Dzieci kukurydzy – recenzja filmu „Żniwa”

Dzieci kukurydzy – recenzja filmu „Żniwa”

Tym razem naszą premierą tygodnia został film niepozorny i trudno dostępny w kinach. A szkoda. Południowoafrykańskie „Żniwa” stanowią swoistą syntezę europejskiego spojrzenia na kulturę, szczególnie tą filmową z burskim społeczeństwem i wrażliwością. Współfinansowany przez Francję, Grecję i Polskę obraz, który do naszych kin wprowadza Velvet Spoon, to opowieść o świecie oderwanym od wszystkiego co znamy, a zarazem bardzo bliskim. Mający greckie korzenie Etienne Kallos wykorzystał poetykę kojarzącą się z grecką Nową Falą by pokazać nam ultrakonserwatywne i ultrareligijne społeczeństwo położonej w środku kraju rolniczej prowincji Wolne Państwo. Gdy do wydawałoby się ułożonej i wzorcowej rodziny Janno dołącza adoptowany nastoletni buntownik Pieter wszystko się zmienia, a ideały i pewniki zostają poddane pod wątpliwość. Ozdobą pokazywanego w sekcji Un Certain Regard zeszłorocznego festiwalu w Cannes są zdjęcia Michała Englerta.

Kino z Afryki dość rzadko znajduje zainteresowanie u polskich dystrybutorów, na palcach jednej ręki można by policzyć filmy z tego kontynentu, które w ostatnich latach trafiły do naszych kin. „Żniwom” przełamać ten szklany sufit pozwoliła obecność w prestiżowej canneńskiej sekcji Un Certain Regard, a także, a może raczej zwłaszcza, pieniądze polskich producentów, którzy zaangażowali się w proces twórczy.

W „Żniwach” poznajemy Janno, nastolatka mieszkającego z bardzo religijnymi rodzicami i trzema przybranymi siostrami na farmie gdzieś w rolniczej prowincji Wolne Państwo w centrum RPA. Chłopak jest wręcz wzorcowym synem, chętnie wstaje rano by zajmować się gospodarką, stroni od używek, wolny czas spędza grając ze znajomymi w rugby lub śpiewając religijne pieśni. Codzienność burzy pojawienie się Pietera, długo oczekiwanego nowego adopcyjnego brata bohatera. Trzynastolatek, po tym jak został porzucony przez matkę wychowywał się na ulicach dużego miasta, gdzie popadł w narkotykowy nałóg, przez który otarł się o śmierć. Nowy chłopak ma zostać „oswojony” przez nową rodzinę, „naprawiony”. Jednocześnie już od pierwszych scen widać, że stanowi on też niezależną, obcą siłę.

Grecki rodowód Kallosa widać zwłaszcza w sposobie portretowania normalnego życia rodziny. Codzienne rytuały i wciąż wpajany dzieciom strach przed „morderstwami farmerów” przypomina zamknięte społeczeństwo budowane dzieciom w lanthimosowskim „Kle”. Duch greckiej nNowej fFali przenika tu w dialogach i zachowaniach bohaterów jednak druga połowa narzuca też inną interpretację. Pieter przybywa do świętego domu z pychy jego liderki, matki Janno. Jest owym zewnętrznym złem, mordem, diabłem, który będzie kusić Janno w ramach ryzykanckiej gry o nawrócenie. W jednej ze scen, bliźniaczo podobnej do „klubowej” sekwencji „Pomiędzy słowami” Urszuli Antoniak, bohater za sprawą przybysza trafia do miejsca będącego antytezą jego rodzinnego domu. Chłopak widzi świat akceptacji inności, używek, seksu i wolności a także … śmieciowego jedzenia. Zaskakująco czysty i spokojny jak na slumsy, wręcz pocztówkowy. Podobnie jak u Antoniak jest to moment symboliczny, jednocześnie uderzający w oparte na kłamstwie i fałszu „normalne” życie Janno (znaczący moment gdy krzyczy on w twarz Pieterowi: „Przecież nie tak trudno być normalnym”), jak i ostatecznie demaskujący cienie życia przybysza.

Ze względu na portretowany kraj naturalnie myśli dążą ku ostatniemu tamtejszemu filmowi, który mogliśmy zobaczyć w dystrybucji – „Inxebie. Zakazanej ścieżce”. W konfrontacji tych dwóch produkcji najlepiej widać rozwarstwienie i podział tego jednego z najbogatszych afrykańskich krajów, mimo że obrazy te stoją teoretycznie na podobnych założeniach. Oba opowiadają o chłopięcym dojrzewaniu i szukaniu siebie, portretują konserwatywne i zakorzenione w wierzeniach społeczeństwa, poruszają temat męskiego homoseksualizmu, dzieją się na odludnych wyżynach centralnego RPA oraz używają motywu przybysza z miasta, który zostaje wpasowywany w obce mu środowisko. Mimo tych wszystkich podobieństw są to filmy skrajnie inne i na pierwszy rzut oka niepowiązane. Dlaczego? „Inxeba” opowiada o czarnym ludzie Xhosa i o jego przedstawicielach, którzy mimo zamieszkiwania wielkich miast i pracy w milionowych korporacjach wciąż praktykują pradawne rytuały inicjacyjne. „Żniwa” opowiadają o białych Burach, potomkach holenderskich osadników, którzy mimo nowoczesnych technologii i urządzeń rolniczych wciąż na wszelkie pytania odpowiadają „Bóg tak chciał” i praktykują tradycje restrykcyjnych obozów z dala od cywilizacji dla młodych chłopaków, gdzie dokonuje się ich przemiana.

Ważną rolę w filmie Kallosa pełnią piękne zdjęcia Michała Englerta, który umiejętnie obrazuje Afrykę tak, aby w swojej obcości wydawała się znajoma Europejczykowi. Dokonuje się tu rewelacyjna gra kolorami i światłami, zwłaszcza w kluczowych scenach finałowych. Jednocześnie dzięki byłemu partnerowi Małgorzaty Szumowskiej, obraz porywa wizualnie od samego początku. Jest to ważne, bo reżyser nie ustrzegł się błędów debiutanta. Tempo filmu zdaje się dość ślamazarne a scenariusz nieznośnie zachowawczy, niczym podbijający właśnie serca i portfele widzów „After” boi się odważniejszych scen i gatunkowych rozwiązań uciekając w bezpieczne rejony kina środka. To wszystko sprawia, że chwilami się nieznośnie dłuży i męczy.

Mimo wszelkich wad, „Żniwa” są ciekawą próbą opowiedzenia o społeczeństwie, o którym na co dzień się nie słyszy. To produkcja „o której lepiej się dyskutuje niż się ją ogląda”, ale mimo to wart poznania i poświęcenia mu tych niecałych dwóch godzin życia. Szkoda tylko, że wzbudził tak małe zainteresowanie kin, przez co trudno go będzie gdziekolwiek zobaczyć.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Żniwa

Tytuł oryginalny: „Die Stropers”

Rok: 2018

Gatunek: dramat rodzinny

Kraj produkcji: RPA / Francja / Grecja / Polska

Reżyser: Etienne Kallos

Występują: Brent Vermeulen, Alex van Dyk, Juliana Venter i inni

Dystrybucja: Velvet Spoon

Ocena: 3/5