Ani be, anime – recenzja filmu „A New Dawn” – Berlinale 2026 

Filmy animowane rzadko goszczą w zestawie berlińskiego konkursu, jeszcze rzadziej zaś (z chlubnym wyjątkiem Złotego Niedźwiedzia dla Spirited Away w 2001 roku) są czymś więcej niż podążaniem za ugruntowanymi trendami w tej dziedzinie, przyjemną odskocznią od „poważnego” kina aktorskiego. Pełnometrażowy debiut Yoshitoshiego Shinomiyi nie należał zatem do najbardziej oczekiwanych premier tegorocznego festiwalu i nie dziwi, że powrócił z Berlina bez nagród i wyróżnień. Wydaje się jednak, że i tak zawiódł oczekiwania dużej części widzów, dopełniając obrazu niskiego poziomu tegorocznej edycji.

Pomysł fabularny wydaje się nawet interesujący: oto główna bohaterka, Kaoru, powraca do miejsca, w którym spędziła dużą część dzieciństwa – dawnej manufaktury sztucznych ogni rodziny Obinata. Jej dwaj ostatni przedstawiciele – pogrążony w obłędzie po zniknięciu ojca Keitaro i jego brat, z trudem torujący sobie drogę w lokalnej administracji Sentaro – próbują uchronić zakład przed wyburzeniem przez władze. Niestety, to w dużej mierze pozór skrywający bezbarwny koktajl tematów i chwytów podpatrzonych u Miyazakiego i Satoshiego Kona – motywy groźnej potęgi natury budzonej nieodpowiedzialnością człowieka, rodzinnych tajemnic odkrywanych po latach i płynnych przepływów między realistyczną poetyką a spektakularnymi fantazjami osadzonymi w japońskiej kulturze i tradycji (tutaj jest to hanabi – pirotechniczne rzemiosło przygotowywania świetlnych pokazów podczas rozmaitych świąt i festynów, połączone jeszcze z historią piractwa w południowej części kraju). Większą część filmu wypełniają dialogi rozgrywane na tle zapuszczonego domostwa, wskazujące na wyraźne inspiracje realistyczną poetyką filmów Makoto Shinkaia, ale niestety częściej przypominające sztukę Czechowa oglądaną na wielokrotnym przyspieszeniu. Mające wprowadzić aurę tajemniczości Shuhari – wizjonerski, niezrealizowany projekt gigantycznego świetlnego widowiska obrazującego nieskończony wszechświat – pozostaje tylko odmienianym przez wszystkie przypadki słowem-wytrychem, za którym nie kryje się wiele więcej aniżeli natchnione bazgroły mające imitować skomplikowane inżynieryjne wyliczenia. Jeśli nawet był to świadomy zamysł, to jednoczesne eksponowanie i unieważnianie tego wątku zdaje się ślepą uliczką. Jeśli już szukać gdzieś interesujących punktów zaczepienia, to raczej w zaskakująco nieromantycznym obrazie Japonii, pogrążonej w stagnacji i kryzysie zaufania do publicznych instytucji; szkoda, że ta wizja – w której powrót do pasji sprzed kilkunastu lat staje się metaforą tęsknoty Japończyków za latami dynamicznego rozwoju gospodarki – nie zostaje pociągnięta dalej, a zamiast kontekstu społecznego skupiamy się na jałowym rodzinnym dramacie. A przecież film ten mógłby z powodzeniem zająć stanowisko w politycznych dyskusjach budzących w tym roku szczególne zainteresowanie, bo próbuje podjąć temat odpowiedzialności twórcy wobec społeczności, do której należy. Cóż jednak z tego, skoro twórców bardziej obchodzą ekranowe – nomen omen – fajerwerki, których kulturowe i tożsamościowe konteksty pozostają w trudnym do uchwycenia tle.

Pod względem wizualnym sprawa prezentuje się bowiem dość poprawnie, nawet jeśli ślady indywidualnego stylu nie wykraczają zazwyczaj poza delikatne tła stylizowane czasem na tradycyjne malarstwo spod znaku nihonga, od którego zresztą zaczynał swoją artystyczną karierę. Oczywiście, finałowa sekwencja zorganizowanego mimo przeciwności i zwątpienia pokazu fajerwerków ponad zalanym betonem korytem rzeki jest zrealizowana niezwykle sprawnie. Trudno jednak uniknąć wrażenia, że silnie podporządkowany tej scenie film sprowadza się momentami do boleśnie nijakiego przygotowania do niej. Kto jednak zdolny jest uzbroić się w cierpliwość, odnajdzie w tym filmie ślad prawdziwej innowacji w świecie anime – a mianowicie dwuminutową sekwencję ukazującą alkoholowe delirium jednego z bohaterów, którą postanowiono zrealizować w technice animacji poklatkowej imitującej amatorską makietę. Stanowi ona groteskową zapowiedź czy raczej odwrócenie wspomnianego finału i pozostaje niestety jedyną sceną naprawdę zapadającą w pamięć, a przy okazji – cieniem nadziei na to, że twórcy filmu dostrzegli śmieszność, w jaką momentami osuwa się ich projekt.

Największym mankamentem A New Dawn nie są jednak kwestie czysto wizualne czy scenariuszowe (dające szansę na realizację całkiem przyzwoitego filmu), ale absolutnie zerowe wyczucie dynamiki, spłaszczające niemal całe 76 minut filmu do jednostajnego ciągu bezładnie zderzanych obrazów, dającego niemal karykaturalny efekt desperackich prób zainteresowania widowni akcją rozwijaną w krótkotrwałych wystrzałach. Decyzja ta jest tym trudniejsza do usprawiedliwienia, że główna akcja filmu (przetykana migawkowymi i niewnoszącymi wiele retrospekcjami) trwa raptem dwa dni, a sprawia wrażenie ekspresowego skrótu z bez mała kilkuletnich wydarzeń. Zabieg ten doprawdy trudno uzasadnić, zwłaszcza że kameralny w zasadzie temat sprzyjałby raczej pójściu w przeciwną stronę. 

I tak oto, choć obiecuje się nam anime łączące przyjemne doznania artystyczne z poważnym tematem, w istocie otrzymujemy potwierdzenie najgorszych stereotypów na temat przysłowiowej „chińskiej bajki”: pędzący na złamanie karku montaż, patetyczne dialogi oraz infantylny humor, wreszcie zaś rozczarowująco banalną konstrukcję scenariusza skrytą pod płachtą groteskowej kondensacji. Trudno doprawdy zrozumieć, dlaczego festiwal, który ponad pół wieku temu przedstawił europejskiej publiczności szokującą Belladonnę smutku Eiichiego Yamamoto, a całkiem niedawno odkrył jednego z najbardziej utalentowanych twórców animacji chińskiej, Liu Juana, raczy nas taką marną imitacją wybitnych dzieł gatunku, mało przekonującą nawet jako film rozrywkowy.

Juliusz Korczyński
Juliusz Korczyński

A New Dawn


Tytuł oryginalny:
Hana rokushô ga akeru hi ni

Rok: 2026

Kraj produkcji: Japonia, Francja 🇯🇵🇫🇷

Reżyseria: Yoshitoshi Shinomiya

Ocena: X/5

5/5