PełnaSala1

Kinomanów poznaje się nie tylko w Internecie. Innym dobrym miejscem ku temu są przeróżne festiwale filmowe, na których ze znajomymi od kilku lat widuję się twarzą w twarz. Zawsze więc były to spotkania przy okazji czegoś innego - i chcieliśmy to zmienić. Zorganizowaliśmy spotkanie, gdzie okazją jesteśmy my sami! Bądźmy w końcu szczerzy - filmy już nie są powodem aby się spotkać. One mogą być złe, i na tym się skończy, ale jeśli towarzystwo będzie słabe, to i cały wyjazd będzie źle wspominany. Z wiekiem w byciu kinomaniakiem staje się bardziej istotne nie to, co oglądamy, ale co robimy pomiędzy seansami. Jak wykorzystujemy doświadczenie wyniesione z ekranu. Postanowiliśmy więc wynająć domek w lesie na weekend - i przeżyć.

Jak zapewne w większości wiecie, PełnaSala ma swoje źródło wśród członków Alternatywnego Top 100. PełnaSala to rozwinięcie tamtej idei, ale jednak oddzielna i współtworzona również przez ludzi którzy do AT100 nie należą. W omawianym zjeździe udział brali ludzie związani z AT100, ale już nie koniecznie z PełnąSalą. Dlaczego więc zdecydowałem się, aby relacja z niego znalazła się tutaj? Bo pasuje do idei tej strony. PełnaSala.pl to miejsce, gdzie kino nas łączy zamiast dzielić. Jesteśmy różnymi ludźmi pochodzącymi z całego kraju, ale jednak tworzymy wspólnotę - dlatego chcę wam zaprezentować wspomnienia z momentu, kiedy to połączenie miało faktycznie miejsce. Uważam, że jako grupa pokazaliśmy wtedy o co chodzi w byciu kinomaniakiem. Nie kłóciliśmy się o Marvela i DC, nie wyzywaliśmy się... Zamiast tego spędziliśmy razem czas. Wcześniej były ku temu okazje, nawet długie, ale dopiero teraz było ono całkowite - spaliśmy w tym samym pokoju, widzieliśmy się na kacu przy śniadaniu, robiliśmy sobie nawzajem kanapki i herbatę. Mamy różne wyznania polityczne, religijne i filozoficzne, ale łączy nas miłość do kina oraz całkowita akceptacja. Dlatego ten tekst znalazł się tutaj. Mam nadzieję, że okaże się dla was inspiracją.

Przygotowania trwały wiele miesięcy - termin, rejon i miejsce pobytu, z czego to pierwsze sprawiło, że tyle czasu minęło od momentu gdy padła propozycja zlotu, do chwili w której przy ognisku piliśmy razem wódkę. W końcu pracujemy, studiujemy, albo mamy inne życiowe zobowiązania. Wybraliśmy koniec maja oraz domek na wsi w województwie mazowieckim. Dogadaliśmy się, kto z kim jedzie i o której to się odbędzie. Jechaliśmy w końcu z całej Polski - od Śląska przez Lublin po Olsztyn. Łącznie potrzebowaliśmy czterech samochodów. Pierwsi byli na miejscu o 14, inni z kolei wyjeżdżali dopiero po 16. Jedni zostawali od piątku i w poniedziałek wracali, inni w poniedziałek byli już w pracy.

Warunki były cholernie komfortowe - domek z piętrem, kominkiem, wyposażoną kuchnią, dużą lodówką i dwiema łazienkami. Bez papieru toaletowego, ale ciepła woda już była obecna. Wokół las, trawnik i droga, po której chyba nigdy nic nie jechało. Do tego miejsce na ognisko, grilla, dwie ławy oraz plastikowa huśtawka na którą od razu Garret się rzucił i z krzykiem odkrył, że zabawka nie była w żaden sposób przytwierdzona do podłoża. Trzy kolejne osoby jednak tego nie zauważyły, a Garret za nic nie chciał powiedzieć czemu krzyczał, więc odkryły to na własnej skórze. I dobrze. Lodówka z kolei okazała się niewystarczająca i część alkoholu musiała stać ciepła na podłodze aż do soboty, zanim zwolniło się miejsce (a mięso leżało w zamrażalce). Co do łóżek - mieliśmy dwie pary małżeńskie które zajęły podwójne łóżka (z jakiegoś powodu jedno podwójne było w pokoju z dwoma innymi, a w małym pokoju były dwa pojedyncze. Dwóch naszych chłopów musiało na dzień dobry nosić meble, żeby było jak należy), a dla reszty zostało 7 i pół pojedynczego łóżka, jeśli liczyć kanapę w salonie na której spał nasz jeden kolega. Czym jest "pół łóżka"? Do tego wrócę później.

PełnaSala2
PełnaSala2,5

TYPOWY DZIEŃ NA ZJEŹDZIE

Poranki wyglądały tak, że gdzieś po siódmej rano z grobu wychodzili pierwsi kinomani. Wałęsali się powoli, po cichu, po kuchni. Zasiadali do stołu i przy kubku czarnej Garretowej herbaty próbowali ustalić co się wydarzyło ostatniej nocy - a potem dialogi schodziły na tematy mniej lub bardziej filmowe. W tym czasie budzili się kolejni, i gdy wszyscy byli na nogach, to włączaliśmy muzykę. Wyjątkiem był sobotni ranek - przez cały piątek muzyka leciała niemrawo z mojego laptopa, ale następnego dnia przyjrzeliśmy się telewizorowi. Adrian chciał podłączyć do niego swój odtwarzacz DVD ale okazało się, że nie wziął pilota i zdecydowaliśmy się puszczać filmy przez mojego laptopa na telewizor. Sprawdziliśmy, czy głośniki telewizora są nieco donośniejsze - mądre Spotify wylosowało "Enter the Sandman" Mettaliki, i dopiero wtedy był sens słuchać tej piosenki.

Jeśli chodzi o muzykę, to miałem zapisaną playlistę offline która leciała w tle w losowej kolejności. Jej zawartość była ustalona już wcześniej, dzięki temu uniknęliśmy potencjalnie kłopotliwej sytuacji, w której to każdy z uczestników zaczyna włączać to co chce. Lista była otwarta przed wyjazdem i każdy kto chciał mógł podać swoje kawałki. Na miejscu laptop był odłączony od Internetu, i słuchaliśmy tego co było. Nikt nie narzekał.

A co po śniadaniu? Co chcieliśmy. Gry planszowe, rzutki, kalambury, kopanie piłki, oglądanie filmów, chodzenie po lesie. Kompletna wolność. Po prostu... spędzaliśmy ze sobą czas. Bez ingerowania w to co kto chciał robić. Jeden spał do 15, inny pił piwo do śniadania. Jeden chodził ubrany w skarpety do sandałów, inny chodził pół nago po stole i nikt nie zwrócił na to uwagi. Grupa mogła grać w gry, a jedna osoba mogła w tym czasie siedzieć z książką na leżaku i czytać, i nie było wtedy atmosfery przymusu. Panowała powszechna akceptacja. Jedni przyjechali z własnym jedzeniem, inni nakupowali różności i funkcjonowali na zasadzie szwedzkiego stołu. W większości znaliśmy się już osobiście od wielu lat, ale byli też tacy, których widzieliśmy na oczy pierwszy raz (chociaż w Internecie wymieniamy się postami już od dekady!), i dla nich też znalazło się miejsce w grupie. Kłopoty zaczęły się oczywiście gdy usiedliśmy do oglądania filmów, bo mieliśmy do wyboru cztery filmy i każdy chciał obejrzeć co innego. Ale ten temat jeszcze rozwinę w dalszej części tekstu.

PełnaSala3

Najbardziej w tym wszystkim spodobało mi się bezpieczeństwo. To nie była tylko wolność, ale tam czułem się jak u siebie. Jakby wszystko było w porządku. Dość powiedzieć, że to ja musiałem podczas pierwszego ogniska wrócić się do domu aby go zamknąć, bo reszta beztrosko odpoczywała przy ogniu. W tym czasie ktoś mógł swobodnie wejść nam od frontu do domu i wszystko zabrać, ale tam, wtedy, takie myślenie zdawało się absurdalne. Czemu ktoś miałby to zrobić? Nie wiem. Ale na tej zasadzie działo się wszystko przez pełny zjazd. Połowa z nas nie wiedziała, gdzie są nasze telefony, i kto co z nimi robi. Mój laptop stał włączony prawie przez całą dobę, i nikt nie zabrał się do niego by szukać pornosów lub przeglądać moje prywatne notatki, o formacie dysku nie wspominając. Wszystko było wspólne, ale jednocześnie wciąż było "tylko nasze". To był to jednak okres poza czasem i przestrzenią. Jakby nasza osobista apokalipsa, bez zmartwień reszty świata. Nawet gdyby Niemcy nas zaatakowali, to prędzej byśmy się tego dowiedzieli z doświadczenia niż newsów w telefonie, które bardzo rzadko pojawiały się w rękach odpoczywających. Nie wiedziałem przez większość dnia którą mamy godzinę. Byłem skupiony wyłącznie na odpoczywaniu. Gdy zgłodnieliśmy to rozpalaliśmy grilla. Gdy zaczynało się ściemniać to szliśmy do lasu zabijać komary i zbierać chrust pod ognisko, a z lodówki wyciągaliśmy wódkę. Nawet wyjście grupowe do lasu rozegrało się na zasadzie "pójdźmy w prawo i spróbujmy zrobić kółko wokół naszego domku". Potem okazało się, że szliśmy ponad dwie i pół godziny, rozdzieleni na kilka grupek, każdy szedł swoim tempem.

PełnaSala4

 

Faktyczne tematy poruszane podczas wycieczki po lesie:

  • "Możesz mi powiedzieć: po ch.. mi las?"
  • Monolog parodiujący "Stalkera" w wykonaniu Garreta.
  • Jakiej nazwy użył polski lektor "Zemsty frajerów" na określenie waginy?
  • "Drzewa posadzone równo jak od linijki, psia mać..."

Wieczory najczęściej były połączeniem filmu i ogniska. Kiedy kończyliśmy film i był już za późno aby rozpalać ognisko to zostawaliśmy w środku i graliśmy w kalambury. Ani razu nie było tak, że grali wszyscy, ale ta gra zawsze się toczyła gdzieś w tle, nawet w parę osób. Adrianowi udało się pokazać "Teoremat" Passoliniego. Gdy Garret miał pokazać "Teksańską masakrę..." to wyszedł przez drzwi i upadł na podłogę udając, że ma atak. Ludzie którzy nie grali i gadali w kuchni o życiu i filmach przybiegli mu pomóc. Kochani. Gdy miałeś ochotę iść spać - nikt ciebie nie zatrzymywał.

PełnaSala5

Przy ognisku zaczęliśmy grać w grę polegającą na wymyśleniu najlepszego tytułu filmu po wpleceniu w jego treść "kiełbasy". Oto zwycięzcy:

  1. "Popiół i kiełbasa"
  2. "Cienka czerwona kiełbasa"
  3. "Dobry, zły i kiełbasa"
  4. "Mroczna kiełbasa powstaje"
  5. "Pewnego razu na dzikiej kiełbasie"

FILMY

Z założenia to miało być luźne spotkanie, więc i filmy miały być takie, które można oglądać jednym okiem albo będąc pod wpływem. Organizator postawił sprawę jasno: ten Zjazd ma być w jak najmniejszym stopniu poświęcony filmom, a najlepiej będzie jak wyłączymy Internet. Tytuły, przy których można być głośnym i gadać jednocześnie. Dlatego oglądaliśmy "Złoty środek", "Napromieniowaną klasę", "Ptakodemię", "Panie, panowie - ostatnie cięcie" i jakiś turecki film o wikingach, którego najciekawszym elementem było to, że na minutę przed końcem Adrian zawołał "MAM TRANSMISJĘ NA ŻYWO Z ROZDANIA NAGRÓD W CANNES! PEŁNA SALA DAŁA LINK!", więc zastopowaliśmy film i zaczęliśmy patrzeć się w jego telefon, co trwało dwie godziny w jakiś sposób. Maciej nawet podjął próbę przełożenia nam francuskich wypowiedzi, ale po 13 sekundach szlag go trafił. Powiedział tylko: "Oni tam tak chrzanią, to jest niemożliwe; cały czas tylko coś o tym, że to była doskonała edycja, i każdy tytuł zasługuje na wyróżnienie, takie tam pitu-pitu do poduszki, niech ich piorun strzeli!". Ale wódka wchodziła to oglądaliśmy i Cannes.

Ale nie licząc tamtego filmu, pozostałe produkcje spełniły nasze oczekiwania - były słabe, ale nie w narzucający się sposób. To był ten idealny balans, kiedy to w grupie można było się dobrze bawić, a niski poziom oglądanych tytułów nie kuł zbyt mocno w serce. "Złoty środek" był po prostu pustym zbiorem żartów. "Ptakodemia" była tak zła, że aż wszyscy otwierali szeroko oczy zdumieni poziomem tego tytułu. "Napromieniowana klasa" to już jednak inny typ produkcji - samoświadomy i bawiący widza kiczem oraz tandetą. Przesadzony, jaskrawy i zwyczajnie sympatyczny.  W jednej ze scen nastolatek w końcu dobiera się do ust swojej dziewczyny, i podczas namiętnego zbliżenia nabiera oddechu, spogląda swojej ukochanej głęboko w oczy, i pyta upojony: "Czy pójdziesz ze mną na festiwal filmów Felliniego?". Wszyscy Alternatywni nagrodzili tę scenę oklaskami.

PełnaSala6

O dziwo najlepiej sprawdził się tytuł, którego oryginalnie mieliśmy nie oglądać, ale obejrzeliśmy fragment i daliśmy mu szansę: "Panie, panowie - ostatnie cięcie" z 2012 roku, film eksperymentalny złożony w całości z innych filmów. Reżyser stworzył tu normalną fabułę o związku kobiety i mężczyzny, ale zamiast nakręcić samemu ujęcie w którym klient wchodzi do restauracji, wziął wyciął podobne ujęcie z 5 klasyków. Urok polega na tym, że my byliśmy otwarci na takie rzeczy, i znaliśmy te filmy, więc seans minął nam na wykrzykiwaniu fragmentów które rozpoznaliśmy. Półtorej godziny ekscytacji i wyjątkowe doświadczenie. Niektórzy z nas nie zrozumieli w ogóle filmu i odebrali to jako zbiór klipów, i dopiero następnego dnia przy śniadaniu wyłuskaliśmy im celowość w użyciu każdego ujęcia. To był doskonały tytuł na ten zjazd - oferował nam zabawę, rozmowę po seansie i zwyczajnie pozwolił nam celebrować bycie kinomanami. Jeśli więc kiedyś obejrzycie kilka tysięcy pełnometrażowych fabuł i będziecie chcieli to uczcić - włączcie sobie "Panie, panowie - ostatnie cięcie".

Najprzyjemniej jednak wspominam moment, gdy pomiędzy tego typu filmami zawołałem do Adriana: "Hej, jak jechałem do was to widziałem w pociągu fajną scenę, chcę abyś ją zobaczył". Dosiadło się jeszcze kilka osób i razem oglądaliśmy scenę z "Lady Eve" (1941) w której to Henry Fonda wymieniał różnice między browarami i ale. Są wśród nas miłośnicy craftowego piwa, i ta wymiana zdań wzięła ich kompletnie z zaskoczenia. Niby nic, ale reagowali z entuzjazmem. Istotne jednak jest, w jak wysokim skupieniu oglądali! Ta sama grupa ludzi którzy jeszcze parę minut wcześniej tworzyła własną ścieżkę dźwiękowa do "Złotego środka" teraz zamilkła w pełnym szacunku, bo zmieniła się klasa oglądanego filmu. Nawet jeśli to była tylko jedna scena. To wszystko czego kinomani potrzebują, aby szanować dany tytuł.

PełnaSala7

Minusy zjazdu były, jak choćby drzwi do łazienki na piętrze otwierające się tak, aby kogoś wypchnąć na schody przez przypadek. Innym nieprzyjemnym akcentem był środek pierwszej nocy, kiedy to zostałem obudzony przez Adriana szukającego kluczyków do samochodu (bluzgi pominąłem). Potrzebował się tam dostać, bo jeden z naszych kolegów nie miał gdzie spać jak się okazało, i trzeba było wykorzystać koce z samochodu. Osoba która wynajęła nam domek policzyła małą rozkładaną kanapę w salonie jako dwa miejsca do spania, co w praktyce okazało się jednym. Wtedy o świcie nie myślałem o tym. Wymamrotałem tylko "Trzeba było kupić wiewiórkę" i zasnąłem. Następnej nocy jednak kilku Alternatywnych zdecydowało się na mnie zemścić za krzyczenie "SLAYER, K****!" o siódmej rano. Powody dlaczego to robiłem pominę, i przejdę do rzeczy: obudzili mnie nad świtem i gadali do poduszki o czymkolwiek. Nie mogłem już zasnąć, więc zszedłem na dół... A tam salon był zajęty, bo w końcu jeden z nas miał tam sypialnię. I tak o czwartej nad ranem jadłem kabanosy z chlebem z mrówkami i myślałem, że następny wyjazd musi zawierać chatę z salonem. Prawdziwym salonem. Bo problem był większy - w końcu często siedzimy do późna i pijemy, albo gramy w kalambury. Każdy niby może iść spać kiedy ma na to ochotę, z wyjątkiem właśnie osoby której przypadła kanapa której wciąż używamy - on musiał czekać aż wszyscy pójdą spać, i dopiero wtedy się rozkładał. Rano z kolei znowu mu przeszkadzaliśmy, a tak się nie traktuje ludzi. Dlatego to też wniosek do was - jeśli wynajmujecie domek, to upewnijcie się, że zawiera on poprawny pokój wspólny, gdzie nikt nikomu nie będzie przeszkadzać.

PełnaSala8

Koniec zjazdu wyglądał tak jak początek - każdy wyjechał wtedy, kiedy mu pasowało. Dla jednych było to późne niedzielne popołudnie, dla innych poniedziałek w południe. Posprzątaliśmy wszystko, nawet wnieśliśmy większość mebli z powrotem do środka tak jak stały gdy przyjechaliśmy, oddaliśmy klucze, pożegnaliśmy się i rozjechaliśmy się w swoich kierunkach. Jednocześnie przecież nadal byliśmy razem cały ten czas, bo łączy nas Internet. Tego samego tygodnia zaczęliśmy myśleć o kolejnym spotkaniu. Teraz widzą się nam góry, kominek i Garret który utknie w kominie.

Reasumując: to nie było doświadczenie które będziemy wspominać. Ale będziemy dążyć, aby tam wrócić. Wszystko przebiegło w spokojnej, miłej atmosferze. Oczywiście - niektórzy liczyli, że przyjdzie do nas seryjny morderca i obstawialiśmy zakłady, kto zostanie Final Girl, ale ostatecznie nic takiego nie miało miejsca. Jedna osoba zostawiła ręcznik, Garret zbił szklankę poprzez otworzenie szafki z naczyniami, i zapomnieliśmy wziąć uczciwych głośników. To wszystko. Wniosek z tego jest następujący: powinniśmy zrobić to wcześniej. Ale pierwszy raz już był, teraz przed nami kolejne. Weźcie to do siebie - nie pozwólcie, aby znajomości Internetowe pozostały tylko Internetowe. |Autor: Garret Reza|

  • Adrian Burz

    Zacznę od tego co Garret pominął, czyli że Zlot odbył się w Barańcu, w chatce zwanej przez właścicielkę Leśna Podkowa. Od początku chciałem żeby to była chata w środku lasu, gdzie nie mamy dostępu do cywilizacji, jesteśmy zdani na siebie 🙂 I niejako to co zastałem spełniło moje oczekiwania. Las mało przypominał niestety dżunglę, faktycznie drzewka zasadzone od linijki, nie było szans by w środku zamieszkał jakiś Jason Voorhees, niezauważony. Sama chata przerosła jednak moje wyobrażenie. W kuchni było od cholery naczyń. Kieliszki na wódkę, szkło na piwo kraftowe (choć po zdjęciu z Żywcem nie uwierzą że takie pijam), talerze. Był grill, a na takowy nie liczyłem. Był telewizor z HDMI, idealnie umiejscowiony by zrobić swój własny festiwal filmowy. Nawet jeśli z filmów których nikt nie chciałby oglądać 😀 Była przestrzeń na boisko piłkarskie. Na końcu okazało się że jest tam nawet jeden tajemniczy pokój na parterze gdzie znaleźliśmy plastikową jaszczurkę godną bycia maskotką naszych zlotów oraz odtwarzacz DVD, czyli nawet była trzecia opcja „z czego odtwarzać filmy”, gdyby wszystkie zawiodły.

    Kwestię spania komentowałem za wiele razy, dopiszę tylko jedno. Daliście mi wiele do myślenia w sprawie organizacji. Jeśli są sugestie że ktoś nie może spać, że ktoś potrzebuje własny pokój, że ktoś chce mieć większą chatkę to postaram się załatwić w następnych latach. Widzicie, tu dochodzi prosta sprawa „prywatności”. Ja przyzwyczaiłem się że przez większość życia jej niespecjalnie potrzebowałem. W podstawówce koledzy mnie czasami opieprzali żebym nie przychodził do nich tak często, na studiach też dostawałem reprymendy żebym nie siedział w czyimś pokoju do późna bo czasami ktoś chce spać, a nie gadać ze mną… Nawet teraz mam tak że jak jadę na jakiś koncert to jeszcze zapowiadam że wpadnę do znajomych przy okazji. A nie myślę czy nie zabieram im przypadkiem cennego czasu i przestrzeni. Ja jestem osobą, która większości ludzi szczerze nie cierpi. Ale gdy już kogoś polubię, ten ktoś ma ze mną przerąbane. I organizując takie eventy to nie daję ludziom możliwości ominięcia mnie bokiem. Jak pamiętacie, pierwsza propozycja zlotu miała mieć wspólną salę noclegową, większość krzyknęła „no way”, a ja nie wiedziałem dlaczego. Teraz powolutku kumam o co biega. Rozumiem że przestrzeń może być ważna, możliwość wyspania także. Chociaż po tobie Garret nie spodziewałem się narzekań, mówiłeś że nawet jak na Antarktydzie iglo wynajmę to jedziesz 😀 A tu się boisz że drzwi łazienkowe Cię zabiją 😉

    Filmów i muzyki wstępnie nie planowałem. A sprawdziły się. Nawet gdy chciałem by leciały w tle, znalazły się osoby które je oglądały i później jeszcze mogły mi je opowiedzieć. A muzy zgodnie z założeniami nikt nie ruszał. Wszystkie gry zespołowe wspominam dobrze. To jak potrafimy „ufilmawiać” niefilmowe gry jest super. Przepraszam tylko Krysirona za Rona Jeremy, jako hasło które miał odgadnąć. Teraz już na dobre oduczyłem się dawać aktorów/aktorki z tej kategorii 😉

    Co do samego zlotu, było super. Na prawdę, strasznie szkoda nawet że widzieliśmy się tak krótko. Proponuję od razu by wydłużyć następny zlot do 4 dni. 5 to byłoby za dużo dla wątroby, ale 4 znośnie. I może w końcu właściciele domków braliby nas poważnie przy ustalaniu cen, bo gdzie nie wydzwoniłem to oni też pytali „tak krótko? to żadnej zniżki nie będzie”. Fajnie jednak że ten zlot autentycznie był bardzo filmowy, a jednocześnie nie był. Pogadaliśmy trochę o osobistych tematach, dowiedziałem się co tam u was na co dzień, rozpisałem sobie w pamięci kogo jeszcze spotkam, na jakim evencie. Cieszę się że wszystko wypaliło, a cel imprezy został osiągnięty. W końcu nie musiałem liczyć czasu jaki został między seansami czy przedzierać się przez muzykę dudniącą na filmweb offlinie żeby z wami pogadać. Nie wiem jakie będzie dokładnie tło architektoniczne, przyrodnicze czy rozrywkowe następnych zlotów, ale liczę że wszyscy obecni na pierwszej edycji, pojawią się na następnych. Wierzę oczywiście także w to że nasza liczba będzie rosła 🙂 Trzymajcie się i do zobaczenia.

    • Grifter

      Dla mojej wątroby to kiedyś nawet 7 nie byłoby problemem. Ale dziś, po konkretnej bibie muszę zrobić dzień przerwy (powiedzmy, czasami tankuję i więcej) Zestarzałem się kufa. A będzie tylko gorzej 🙁

      • Adrian Burz

        Wbrew opinii jaką roztaczam wokół siebie na podcastach i rozmowach filmwebowych, ja pijam bardzo mało. Za czasów studiów łoiłem codziennie chociaż jedno piwo, a w tygodniu całe mnóstwo napojów winopodobnych. A teraz? Może raz na miesiąc się porządnie nabzdryngolę. Ja to jestem dopiero stary 😉 Chociaż nie ma co ukrywać, mocno się spiłem na Zlocie, uznaj to jako rekomendację.

  • Snoopy

    Świetna relacja i kapitalny wyjazd! Adrian mnie namawiał, ale ja miewam mocne opory przy poznawaniu nowych ludzi – może kiedyś się przełamię. 😉 Pozdrawiam wszystkich! Fajnie zobaczyć wasze gęby – nawet jeśli nie wiem who is who.

    • Adrian Burz

      Chodzą słuchy że następny zlot odbędzie się już na naszej ziemi (czyt. województwie). Wtedy tak łatwo się nie wymigasz 😉

  • Grifter

    Chujowa ta impreza. Dobrze to by było, jak by wam zabrakło piwa, chcielibyście się wybrać do monopolowego, a tam horda wściekłych zombie broni dostępu (chodź dajmy szansę polskim realiom – szaleni fanatycy z kolejnej miesięcznicy). Albo w chuja was zrobili z tą lokalizacją i macie być posmakiem dla Przedwiecznych („Dom w głębi lasu” anyone?). Albo Garret z Adrianem urządzający innym uczestnikom „Funny Games”!

    A zresztą musiała być chujowa bo mnie nie było 😉

    A tak serio, dobra biba. Obiecuję, że kiedyś wpadnę. Kiedyś 🙂

    • Adrian Burz

      Nie ma że „kiedyś”. Jeszcze w tym roku poinformuję o zapisach na następny zlot. A jak chcesz być na bieżąco to wpadnij na filmweb offline. Tam też miałeś „kiedyś” być? ;>

    • Akurat lokacja była duchowa w pewnym stopniu. Mieliśmy być cicho i pod wieczór w piątek bodaj słyszałem śpiewy katolickie, ale do nas nikt nie zachodził, chociaż nie ograniczaliśmy się w żaden sposób.