San Francisco, mon amour – recenzja filmu „Zielona mgła” – Nowe Horyzonty 2018

San Francisco, mon amour – recenzja filmu „Zielona mgła” – Nowe Horyzonty 2018

Guy Maddin wspierany przez braci Evana i Galena Johnsonów nakręcił film w warstwie fabularnej do złudzenia przypominający arcydzieło Alfreda Hitchcocka „Zawrót głowy”. Z tym że Kanadyjczyk stworzył ten nietypowy remake nie na planie filmowym, lecz na stole montażowym. Kolaż sklejony ze skrawków filmów kręconych w San Francisco został uzupełniony o typowy dla autora „Mojego Winnipeg” humor, tak lubiane przez niego klamry narracyjne oraz tajemniczą zieloną mgłę.

W poprzednim projekcie, „Zakazanym pokoju”, maddinowski wehikuł magiczny, wykorzystując szkatułkową strukturę, kunsztowną formę i kinofilską erudycję, dostarczał ponad 2-godzinnego spektaklu wyśnionego z niemych filmów, które nigdy nie powstały bądź zaginęły w odmętach historii. Reżyserskie trio, przyjmując w „Zielonej mgle” za główną technikę realizacyjną found footage i stosując nierzadko dynamiczny montaż, słusznie ogranicza metraż do godziny. Intensywność wizji podkreśla jeszcze warstwa muzyczna imitująca symfonię zgrzytów Bernarda Herrmanna. 

Znajomość pierwowzoru z Jamesem Stewartem i Kim Novak wydaje się podstawową kompetencją dla widza tego seansu, ale nawet osoby, które jakimś cudem ominęła ta niekłamana przyjemność, pojmą ramę fabularną całości. Oczywiście Maddin nie ogranicza się li tylko do odtworzenia filmu Hitchcocka. Może to zasługa korpulentnego Anglika, który po prostu tak wybrał lokacje dla swojego filmu, ale „Zawrót głowy” to także przewodnik turystyczny i list miłosny dla San Francisco. Most Golden Gate, strome uliczki z nieodłącznymi tramwajami, muzeum Palace of the Legion of Honor, pobliski Big Basin Redwoods State Park z gigantycznymi sekwojami – jak się okazuje występowały również w wielu innych produkcjach. Przedsięwzięcie staje się zatem hołdem dla miejskiej dżungli zszytym z fragmentów kinowych uniesień.

Kiedy już wchodzimy pod skorupę filmu, okazuje się, że został on podzielony na kilka aktów. Choć historia meandruje wokół tematów poruszanych przez oryginał z 1958 roku, to zdarza jej się nagle zerwać jak taśma filmowa (dosłownie: w pewnym momencie projekcja zostaje przerwana!). Dodatkową klamrą jest bowiem metapoziom, na którym a to ktoś ogląda ten sam seans co my, a to insza persona przewija niczym w „Rozmowie” Coppoli taśmy z nagranymi dialogami lub zapisami wideo. Ku uciesze publiki zdarza się nawet tak, że zostaje puszczony nie ten materiał co trzeba i widzimy na ekranie teledysk grupy N’Sync. Innym razem ni stąd, ni zowąd podziwiamy Chucka Norrisa i jego kamienne oblicze, autentycznie niezmienną facjatę bez względu na nastrój czy sytuację. Dzięki tym zabiegom zostaje uzyskany dystans do głównego wątku kryminalnego.

W erze mashupów i YouTube Poopa być może tworzenie z kilkunastu wybranych filmów jednej spójnej całości nie robi już wrażenia. Imponuje tu jednak kwerenda materiałów i energia, jaką uzyskują połączone razem. Wygrzebane z przeszłości filmy i seriale (choćby „Gliniarz i prokurator” czy kultowe „Ulice San Francisco” z Karlem Maldenem i młodziutkim Michaelem Douglasem) pełnią rolę służebną. Niektórym dostaje się zaledwie ujęcie pasujące do danego wydarzenia z fabuły „Vertigo”. Ganianie po dachu, pościg samochodowy, kręte schodki zostają ułożone w sekwencje ruchomych obrazów pochodzących z różnych źródeł. Przypomina to zamysł Christiana Marclaya, który do trwającego 24 godziny (!) „The Clock” pożyczał z filmów jedynie sceny z zegarami.

Maddin i spółka przez część seansu wykorzystują nawet dłuższe partie filmowego tworzywa. Z tym że zostają z nich praktycznie wycięte dialogi. Postaci być może chcą rozmawiać, ale nożyczki montażystów instynktownie karcą każdy przejaw łamania niemoty medium. Era kina niemego wydaje się wracać z całą mocą. Aktorzy, usilnie próbując coś do siebie powiedzieć, w momencie otwierania ust natrafiają na cięcie montażowe. W wyniku tego tylko bezgłośnie „kłapią”, a mowa ciała mająca podkreślić wagę niespełnionej wypowiedzi zostaje jedynym komunikatem. Sceny zyskują odmienny charakter, inną energię, zamiast potoku słów zostają same spojrzenia, nerwowe gesty, miny. Efekt komiczny uzyskany dzięki eliminacji rozmów zostaje w końcu podbity przez nieoczekiwane pojawienie się pojedynczych zwrotów, zdań, wykrzykników.

„Zielona mgła” daje drugie życie zapomnianym filmidłom i klasykom. Ikoniczna blond czupryna Kim Novak zostaje przywołana przez Glenn Close z „Zębatego ostrza” Richarda Marquanda (tego samego, który reżyserował „Powrót Jedi”), Meg Ryan w „Kiedy mężczyzna kocha kobietę” Luisa Mandokiego czy Kim Basinger w „Diagnozie zbrodni” Phila Joanou. Ten ostatni film sam zresztą stanowił próbę powtórzenia fenomenu „Zawrotu głowy”, lecz efekt końcowy był mierny. Słynną scenę z „Inwazji łowców ciał” Philipa Kaufmana (produkcji będącej wszak remakiem dzieła Dona Siegela), w której Donald Sutherland z przeraźliwym wyrazem twarzy wskazuje wprost na nas, Maddin wykorzystuje do efektownego przejścia. Kamera robi najazd na jego rozdziawione usta, aktor nas połyka i niespodziewanie w mgnieniu oka lądujemy w ciemnym tunelu, wypełnionym przez stojące w korku samochody. Kolejny raz Kanadyjczyk zaczarował ekran kinowy, ucząc i bawiąc jednocześnie, za co należy mu się najwyższe uznanie.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

Zielona mgła

Tytuł oryginalny: The Green Fog

Rok: 2017

Gatunek: kryminał

Reżyser: Guy Maddin, Evan Johnson, Galen Johnson

Ocena: 3,5/5