Kwestia zaufania – rozważania o filmie „X&Y”

Kwestia zaufania – rozważania o filmie „X&Y”

Kwestia zaufania w sztuce od zawsze wzbudza gorące dyskusje. Czy możemy ufać artyście? To pytanie, które można sobie zadać w niezliczonej ilości kontekstów. To także przewodni temat najnowszego filmu kontrowersyjnej Anny Odell, nie mniej kontrowersyjnego „X&Y”.

Szwedzka performerka w swoim drugim filmie kinowym ponownie sięga po własne doświadczenia i traumy czyniąc siebie główną bohaterką. Początkowo informuje widzów, że produkcja jest pół-dokumentem, efektem eksperymentu przeprowadzonego wspólnie ze szwedzkim bożyszczem kobiet Mikaelem Persbrandtem („W lepszym świecie”). Projekt miał polegać na zajrzeniu w głąb swojej psychiki przez bohaterów, próbie dekonstrukcji własnej seksualności i masek, które na siebie nakładają.

W ramach eksperymentu powstaje specjalne studio w hangarze, gdzie przygotowane są oddzielne sypialnie dla bohaterów, studio do nagrań wywiadów, pokój do spotkań z psychologami, jadalnia i przestrzeń wspólna. Taki entourage niechybnie przynosi na myśl “Dogville” Larsa von Triera i nie będzie to skojarzenie chybione, wszak w obu tych filmach chodzi o to by poprzez teatr spróbować odkryć to co się kryje w człowieku. By lepiej się zapoznać z różnymi aspektami własnej psychiki, Anna Odell zaprosiła ośmiu wybitnych aktorów, po czterech na głowę. Są to m.in. Jens Albinus („Idioci”), Vera Vitali („Ślepowidzenie”) i Sofie Gråbøl („The Killing”) dla Anny oraz Trine Dyrholm (“Królowa Kier”, „W lepszym świecie”, gdzie grała żonę postaci Persbrandta) i Thure Lindhardt („Pelle zwycięzca”) dla Mikaela. Każdy z nich wciela się w określony aspekt osobowości danego bohatera. Niczym w disneyowskim “W głowie się nie mieści” poszczególne “nastroje” wchodzą z sobą w interakcje, sprzeczają się, walczą i miłują, a jednocześnie wciąż się zmieniają jako strona “dominująca”.

Studio z „X&Y” vs. plan „Dogville” 

Szybko jednak zaczynamy orientować się, że zapewnienia reżyserki nie były szczere. To po prostu za dobrze wygląda, zbyt dynamicznie działa, jest zbyt przemyślane, by mógł to być efekt improwizacji. Osobną kwestią są prawne granice, które zostałby wielokrotnie złamane, ale Odell już w swoim dyplomowym „Okänd, kvinna 2009-349701” udowodniła, że niespecjalnie się nimi przejmuje. Na potrzeby tamtego projektu sfingowała własną próbę samobójczą i załamanie nerwowe, a następnie została zawieziona przez policję na psychiatryczny ostry dyżur. Dopiero kolejnego dnia przyznała się do mistyfikacji.

Reżyserowie często manipulują faktami, gdy zwracają się bezpośrednio do widza, by w jakiś sposób wpłynąć na jego odbiór filmu. Wystarczy tu przywołać wielkie indywidualne głosy polskiego kina: monolog Jagody Szelc przed „Monumentem”, gdzie reżyserka zapowiada, że w filmie wcale nie będzie wykładać oczywistej interpretacji przedstawionych wydarzeń czy zapewnienia Patryka Vegi, że jego gangsterskie produkcje są wierną ekranizacją prawdziwych wspomnień polskich mafiosów. W „X&Y” Odell posuwa się jednak dalej i wprost kłamie co do formy filmu, który oglądamy. Tu właśnie dochodzimy do pierwszego pytania „Czy możemy ufać artyście, kiedy mówi o własnym dziele”? W którym miejscu przebywa cienka granica między dziełem a komunikatem wewnątrz dzieła.

W dyskursie dotyczącym tego obrazu często pojawiają się zarzuty, że nie możemy odrzucać założeń filmu, które są nam przedstawione wprost. Ale przecież twórcy mogą konfabulować, zwodzić czy mamić. Na takich kłamstwach opierają się, chociażby wybitne mockumenty z ostatnich lat, takie jak „Co robimy w ukryciu” Taiki Waititiego czy „Houston, mamy problem!” Zigi Virca. Zatem czy jeśli jugosłowiański program kosmiczny zmienimy na własną osobowość, to nagle dokonujemy większej zniewagi dla sztuki i widza? W tym miejscu warto przywołać, niestety nieco już zapomniany „Kłamliwy dokument” Agnès Vardy, zrealizowany w 1981 roku króciutki film, w którym królowa Nowej Fali próbuje się rozliczyć z kryzysem w swoim związku z Jaquesem Demym. Podobnie jak Odell, autorka “Bez dachu i praw” wykorzystuje formę fabularnej fikcji, by opowiedzieć o sobie samej i wysłać światu komunikat. Szwedka do tej koncepcji dodała jeszcze jedną warstwę i w realizowanej fabule obsadziła w głównej roli samą siebie, realizującą właśnie tę fabułę. I tu dochodzimy do drugiej warstwy filmu – autotematyczności.

Czy można zaufać artyście, który mówi, że potrzebuje “tego czegoś” do realizacji swojej wizji? W erze #metoo co rusz światem wstrząsają skandale związane z molestowaniem i wykorzystywaniem pozycji siły przez artystów, także na planach filmowych. Gdzie kończy się akt twórczy, a zaczyna akt gwałtu? Szwedka w jednym z wątków wyśmiewa tu hipokryzję światka filmowego w podejściu do molestowania na planie. To przekonanie, że w imię sztuki można zrobić wszystko, niczym Bernardo Bertolucci inspirujący gwałt Marii Schneider. Postać Anny Odell w „X&Y” to twórczyni-despotka, głęboko przekonana o własnej wyższości, twardą ręką rządząca aktorami, a nawet producentami.

Niczym w popularnym memie reżyserka jest przekonana, że jest niczym Edoudard Frenhofer z „Pięknej złośnicy” Jacquesa Rivette’a, brutalna i despotyczna, niszcząca fizycznie i psychicznie obiekty swojej sztuki, ale jednocześnie tworząca coś wybitnego i jednego w swoim rodzaju. Jej aktorzy widzą w niej jednak raczej Damiena Cockburna z „Jaj w tropikach” Bena Stillera, ambitnego młodego twórcę, którego przerósł projekt, który miał w głowie i, który nie mogąc sobie poradzić z presją, kontrolowaniem ekipy i własną psychiką, biegnie ku samozagładzie, która uwolni zaangażowanych i pozwoli im uratować przedsięwzięcie. Ci, co bardziej cyniczni sugerują wręcz, że całe to zamieszanie jest tylko po to, by twórczyni „Zjazdu absolwentów” mogła zrealizować swoją fantazję i uprawiać seks z każdym z siedmiu zaangażowanych przez nią artystów.

Z każdym kolejnym dniem zdjęciowym, z każdym kolejnym tygodniem bez scenariusza i z każdą kolejną nocą spędzoną na wyszywaniu kuriozalnych przebrań wilków cały projekt coraz bardziej i bardziej zdaje się rozpadać i dążyć ku samozagładzie. “X&Y” stanowi jeden z najlepszych świadectw twórczej obsesji, jakie w ostatnich latach mogliśmy zaobserwować w kinie. Zatem podsumowując “X&Y” to film fabularny Anny Odell opowiadający o prowadzeniu przez Annę Odell psychologicznego eksperymentu pod płaszczykiem tworzenia filmu fabularnego “X&Y”. To ujawnia nam trzecią i ostatnią z kluczowych warstw – terapię.

Reżyserka powtarza, że w tym filmie fikcja przeplata się z prawdą, a widz nigdy nie będzie miał pewności, które jest którym. To stwierdzenie odnosi się właśnie do prywatnych spraw i psychiki Odell, która z jednej strony w niespotykany sposób się tu obnaża, zarówno swoje słabości i traumy, jak i ograniczenia. Portretuje się w niespecjalnie pozytywny sposób, jako osoba apodyktyczna, wyniosła, manipulatorska, ale też w pewien sposób ograniczona, co ujawnia się w jej rozmowach z Mikaelem, którego usilnie nazywa “samcem alfa”, jakby odbierając mu podmiotowość i skomplikowanie człowieka. Paradoksalnie to podkreślanie wad “badaczki”, które de facto na starcie uniemożliwiają jej przeprowadzenie poprawnego eksperymentu, a także dość banalne podejście do psychologii przy użyciu aktorów-aspektów, świetnie służy uniwersalności przesłania dzieła. Im bardziej ogólne są sugestie i przykłady, tym większa szansa, że widz odnajdzie w nich siebie i wyruszy wspólnie z bohaterką w desperacką podróż ku wyzwoleniu, samoakceptacji.

Już konstrukcja filmu stanowi swoisty zapis losów osoby zmagającej się z problemami psychicznymi, tak powszechnymi w dzisiejszych czasach. Na początku jest dobrze, wszystko znajduje się w miarę pod kontrolą, faza lekko maniakalna pozwala sprawiać dobre wrażenie, wraz z kolejnymi pojawiającymi się przeszkodami oraz nadchodzącymi deadlinami kontrola ucieka, a momenty obsesyjnej walki przeplatają się z chwilami apatycznego załamania. Za wszystkie cierpienia i niepowodzenia obwiniana jest część siebie, która potem musi za to ponieść karę, a desperacja przybiera na sile, chowana pod maską pewności siebie.

Przy wszystkim, co tu zostało powiedziane, trzeba też pamiętać o tym, źe “X&Y” to niezmiernie zabawny film, z perfekcyjnym komediowym timingiem, który przeplata dramatyczne momenty i autentycznie ciężkie tematy gorzkim humorem. Trudno tu nie przywołać “Dzikich historii” Damiána Szifrona, rywala “Idy” z wyścigu oscarowego w 2013 roku. Zasadniczo pokazywany w tegorocznym Froncie Wizualnym film mógłby być przerośniętą siódmą nowelą filmu Argentyńczyka, ewentualnie jego sequelem, gdyż w sposobie konstrukcji napięcia i podejściu do ludzkiej emocjonalności, oba filmy są wręcz bliźniacze.

Anna Odell stanowi jeden z najciekawszych głosów współczesnego europejskiego kina, zawsze bezkompromisowa, zawsze schowana pod maską absolutnego obnażenia. Każdy kogo fascynuje kino powinien się zapoznać z jej najnowszym dziełem, nawet jeśli miałby je znienawidzić. Bo “X&Y” to projekt niezwykle trudny w ocenie, film, który przez każdego widza może zostać odebrany całkowicie inaczej, zależnie od podejścia oglądającego do tego co się dzieje na ekranie. Od jego stosunku do twórcy i zaufania doń. Bo to wszystko jest tylko kwestią zaufania.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

X&Y

Rok: 2018

Gatunek: komediodramat psychologiczny

Kraj produkcji: Szwecja, Dania

Reżyseria: Anna Odell

Występują: Anna Odell, Trine Dyrholm, Mikael Persbrandt i inni

Ocena: 4,5/5