Marzenie ściętej dłoni – recenzja filmu „Zgubiłam swoje ciało”

Marzenie ściętej dłoni – recenzja filmu „Zgubiłam swoje ciało”

2019 był bardzo dobry dla francuskojęzycznej animacji. Do najlepszych filmów tego roku należały ujmująca Marona – psia opowieść, którą w styczniu jako redakcja wyróżniliśmy Złotym Biletem, 12-minutowy short Mémorable, czyli najpiękniejszy krótki metraż tegorocznych Oscarów, oraz nominowane przez Akademię w kategorii animacji długometrażowej Zgubiłam swoje ciało Jérémy’ego Clapina, które zdobyło również Grand Prix Międzynarodowego Tygodnia Krytyki w Cannes oraz dwa Cezary: za najlepszą muzykę i najlepszą animację. W Polsce film premierował na Warszawskim Festiwalu Filmowym, a od listopada znajduje się w ofercie Netflixa.

Głównymi bohaterami Zgubiłam swoje ciało są młody imigrant Naoufel i jego odcięta dłoń – ich perypetie ukazywane są równolegle. W wątku chłopaka dominuje historia miłosna przywodząca na myśl Amelię Jean-Pierre’a Jeuneta (współscenarzystą obydwu filmów jest Guillaume Laurant) – tytułowa bohaterka dzieli z Naoufelem takie cechy jak samotność, zagubienie i nieśmiałość, zwłaszcza w stosunku do ukochanej osoby. Między uczuciowe podchody młodzieńca wplatane są jego wspomnienia z dzieciństwa, koncentrujące się na postaciach jego rodziców, formalnie wyróżnione czernią i bielą. Równolegle śledzimy losy odciętej ręki, która uciekłszy z laboratorium, wyrusza w wędrówkę po Paryżu. Podróżując ziemią, powietrzem, a nawet metrem, napotyka po drodze rozmaite trudności.

To przede wszystkim ten drugi wątek wyróżnia film Clapina spośród innych animacji. Uczynienie bohaterką dłoni pozwala mu na zaglądanie w miejsca zazwyczaj niedostępne dla ludzkiego wzroku. Najbardziej w pamięć zapada czerpiąca z horroru scena w metrze, w której ręka napotyka pod platformą peronu zgraję wygłodniałych szczurów. Na uznanie zasługują zarówno pomysłowe wykorzystanie w tych sekwencjach rozmaitych rekwizytów – takich jak puszka, zapalniczka czy parasol, które z normalnych przedmiotów zmieniają się w przebranie, broń lub środek transportu – jak i motoryka samej dłoni, czasem przypominającej drobne zwierzę, czasem nabierającej bardziej ludzkiego kształtu (np. gdy przysiada na parapecie). Czuć w tym wątku czystą frajdę twórców, która udziela się też widzowi.

Nie chodzi jednak tylko o zabawę. Gatunkowe i formalne igraszki stanowią jedynie dodatek do trzonu filmu, którym jest melancholijna podróż Naoufela przez własną przeszłość i teraźniejszość. Zgubiłam swoje ciało eksploruje dziecięcą traumę bohatera i jego obecne wyobcowanie; osnuwa na jego losach opowieść o duchowym odrodzeniu, ponownym scaleniu pokiereszowanej tożsamości, pogodzeniu się ze stratą. Poza tym, film Clapina ciekawie traktuje o doświadczaniu świata przy pomocy zmysłów, przede wszystkim słuchu i dotyku. Ten pierwszy pełni kluczową funkcję w relacji Naoufela z Gabrielle – poznają się oni, rozmawiając przez domofon w jej bloku, później chłopak nagrywa dla niej wiadomość na dyktafon. Dotyk zaś zostaje silnie sprzęgnięty z pamięcią – wyróżniona charakterystycznym pieprzykiem dłoń jest szczególnie eksponowana w retrospekcjach.

Pod wieloma względami Zgubiłam swoje ciało łączy się z Biegunami Olgi Tokarczuk. Oba dzieła równoważą wymiar ludzki (czy też proponowaną przez pisarkę w wykładzie noblowskim „czułość”) z kosmicznym, są blisko człowieka, a zarazem wpisują go w większy od niego porządek. Oba napędza wielka idea Podróży jako drogi do wyzwolenia i pełniejszego przeżywania świata. Naoufel to bohater bez korzeni, rozciągnięty między Afryką Północną, z której pochodzi, Paryżem, w którym mieszka, a Arktyką, którą się interesuje. Ten swoisty kosmopolityzm podkreślają kilkukrotnie eksponowane w filmie samoloty. Wspólne dla obu utworów jest też zafascynowanie ludzkim ciałem – u Clapina wyrażone przez wątek odciętej dłoni, u Tokarczuk przez obszerne fragmenty dotyczące anatomii, sekcji zwłok i konserwacji części ciała. W Biegunach pojawia się nawet postać Filipa Verheyena, który pisze listy do swej amputowanej nogi; bohater Clapina mógłby tak samo korespondować z ręką. Podobieństwo jest tak wyraźne, że zastanawiam się czy to przypadek, czy świadoma inspiracja.

Zgubiłam swoje ciało to także dzieło o swej własnej charakterystycznej symbolice. Przez cały film przewijają się takie wizualne motywy jak mucha, dyktafon, igloo czy astronauta – można próbować przypisywać im konkretne znaczenia, jednak nawet bez nich działają one jako swoiste nośniki tożsamości Naoufela, intuicyjnie przywołują jego stany emocjonalne, wspomnienia i marzenia. Rzadko w tak krótkim filmie (zaledwie 80 minut) spotykamy tak rozbudowany zestaw znaczących obiektów. Podobnie jak wymienione elementy, wielokrotnie powraca w filmie główny motyw muzyczny, którego autor, Dan Levy, zdecydowanie zasłużył na swojego Cezara. Jego kompozycje podkreślają melancholijny nastrój opowieści, zręcznie powtarzając ów przewodni motyw w odpowiednich momentach. Muzyka świetnie się sprawdza także w bardziej dynamicznych scenach z udziałem dłoni, w których dostosowuje się ona do tempa akcji, nie tracąc przy tym swojego charakterystycznego brzmienia.

Zgubiłam swoje ciało to film piękny i wyjątkowy, niezwykle sprawnie łączący prostotę i głębię opowiadanej historii ze złożoną strukturą narracyjną i formalnymi akrobacjami. To kolejne przypomnienie, że animacja nie jest zarezerwowana dla młodego widza, ale może na równi z filmem aktorskim służyć do wypowiedzi artystycznej. Dzieło Clapina znakomicie miesza surrealizm z melancholią, jest przy tym pełne inwencji i świeżości. To jeden z najlepszych filmów minionego roku, nie tylko animowanych.

Jędrzej Sławnikowski
Jędrzej Sławnikowski
zgubiłam swoje ciało plakat

Zgubiłam swoje ciało

Tytuł oryginalny: „J’ai perdu mon corps”

Rok: 2019

Gatunek: animacja

Kraj produkcji: Francja

Reżyseria: Jérémy Clapin

Dystrybucja: Netflix

Ocena: 4/5