostanu, sytuuje się w bezpiecznym kinematograficznym centrum. Pozostaje zyskowne dla producentów oczekujących komercyjnego sukcesu, ale udaje mu się przemycić artystyczny sznyt czy sceptycyzm wobec konserwatywnych wartości. W erze autorskiego przełomu w kinie amerykańskim producenci przekonali się, że również finansowanie ambitniejszych propozycji może okazać się zyskowne. Benjamin Braddock nie sięga po broń, nie żyje poza prawem jak wskrzeszeni w tym samym roku przez Arthura Penna Bonnie i Clyde. Przeciwnie, okazuje się podatnym na manipulację chłopcem z dobrego domu, który w brawurowej ucieczce od konformizmu porywa ze sobą córkę pani Robinson. Nie angażuje się w żaden z politycznych sporów rozrywających Amerykę lat sześćdziesiątych, ale rusza sportowym samochodem w podróż w nieznane przy dźwiękach folkowych songów Paula Simona i Arta Garfunkela. Dyskretny urok pozornej uniwersalności tej opowieści o komfortowej rebelii, dorastaniu i stawaniu się wolnym, pociągał wówczas młodą publiczność, która musiała poczekać jeszcze moment na ekranową reprezentację amerykańskiej kontrkultury. Europejskie kino wyznaczało już nowe granice filmowego języka i obyczaju budząc kontrowersje i ciekawość. Tworząc Absolwenta Mike Nichols korzystał z tych inspiracji. Uwodzić Benjamina Braddocka mogła ponoć sama Jeanne Moreau w roli Pani Robinson, jednak aktorka odrzuciła propozycję. Ekranowy romans podszyty skandalem wciąż jednak ma w sobie coś z twórczości Claude’a Chabrola czy Louisa Malle’a.

Na planie spotkali się ostatecznie Dustin Hoffman, dla którego była to pierwsza główna i tak duża rola, oraz zaledwie sześć lat starsza od niego Anne Bancroft. Oboje obsadzeni wbrew swoim warunkom, ona – nieco zbyt młoda jak na znudzoną, cyniczną żonę przemysłowca, on – daleki od standardów budzących pożądanie ekranowych amantów. Doświadczony broadwayowską formą spektaklu charakterów Mike Nichols wydobył z nich to, co najbardziej intensywne i magnetyczne. Z farsową dynamiką iskrzą w pomysłowo zaaranżowanych kadrach, które raz pokazują sylwetki bohaterów zagubione na planszy korytarzy i pokoi hotelowych, a innym razem pozwalają na szczegółową analizę mimiki w pełnych zbliżeniach twarzy. Robert Surtees wykorzystał na planie swoje wieloletnie doświadczenie operatora filmowego, które zdobywał od lat czterdziestych pracując przy takich produkcjach jak Oklahoma! Freda Zinnemanna czy Ben-Hur Williama Wylera. Dynamiczny montaż i wspomniana już ścieżka dźwiękowa, która stała się nie tyle tłem filmowych wydarzeń, co rytmem prowadzącym bohaterów i widzów tworzą pociągające widowisko. Głosy Simona i Garfunkela, niczym grecki chór, komentują wewnętrzne rozterki młodego człowieka, puentują ekranowe gagi, budują mosty pomiędzy kolejnymi aktami dramatu. Publiczność lubi piosenki, które już zna, zatem reżyser wykorzystał popularne przeboje duetu. Jedynym oryginalnym utworem jest „Mrs. Robinson”, której jednak nie usłyszymy w filmie w całości. Pełny utwór widzowie poznali dopiero na wydanym w kwietniu 1968 roku singlu. Muzyka niosła i utrwalała przez kolejne lata popularność filmu. 

Na polskie ekrany obraz dotarł nieco spóźniony, dopiero w sierpniu 1973 roku. Dla władz po naszej stronie żelaznej kurtyny kino krytykujące amerykańską klasę średnią było bardzo wygodne, jednak z dużą podejrzliwością spoglądano na wywrotowe treści. Dla widzów zaś ważniejsze niż krytyka konsumpcyjnego stylu życia i transakcyjnych relacji okazywał się zew niedoprecyzowanej wolności, za którym podążają młodzi uciekinierzy. Choć drugi obraz w karierze Mike’a Nicholsa nie ma w sobie onirycznego anarchizmu Swobodnego jeźdźca ani obyczajowej spontaniczności i intelektualnej frywolności Do utraty tchu czy Powiększenia, stał się żywym wspomnieniem i artystycznym symptomem pokoleniowej zmiany, jaka dokonywała się w Stanach Zjednoczonych lat sześćdziesiątych. W roku 2026 opowieść o niefortunnych konsekwencjach romansu z żoną wspólnika własnego ojca wydaje się nie łamać już żadnych tabu (choć czy na pewno?), jednak perypetie młodego człowieka uwikłanego w rodzinne i towarzyskie intrygi pozostają rozpoznawalnym i czytelnym doświadczeniem. Można zatem wziąć rodziców (dziadków?) do kina i śmiało zanucić Hello Braddock, my old friend…

Mateusz Marcin Mróz
Mateusz Marcin Mróz

Absolwent


Tytuł oryginalny:
The Graduate

Rok: 1967

Kraj produkcji: USA

Reżyseria: Mike Nichols

Występują: Dustin Hoffman, Anne Bancroft, Katharine Ross i inni

Tekst powstał w ramach współpracy ze Stowarzyszeniem Kin Studyjnych.