Król Artur na kwasie, czyli ściana cudów. Refleksje o „Wonderwall” Joe Massota

Król Artur na kwasie, czyli ściana cudów. Refleksje o „Wonderwall” Joe Massota

Rewolucja obyczajowa i kulturalna lat 60. doprowadziła do rozpadu skostniałych form brytyjskiego kina. Anglia stała się, choć na krótko, domem dla obiecujących oraz uznanych reżyserów z kontynentu, jak Roman Polański czy Michelangelo Antonioni. Również brytyjscy twórcy zaczęli poszukiwać nowych dróg ekspresji, nierzadko łącząc tradycję ze współczesnymi prądami. Przykładem takiego filmu może być „Wonderwall” Joe Massota z 1968 roku.

„Wonderwall” to opowieść o ekscentrycznym profesorze zajmującym się kontrolą jakości wody w londyńskich wodociągach. Swój czas dzieli między pracę a dom, gdzie w zasadzie dalej pracuje. Jego egzystencję, uporządkowaną i pełną wykonywanych z rytualną precyzją czynności, zakłóca wprowadzenie się nowych sąsiadów, skutkujące przypadkowym odkryciem dziury w ścianie, umożliwiającej mu podglądanie lokatorów sąsiedniego mieszkania. Przekonawszy się, że są nimi młody fotograf i aspirująca modelka, starszy człowiek zaczyna interesować się ich życiem tak bardzo, że spędza coraz więcej czasu z okiem utkwionym w szczelinie prowadzącej go do zupełnie innego świata.

Film miał premierę w Cannes w maju 1968 roku. W Anglii po londyńskim seansie premierowym nie trafił nawet do regularnej dystrybucji; przez lata leżał zapomniany na półkach (nie licząc pokazów o północy w USA) aż do czasu popularyzacji VHS, a potem DVD. W 2014 roku został wydany w pięknie odnowionej wersji na Blu-rayu. Jeśli ktoś spodziewa się, że to zakurzona, obyczajowa ramota – będzie miło zaskoczony.

„Wonderwall” jest przede wszystkim, choć to może oczywiste, wytworem swoich czasów. Już od pierwszych kadrów dostajemy wyraźny komunikat – oto świadectwo lat 1967-1968 z całym ich kolorytem, naiwnością, szaleństwem i bezkompromisowością artystyczną. Dziś wyróżniają się najbardziej (choć już nie szokują) psychodeliczne zestawienia barw, poetyka oniryzmu, surrealizm w ściśle angielskim wydaniu przyprawiony sporą szczyptą specyfiku zwanego potocznie LSD. Podczas gdy w „Odjeździe” Rogera Cormana („The Trip”, 1967) próba wizualizacji wpływu narkotyków na percepcję jest bardzo rozbudowana i zajmuje ważne miejsce w strukturze filmu (narracja to w zasadzie przygoda bohatera na tytułowym „odjeździe”), jest niewątpliwie szalona i robi spore wrażenie, w „Wonderwall” to tylko element fabuły – choć istotny, to niestanowiący całości wypowiedzi. „Odjazd” powstał w Kalifornii, a „Wonderwall” w Londynie – inna perspektywa, inne środowisko, inny ferment intelektualno-artystyczny. Angielska produkcja jest bardziej złożona niż szalony i radykalny amerykański manifest. W „Odjeździe” efekty wizualne są trochę „sztuką dla sztuki”, czystym artyzmem, a w „Wonderwall” można dopatrzeć się także uniwersalnych treści wypływających z historii, stwarzającej potencjał do takich uogólnień.

wonderwall2

Wraz z bohaterem, profesorem Collinsem, podglądamy więc młodych lokatorów londyńskiej kamienicy. Już na ulicach Londynu ich zielony samochód i barwne stroje prezentują się niczym zjawisko z innego świata. Zderzenie wyblakłego, matowego, dusznego mieszkania profesora, pełnego zabytkowych secesyjnych mebli z wypisanymi na nich cytatami z Tennysona, starych ksiąg, stosów papierzysk, gdzie niewiele jest współczesnych przedmiotów, z mieniącym się feerią barw, ostrym, kontrastowym kolorystycznie, pełnym przestrzeni mieszkaniem Penny Lane (jak nazywa się bohaterka) to następny sposób na podkreślenie niezwykłości obrazowanej społeczności. Samo mieszkanie (za jego wystrój odpowiada słynny ówcześnie duet The Fool) przypomina raczej scenografię sztuki teatralnej niż miejsce do życia. Niezwykłości dopełnia sposób, w jaki oglądamy to, co dzieje się za ścianą. Przez dziurę w ceglanym murze (ukrytą za secesyjnym malowidłem przedstawiającym śmierć króla Artura), gdy zawsze coś zasłania nam pełny ogląd sytuacji, widzimy tylko urywki, fragmenty, często nieostre, nie słyszymy nic poza głośną muzyką przebijającą się przez solidną ścianę. To niczym okno do innego świata – kolory uderzają swą ostrością, psychodelicznym zestawieniem kontrastowych barw; scenografia mieszkania pełna jest przedmiotów o zastanawiającym zastosowaniu i niecodziennym wyglądzie, ubiory przywodzą na myśl kostiumy na bal maskowy, a nie zwykłe, codzienne stroje. Muzyka intryguje egzotyką hinduskich instrumentów, wibrujących dźwięków, dzwoniących, brzęczących, wwiercających się w umysł brzmień. Kilka cegieł, a za nimi egzotyczny świat. Nic dziwnego, że pociąga on bohatera (i widza) swą odmiennością.

Nawet bardziej niż sam klimat mieszkania fascynuje profesora znajdująca się w nim dziewczyna. Grająca Penny Lane Jane Birkin nie wypowiada w filmie ani jednego słowa – zawsze obserwujemy ją albo przez mur, albo w marzeniach sennych. Tajemnicza, piękna, delikatna, niczym syrena z ryciny, jaką profesor znajduje w książce. To właśnie ona sprawia, że Collins obserwuje mieszkanie z narastającym zainteresowaniem graniczącym powoli z obłędem, coraz więcej czasu spędza przy murze, zaczyna spać przy „ścianie cudowności” i wierci w niej kolejne dziury, by być bliżej ukochanej. Bo wbrew – wydawałoby się – różnicom nie do pogodzenia, Collins czuje coś do tajemniczej modelki. Łatwo byłoby twórcom poprzestać na płytkim ujęciu tego wątku, sprowadzając aspekt fascynacji profesora młodą dziewczyną do sfery czysto fizycznej. Związek między bohaterami ma jednakże charakter platoniczny, jednostronny i bardzo idealistyczny, niczym z rycerskich romansów średniowiecznych (o których przypomina malowidło z królem Arturem). Penny Lane staje się „damą serca” Collinsa – relacja z dziewczyną staje się tak ważna, że profesor poświęca dla niej nieliczne stosunki z innymi ludźmi, i tak bardzo szczątkowe. Wchodzi w świat snów, a sny przechodzą wkrótce w jawę. W końcu Collins musi zdecydować, co dla niego ważniejsze, bo koegzystencja obu światów wydaje się niemożliwa, a profesor sukcesywnie traci kontakt z rzeczywistością (wspaniała surrealistyczna scena w miejscu pracy Collinsa to obok sekwencji marzeń sennych – z Supermanem na LSD i pojedynkiem wiertarki z papierosem – najciekawszy fragment filmu). Coraz wyraźniej rysuje się pytanie, czy dojdzie do spotkania profesora z dziewczyną i co z niego wyniknie.

Ciekawszy niż sam portret młodego pokolenia i jego kultury (jak ma to miejsce w „Odjeździe”) wydaje się jej zestawienie ze środowiskiem, z którym współegzystuje, czyli poświęcenie miejsca angielskiemu społeczeństwu połowy lat 60. Tego w „Wonderwall” zabrakło, gdyż sam profesor – choć w pewnych okolicznościach tak roztargniona postać mogłaby zaistnieć – nie jest chyba zbyt dobrą egzemplifikacją typowego Anglika starszej generacji. Refleksji na ten temat film więc unika, ale i tak mamy tu do czynienia z ciekawymi obserwacjami na temat uniwersalnego języka międzypokoleniowego. Ten werbalny sprawia kłopoty (profesor i jego młodszy sąsiad nie do końca potrafią się porozumieć, chociażby przez inne słownictwo), natomiast idealnie działa ten pozawerbalny, emocjonalny. Jakby dwie samotne dusze (Collins i Penny) wyczuwały się nawzajem (chociaż – jak pisałem wyżej – to relacja tylko w jedną stronę). Nie ulega jednak wątpliwości, że pod fasadą fikuśnych strojów i drażniącej ucho profesora muzyki („Muzyka to tylko zorganizowany hałas, a hałas to trucizna dla umysłu”, jak twierdzi) są to tacy sami ludzie, pragnący miłości, bliskości, poczucia bezpieczeństwa.

W pomysł na scenariusz zaangażowany był początkowo Gérard Brach, przyjaciel Romana Polańskiego. Wydaje mi się, że on udźwignąłby lepiej historię i bardziej uwypukliłby uniwersalne jej fragmenty niż zrobił to autor tekstu, Guillermo Cabrera Infante (to jego pierwszy scenariusz; ten kubański powieściopisarz, krytyk filmowy i tłumacz, syn komunistów, ale po długich wahaniach ostatecznie przeciwnik Castro, wyemigrował z Kuby, by napisać później scenariusz do kultowego „Znikającego punktu”). Często bowiem opowieść traci spójność, rozpływając się w pokazywaniu kolejnych ekstrawaganckich sekwencji pełnych pięknych dziewczyn. Ale biorąc pod uwagę, że sama treść jest skromna i równie dobrze mogłaby być przeznaczona do filmu krótkometrażowego, udało się podać ją w atrakcyjnej formie i nasycić całkiem obficie znaczeniami. Cabrera Infante w niezwykle ciekawy sposób porównuje kontrkulturę lat 60. z wiktoriańskim postromantyzmem, dostrzegając zaskakujące podobieństwa między tymi dwiema formacjami kulturowymi i odsyłając wielokrotnie do znajomości poezji czy malarstwa, wykorzystanych do pogłębienia rysu postaci. Dobrze też, że scenarzysta nie zdecydował się na kuszącą swą łatwością formę satyry społecznej, która po latach stałaby się po prostu nieaktualna i trudna do odczytania (jak w „The Magic Christian”, 1969, reż. Joseph McGrath), chętniej odwołując się raczej do uniwersalnych i ponadczasowych toposów.

 Choć sam film chyba nie leżał w kręgu zainteresowań Romana Polańskiego, to debiutant Joe Massot (wcześniej zrobił interesujący krótki metraż pt. „Reflections on Love”) poradził sobie całkiem dobrze. Owszem, „Wonderwall” ma swoje słabsze momenty, ale jest też kilka scen bezbłędnie zrealizowanych (marzenia senne, wszystkie surrealistyczne sekwencje, nie brak też kilku scen komicznych). Reżyser czasem pozwala filmowi płynąć, zatrzymuje się i czaruje samą stroną wizualną, zwykle jednak wie, kiedy położyć nacisk na wątek dramatyczny i popchnąć akcję do przodu. Massota interesuje więc i opowiadanie historii, i atrakcyjna forma, a składniki udaje mu się wymieszać w całkiem dobrych proporcjach. Reżyseria pozwala zatem umieścić „Wonderwall” na wyższej półce niż inne świadectwo lat 1967-1968 w brytyjskim kinie – eksperymentalny i surrealistyczny, a jednocześnie chaotyczny „Magical Mystery Tour” Beatlesów (1967, reż. John Lennon, Paul McCartney, George Harrison, Ringo Starr, Bernard Knowles).

Strona wizualna to niewątpliwie mocny punkt filmu. Przemyślane zdjęcia doświadczonego operatora Harry’ego Waxmana, nietypowe ujęcia „zza ściany”, gdy zawsze coś przysłania pełny widok, zastosowanie kolorów, różnych filtrów, sekwencje czarno-białe, tradycyjna animacja, psychodeliczne plansze wyjaśniające akcję, sceny w przyspieszonym tempie – to wszystko jest atrakcyjne i bez wątpienia różnorodne. Film broni się także dzięki głównej roli. Jack MacGowran, aktor znany z „Nieustraszonych zabójców wampirów” Polańskiego (to polski reżyser zarekomendował go do „Wonderwall”), w zasadzie powtarza kreację ekscentrycznego naukowca, ale obdarza ją dużą dozą ciepła, niewymuszonej niezdarności, dobra i humanizmu drzemiących pod pozorem kompletnej obojętności na drugiego człowieka, w wyniku czego (w przeciwieństwie do profesora Abronsiusa z „Wampirów”) Collins jest na tyle naturalny, że staje się prawdopodobny.

wonderwall 3

Nie można zapomnieć o ścieżce dźwiękowej, stanowiącej integralny element omawianego dzieła. Jej autorem jest George Harrison, członek zespołu The Beatles. Ilustracją muzyczną do „Wonderwall” debiutował jako kompozytor muzyki filmowej i trzeba podkreślić, że wywiązał się ze swego zadania znakomicie. Harrison postąpił nieszablonowo i wbrew ówczesnej modzie nie zdecydował się na wykorzystanie w filmie piosenek, a napisał oryginalną ścieżkę dźwiękową. Rozpisana na instrumenty zachodnie i orientalne, balansująca na granicy eksperymentu i improwizacji, doskonale oddaje klimat dzieła, uzupełniając barwną stronę wizualną sporą dozą dźwiękowej psychodelii. Stanowiąc świadectwo swoich czasów, gdy wpływy hinduskie stały się dość popularne w muzyce zachodniej, ścieżka dźwiękowa dobrze przetrwała próbę czasu i obok ilustracji do „More” (1969, reż. Barbet Schroeder) autorstwa Pink Floydów i „Magical Mystery Tour” Beatlesów jest jednym z ciekawszych przykładów niekonwencjonalnych i nieco zapomnianych rockowych soundtracków lat 60. Poszczególne krótkie kompozycje idealnie oddają nastrój ducha bohaterów, a także stanowią atrakcję samą w sobie, gdyż mocno zwracają uwagę widza. Dobrze koresponduje to ze sposobem budowy filmu, którego poszczególne części składowe z jednej strony istnieją jakby same dla siebie, ale z drugiej – w zaskakujący sposób dopełniają się wzajemnie, budując inne, o wiele ciekawsze dzieło.

„Wonderwall” to film, z którego warto zetrzeć kurz czasów. To dzieło udane, szczególnie jak na debiut. Psychodeliczny, awangardowy projekt artystyczny z jednej strony, a z drugiej – całkiem interesująca, uniwersalna historia. Obraz swingującego Londynu i kontrkultury połowy lat 60., do dziś świeży i wcale nie zawstydzająco naiwny jak niektóre filmy amerykańskie. Cieszący oko stroną wizualną i szanujący inteligencję widza, poprawnie wyreżyserowany i przekonująco zagrany przez doświadczonego aktora, zwracający uwagę dobrze dobraną muzyką. Może czasem jest to przerost formy nad treścią, ale formy bardzo wdzięcznej, niebanalnej i atrakcyjnej.

Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap