Numer bestii – recenzja filmu „28 lat później – część 2: Świątynia kości”

Już w dniu premiery 28 dni później okrzyknięto dziełem kultowym, redefinicją kina zombie, gdzie tematycznie i formalnie na pierwszym planie była panika. 28 lat później zobrazował postapokaliptyczną Brytanię, gdzie dominuje anarchia, chaos, a spokój zachował się jedynie w nielicznych enklawach. Obydwie części łączy osoba Danny’ego Boyle’a, który tym razem usiadł na stołku producenta i zostawił pole do reżyserskiego popisu Nii DaCoście. To też sprytna taktyka na przeczekanie i uzyskanie zielonego światła od Sony, żeby powstał ostatni rozdział opowieści, domykający historię klamrą po ponad dwóch dekadach.

Bezpośrednią kontynuację obserwujemy z dwóch perspektyw, przecinających się w pewnym momencie w tytułowej Świątyni kości. Poznajemy dalsze losy Spike’a (Alfie Williams), który po ucieczce od swojego ojca został złapany przez Jimmy’ego Crystala i jego grupę. Pragnienie męskiej inicjacji z poprzedniej części wepchnęło chłopaka w spore kłopoty. Już scena otwierająca uzmysławia, że blondwłosa sekta religijna pozbawiona jest sentymentów. Kierują nią wszechobecna brutalność oraz egocentryczny lider, traktujący swoich wyznawców jak marionetki. Przywódca grupy nie rządzi strachem, ale raczej oferuje młodym ludziom własną wersję religii, pozbawioną dogmatów czy transcendencji, za to pełną rytuałów oraz pożądanej intensywności. Przemoc pełni tu funkcję sakramentu, bo tylko ona potrafi jeszcze wyprodukować doświadczenie absolutu w świecie po śmierci Boga.

Po drugiej stronie barykady stoi doktor Ian Kelson, który po udzieleniu pomocy bohaterom z poprzedniej części, wycofał się do swojego ossuarium. Dalsza budowa świeckiej katedry pamięci to dla postaci świetnie granej przez Ralpha Fiennesa prawdopodobnie ostatnia szansa na odnalezienie sensu w rzeczywistości bez instytucji czy prawa. Otoczenie się ludzkimi kośćmi to nie tylko pokrętna próba oddania hołdu poległym w walce z zarazą i jego „dziećmi”, lecz także psychiczne więzienie i jednocześnie dzieło życia, które trudno porzucić. Do ucieczki i poszukiwania nowego sensu zachęca poniekąd Samson (Chi Lewis-Parry), zombie „Alfa” o ponadnaturalnej sile. Nie jest wyłącznie bodźcem do kontynuowania badań nad wirusem. Między bohaterami tworzy się więź żywo wyjęta z Frankensteina, gdzie okiełznanie bestii następowało poprzez wszczepienie ludzkiego pierwiastka w duszę. “Rozmowy” z nim stają się również chwilowym eskapizmem od tworzenia lochu pamięci z kości, iskierką dobra w świecie zmutowanych, próbą wzajemnego zrozumienia, a idąc dalej, nadzieją na uratowanie kolejnych pokoleń.

Walka między nihilistycznym, bezrefleksyjnym mordowaniem kolejnych mieszkańców Brytanii, a nekropolityką Kelsona to motor napędowy produkcji DaCosty, który prowadzi ich do Koloseum złożonych z ludzkich szczątków, prosto w szpony konfrontacji. Nie znajdziemy tutaj zwyczajnego starcia dobra ze złem, ponieważ nie pozwoliłby na to Alex Garland, znany z wplatania w swoje scenariusze wątków politycznych, społecznych czy gospodarczych. Kluczowa dla całego filmu potyczka słowna Crystala z Kelsonem to debata młodości z doświadczeniem, sekciarstwa i racjonalizmu, buntu z rezygnacją oraz radykalizmu z umiarkowaniem. Trudno tutaj o satysfakcję, ponieważ scena, jak i cały film, grzęźnie w dosłowności i nadmiarze ekspozycji dialogowej. To, co może zostać przemilczane, uderza w twarz garlandyzmem – nazbyt oczywistym nawiązaniem do współczesności, czy powtórzeniem tego, co przed chwilą było dane nam zobaczyć na ekranie. Brakuje też chociażby intelektualnej głębi sekty Crystala, która w pewnym momencie zaczyna przypominać grupę Zbawicieli i ich przywódcy Negana z najsłabszych sezonów The Walking Dead.

DaCosta dwoi się i troi, by choć częściowo dorównać warsztatowi Boyle’a z poprzednich filmów. O ile ponad dwie dekady temu 28 dni później opierało się na brudzie i nerwowej pracy kamery, współgrającej z paniką na ulicach dystopijnej Wielkiej Brytanii, a jeszcze rok temu dostaliśmy jeden z najlepiej zmontowanych projektów w kinie mainstreamowym, o tyle tym razem wyraźnie czuć zdjęcie nogi z gazu Twórczyni Heddy odpuszcza brawurę oraz formalne zabawy na rzecz intymności, która ma wysunąć tematykę człowieczeństwa w świecie zarażonych na pierwszy plan. Metaforyczne „wrotki” zostają odpięte dopiero w trzecim akcie, gdzie dominują Ralph Fiennes, płomienie oraz muzyka Iron Maiden. Film Amerykanki oferuje też jedne z ładniejszych scen gore we współczesnym kinie, choć niestety jak na produkcję o zombie, pojawiają się zaskakująco rzadko.

Nie znajdziemy tutaj odpowiedzi na pytanie „jak przetrwać apokalipsę”, ponieważ nie to interesuje tercet DaCosta-Garland-Boyle. Świątynia kości jest przede wszystkim próbą pokazania perspektywy życia po śmierci jakiegokolwiek znaczenia, w postaci dwóch form ucieczki przed odpowiedzialnością: stworzenia archiwum pamięci i destrukcji wszystkiego co znajdzie się na drodze. We wszechobecnym chaosie świata przedstawionego całość sprowadza się do gorzkiego stwierdzenia, że „człowiek człowiekowi człowiekiem”. Ucieczka przed odpowiedzialnością dotyczy też samego Danny’ego Boyle’a, który jak się wydaje, podłożył świnię koleżance po fachu. Jej rola zamyka się jedynie w stworzeniu pomostu prowadzący bezpośrednio do finału trylogii. Tam zapewne wróci z tarczą wespół z Cillianem Murphym, a projekt DaCosty raczej zostanie zapamiętany jako ciekawostka, przyjemny przystanek na drodze i jednocześnie niewykorzystana szansa, by stać się czymś więcej.

Szymon Pazera
Szymon Pazera

28 lat później – część 2: Świątynia kości


Tytuł oryginalny: 28 Years Later: The Bone Temple

Rok: 2026

Kraj produkcji: Wielka Brytania, USA

Reżyseria: Nia DaCosta

Występują: Ralph Fiennes, Alfie Williams, Jack O’Connell

Dystrybucja: UIP

Ocena: 3/5

3/5