Happiness – recenzja filmu „Złe baśnie” – Wiosna Filmów 2020

Happiness – recenzja filmu „Złe baśnie” – Wiosna Filmów 2020

Jedną z największych niespodzianek festiwalu w Berlinie było nagrodzenie Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz Złych baśni bliżej nieznanych braci Damiano i Fabio D'Innocenzo. Jeśli jednak bliżej przyjrzymy się ich dotychczasowemu dorobkowi, okazuje się, że nie tylko dopieszczali tekst Dogmana Matteo Garrone, ale i ich fabularny debiut La terra dell'abbastanza został ciepło przyjęty na berlińskiej Panoramie w 2018. Czy mamy zatem do czynienia z narodzinami nowych talentów włoskiej kinematografii?

Złe baśnie zostają już na początku ujęte w ramę narracyjną: tajemniczy mężczyzna (Massimiliano Tortora), którego nie ujrzymy nigdy na ekranie, zdradza, że odnalazł kiedyś dziewczyński pamiętnik napisany zielonym długopisem, „przerwany nagle, bez uprzedzenia, nie dając do zrozumienia, że to koniec”. Dodaje, że choć historia jest zmyślona, to jednak została oparta na prawdziwych wydarzeniach. Mamy więc do czynienia z opowieścią realistyczną, choć udramatyzowaną na potrzeby spektaklu. Tytułowe baśnie mają wymiar współczesny, a twórcy przygotowali morał czy też formę ostrzeżenia dla widzów o uniwersalnym charakterze, zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną. Szybko się też okazuje, że historia snuta przez braci D’Innocenzo ma dość złudne fundamenty, wszak dorosły mężczyzna odczytuje wspominki jakiejś smarkuli, a w istocie oglądamy tak naprawdę film, który meandruje wokół przytaczanych przez dziewczynkę wydarzeń, pokazując nam dużo więcej niż mogła ona przeżyć. Gdy więc widzimy, że jeden z bohaterów przebija nożem basen sąsiadów, doskonale wiemy czemu tak się dzieje, a wersja z kajetu brzmi naiwnie sugerując, że winni są „Cyganie z toporkami”.

Damiano i Fabio D’Innocenzo, sami wychowani na obrzeżach Rzymu, postanowili właśnie tam umiejscowić akcję swego drugiego dzieła. Fabuła skupia się na perypetiach kilku rodzinach zamieszkujących Spinaceto, przedmieścia Wiecznego Miasta, leżące w pół drogi z centrum do oferującej morską bryzę Ostii. Zaledwie kilka kilometrów stąd biegnie słynna Grande Raccordo Anulare, czyli 68-kilometrowa obwodnica stolicy Włoch, którą Gianfranco Rosi unieśmiertelnił w nagrodzonym w Wenecji Złotym Lwem dokumencie Rzymska aureola. Dokładnie do tej miejskiej sypialni przejechał Nanni Moretti w swoim Dzienniku intymnym, by ukazać miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc. Większość wydarzeń filmu odbędzie się na osiedlu domków jednorodzinnych, każdy identyczny jak od sztancy, z białym płotkiem, garażem, ogródkiem. Pozorny dobrobyt i ułuda szczęśliwego życia. John Updike, który na kartach swoich powieści uwielbiał opisywać, na jakich kruchych fundamentach opierają się sny amerykańskiej klasy średniej, bez kłopotu mógłby omówić schorzenia trapiące ich italskie odpowiedniki.

Roztaczana przed sąsiadami propaganda sukcesu – przechwałki biznesowymi pomysłami, ocenami dzieci czy próba zyskania lokalnej popularności poprzez zakup wspomnianego już basenu – zostaje szybko i na naszych oczach skompromitowana. Większość rodzin żyje tu dzięki zasiłkom rządowym lub gonieniu za marną pensją w drobnych usługach, a rodzina Guerrinich ledwie wiążąc koniec z końcem, mieszka w przyczepie kempingowej. Tym, co najbardziej interesowało braci D’Innocenzo przy tworzeniu Złych baśni, wydaje się efekt, jaki wywołuje ta pozorna, jak sobie już udowodniliśmy, oaza spokoju na najmłodszych jej mieszkańcach. W centrum uwagi znajdują się bowiem dzieci, duma rodziców, sól tej ziemi, przyszłość narodu. Tak się składa, że portretowane na ekranie rodziny posiadają potomstwo w dość zbliżonym wieku, wszystkie około 8-11 lat. Samotnie wychowywany przez ojca Geramia Guerrini ma niemal identyczne kompleksy jak dorastający w rodzinie nuklearnej Dennis Placido. Obaj są małomówni, nieco zagubieni, nieporadni wobec szybciej dorastających dziewcząt. W dalszych partiach filmu wyjdzie na jaw, że łączy ich również tajemnica skrywana przed rodzicami.

Pewna zbieżność tematyczna i aura przełamywania kulturowych tabu, która jest obecna we włoskiej produkcji, łączy ją z twórczością Todda Solondza. Nieprzypadkowo w tytule tej recenzji zostało przywołane arcydzieło urodzonego w Newark reżysera. Damiano i Fabio D’Innocenzo podobnie jak Amerykanin dozę krytycyzmu łączą z próbą zrozumienia zachowań omawianych przypadków. Odwołują się, zupełnie jak autor Happiness, do dwóch mechanizmów sterującą naszą naturą, gdy umysł śpi – do seksu i do przemocy. Nieprzypadkowo bracia gros metrażu poświęcają przeróżnym sytuacjom, w których bohaterowie ocierają się o te dwa porządki. To, że któryś ojciec w złości zdemoluje grilla, a matka, nie przebierając w słowach, za wszystko obwinia syna, czy to, że inny rodzic niewiele się przejmując, wywozi ukochanego wilczura do lasu, by go zastrzelić. To wszystko rezonuje w bolesnym finale. Dzieci patrzą, bacznie obserwują. Uczą się nie tylko do egzaminów, ale czerpią wiedzę o świecie od starszego pokolenia – od swoich rodziców, ale i nauczycieli, sąsiadów, idoli z internetu. Tak samo z seksem, nie rozumiejąc jeszcze, na czym on polega w praktyce, słyszą strzępki rozmów, natrafiają w historii przeglądania ojca na pornosy lub przypadkiem podglądają czynności o charakterze seksualnym.

Kluczową rolę w inicjacji Dennisa odegra Vilma (Ileana D’Ambra), czyli sąsiadka mogąca się pochwalić tlenioną blond czupryną i ciążowym brzuszkiem. Sporo starsza od niego dziewczyna pojawia się też w szkole chłopca, gdzie pracuje wraz z matką w stołówce. Krok po kroku staje się ona dla nieopierzonego, niewinnego syna Placidów pierwszą, szalenie dziwną i dość opryskliwą przewodniczką po świecie doznań seksualnych. Pełni ona tu rolę podobną jak Saraghina w Osiem i pół, którą Maria Kornatowska określiła jako kuszącą i niepokojącą, tego „smoka” dziecięcych wspomnień. Vilma jest kimś pomiędzy obecnymi w kulturze włoskiej figurami Matki – wszak jest w ciąży – i kobiety lekkich obyczajów, kusicielki, grzesznicy – dziecko pochodzi z nieprawego łoża, dziewczyna nosi skąpe stroje, chętnie się obnaża przed Dennisem, a nawet, o zgrozo, moczy herbatnika w mleku ze swojej piersi i częstuje połową ciastka nieco zszokowanego dzieciaka. W postaci sąsiadki walczą ze sobą zatem odwiecznie spotykające się Madonna i Maria Magdalena. Święta i wyklęta. Noszone w brzuchu dziecko czy, jak to drzewiej się mówiło, „błogosławiony stan” nijak nie rezonuje na jej łobuzerskie obyczaje. 

Mały Dennis nie jest jak wyrostki z arcydzieł Felliniego, buntujące się przeciw autorytetowi rodziców i Kościoła. Ojca i matki nie bardzo ma za co szanować, są zabiegani, odlegli, zajęci swoimi sprawami, a jawnych odwołań do katolicyzmu, tak ważnego jako punkt wyjścia dla autora La Strady, w filmie braci D’Innocenzo nie odnajdziemy. Włochy są obecnie krainą bez moralnych kompasów i bez Boga. Za Nietzschem można rzec, że doszliśmy wszyscy do wniosków, że musimy sami stanowić dla siebie wzory postępowania. Rezygnując z działania w ramach wypracowanego przez wieki porządku, postradaliśmy tak naprawdę coś więcej niż wspólnotowość i wiarę, te bowiem zostały częściowo zastąpione przez inne społeczne twory. Bo jeśli wszystko jest dozwolone, to gdzie jest granica?

Złe baśnie skonstruowane zostały z szeregu epizodów, które powoli zazębiając się, tworzą mozaikę społecznych bolączek. Autorzy La terra dell’abbastanza od samego początku nie ukrywają, że ich film ma nawoływać do refleksji na temat tego, jak jako społeczeństwo patrzymy na dzieci i jakie niebezpieczne treści mogą docierać do ich umysłów. Nie są bynajmniej pierwszymi, którzy przyglądają się tym kwestiom. Leniwe i zaspane przedmieścia mają w sobie coś z opowieści snutych przez dziesiątki filmów z USA o społecznościach white trashy (ze Skrawkami Harmony’ego Korine’a na czele) i o całych kwartałach zamieszkanych przez lepiej sytuowanych lower middle class. Także w kinie europejskim nie brakuje podróży w rejony, które tylko na pierwszy rzut oka wydaje się być bezpieczną przystanią, a za dosadny przykład niech posłuży dorobek Austriaka Ulricha Seidla (Upały, W piwnicy). W produkcji braci D’Innocenzo wiele się jednak udało, poczynając od niepokojącej muzyki, która zapowiada tragedię, przez sprytne zabiegi narracyjne aż po udane aktorskie kreacje (m.in. Elio Germano, który w Berlinie otrzymał Srebrnego Niedźwiedzia za rolę malarza Antonio Ligabue w Volevo nascondermi). Najważniejszym dla sukcesu przedsięwzięcia był jednak fakt, że młodzi twórcy uniwersalne tematy pożenili z lokalnym kolorytem, a przy tym potrafili opowiedzieć o nich ze swadą. Wypatruję już ich kolejnych projektów.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
Złe baśnie Favolacce plakat

Złe baśnie

Tytuł oryginalny: „Favolacce”

Rok: 2020

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: Szwajcaria, Włochy

Reżyseria: Damiano D’Innocenzo, Fabio D’Innocenzo

Występują: Elio Germano, Ileana D’Ambra, Max Malatesta i inni

Dystrybucja: Aurora Films

Ocena: 3,5/5