Fight Club screenshot zaległości

Zaległości, czyli tak zwana "Kupka wstydu". Ten termin należy się kupionym filmom, które nawet nie zostały rozpakowane z folii, nie mówiąc nawet o obejrzeniu ich. Poczucie presji, aby jak najszybciej obejrzeć jakiś film lub serial. Ukrywać przed innymi, że jeszcze tego tytułu nie widziałeś. Nigdy tego nie czułem.

Gdy ktoś dziwi się, że czegoś jeszcze nie widziałem, to odbieram to jako komplement. Zaczynałem poznawać kino w 2007 roku, a wtedy wszystko wyglądało inaczej. Portale VoD z całego świata nie były tak popularne jak są dzisiaj. W sklepach nie można było kupić boxów reżyserskich takich twórców jak Buñuel. Nawet premiery kinowe miały opóźnienia, a czasem wyczekiwane przez nas filmy wychodziły tylko na DVD - nawet od takich twórców jak Miyazaki lub Cronenberg. W skrócie: każdy miał "Zaległości". Trudno było zapoznać się z tym, co można powszechnie uznać za "kanon". Listę filmów, które należałoby obejrzeć, by móc nazywać się kinomanem. Żeby obejrzeć filmy Chaplina musiałem ustawiać nagrywanie w magnetowidzie, bo leciały w telewizji o godzinie 1 w nocy. "Trzeciego człowieka" widziałem w Iluzjonie. Tam też zobaczyłem pierwszy, dawno nie wyświetlany w Polsce pokaz "12 gniewnych ludzi". W wersji z lektorem, ale brałem co mogłem. A gdy na rynku powiło się "Harakiri" Kobayashiego to poszedłem do sklepu i kupiłem to legendarne arcydzieło, które miało 6 głosów na filmwebie i średnią 9.4/10.

Wcześniej nie było poczucia zmieszania z powodu nie obejrzenia czegoś, bo obejrzeć "coś" trudno dostępnego nie było takie łatwe jak jest teraz. Dlatego, jeśli ktoś już widział to było to imponujące. Wtedy pod zapytaniem "Gdzie to widziałeś?" nie kryło się "Na której nielegalnej stronie ze streamami za darmo to obejrzałeś? Też chcę!". Oczekiwano normalnej odpowiedzi. A to, że często odezwą były nielegalne źródła (torrenty) to już inna historia. Zresztą, do dziś mam listę tytułów których nie idzie zdobyć legalnie, może z wyjątkiem kupienia DVD zza oceanu.

Dlatego ludzie długo dziwili mi się, że nie widziałem "Szatańskiego tanga", "Garden State" albo "Króla Lwa". Odbierałem to z uśmiechem na twarzy, bo byłem dla nich tą osobą, która widziała "wszystko". To było miłe uczucie. Cieszyłem się, że moje zaangażowanie jest widoczne dla innych, może nawet jestem dla nich przykładem, tak jak dla mnie wzorem byli ludzie mający 2500 ocenionych filmów w czasach, kiedy ja miałem 400. To był wyścig, który niósł same pozytywy. Stanowił dodatkową motywację, aby obejrzeć coś więcej. To była przyjemność odkryć coś na własną rękę, szperać w wypożyczalni DVD i zaglądać tam ponownie, by wypatrywać, czy pojawiło się coś nowego.

oczekiwanefilmy zaległości

Oczywiście, już wtedy byli tacy co czuli presję, bo oglądali "zaledwie" 10 lub 20 tytułów miesięcznie, więc wolniej im się schodziło. A przecież trzeba poznawać nowe filmy, zaraz na festiwal jechać i zdać relację, nadrobić zaległości, przydałoby się też znaleźć czas, by nie zapominać o klasyce... A ten ukochany film, który tak sobie cenicie... Cholera, trochę minęło czasu od kiedy ostatni raz go oglądałem. Przydałoby się go sobie przypomnieć... Niektórzy mają też inne zainteresowania poza filmami, więc chodzą do teatru i nie śpią, by przeczytać najnowszą powieść, o której wszyscy mówią. Wypada przeczytać, bo w końcu jest się człowiekiem obytym. Krytykiem, osobą publiczną, wszystko jedno. W ostatnich latach widzę nasilenie tego podejścia, co tylko podbijają redaktorzy nie mający o czym pisać z powodu braku weny, więc piszą o tym, że kupka wstydu im rośnie - i kiedy to wszystko obejrzeć?

chcą obejrzeć zaległości

Nie jestem fanem takich publikacji, ale odzew, który zbierają zawsze wydaje mi się interesujący. Mianowicie: wielu czytelników jest w podobnej sytuacji. Narzucają sobie ogromne tempo i mnóstwo tytułów chcą pochłonąć niemal naraz, aby obejrzeć jak najwięcej i być na bieżąco z 10 serialami, które obecnie oni oglądają. Kolejne 10 nadrabiają, zanim będą mieć premierę ich kolejne sezony. Cóż, mam nadzieję, że wciąż znajdujecie w tym frajdę, zamiast oglądać z automatu, aby coś odhaczyć. Nie mówię, że to nie jest możliwe, bo sam kiedyś oglądałem po 60+ filmów miesięcznie. Aż ludzie podejrzewali, że robię to, aby gonić za statystyką, pomijając po drodze to co ważne. Oglądajcie w takim tempie jakie wam pasuje, ale pomyślcie o tym w ten sposób:

To, że coś macie przed sobą, to znakomita wiadomość.

Nie oglądaliście jeszcze "Łowcy jeleni", "Ojca chrzestnego 2" czy "Obywatela Kane'a"? I dobrze, to są znakomite filmy, mnóstwo frajdy przed wami! Nie musicie o tym myśleć w negatywnym kontekście, ani pozwalać na to, by inni przekonywali was, że jesteście gorsi, bo czegoś jeszcze nie widzieliście. Tak między nami: obejrzenie czegoś nie jest takie trudne jak mogłoby się wydawać. A tytułów, które można polecać jest naprawdę sporo. Ostatecznie trzeba po prostu zaakceptować, że takie hobby jak film to zajęcie na lata. I zawsze będzie się mieć jakieś zaległości. To jest piękne w kinie, że gdzieś tam kryje się kolejny tytuł, który was oczaruje. Jedni mają przed sobą "Powrót do przyszłości" i "Pulp Fiction", ja mam przed sobą filmografię Abela Gance'a i Theo Angelopoulosa. Można mieć przed sobą "Babylon 5" i "The Shield", ja mam "Carnivale" i "Monster". Każdy odkrywa kino w swoim tempie, trafiając po drodze na tytuły przeznaczone tylko dla niego. Nie wiem jak wy, ale ja widzę w tym coś pozytywnego.

Garret Reza
Garret Reza
  • goandrewgo

    Garret nadal nie obejrzałeś „Inherent Vice”. Ogarnij się 🙂

    Ja po obejrzeniu (odrobieniu zaległości) „8 i 1/2” oraz „La Dolce Vita” 2 lata temu uznałem że już nie muszę nadrabiać zaległości bo nic lepszego już w życiu nie zobaczę więc jaki w tym sens? :D. Nadal nie widziałem „Fanny i Aleksander”, „Nóż w Wodzie”, „Fitzcarraldo” i paru innych takich „Opowieści Księżycowo-Tokijsko-Wydmowych” ale nawet nie chcę mi się tego oglądać pomimo że mógłbym to zrobić w każdym momencie i pewnie byłoby zajebiście. Bardziej wyczekuje nowych odmóżdżaczy niż chwytam za te stare smutne o „Wałkoniach” i o „Idzeniu i Patrzeniu”..