Po nie do końca trafionych eksperymentach, jakimi okazały się "Batman v Superman" i "Legion samobójców" studio Warner postanawia zagrać bezpieczną kartą. "Wonder Woman" to dosyć sztampowe origin story w otoczce klasycznego kina przygodowego. Bez formalnego szaleństwa, bez autorskiego sznytu, za to z wyjątkowo uroczą bohaterką, którą z miejsca zaskarbiła sobie moją sympatię. Wonder Woman, czyli Diana pojawiła się już epizodycznie w ostatnim filmie Zacka Snydera i była jednym z jego najjaśniejszych punktów. Duża w tym zasługa aktorki Gal Gadot, którą okazała się idealnym wyborem castingowym do roli wojowniczej Amazonki, dając swojej bohaterce nowe ekranowe życie. Nic zatem dziwnego, że zdecydowano się ratować zszarganą opinię filmów z DCEU jej solowym występem. Szkoda, że to tylko połowicznie udana próba.

Tytułową bohaterkę poznajemy jako księżniczkę plemienia Amazonek wychowującą się na mitycznej wyspie Temiskerze, ukrytej przez Zeusa przed światem zewnętrznym. W czasach Pierwszej Wojny Światowej przypadkowo dostaje się tam Steve -  brytyjski szpieg amerykańskiego pochodzenia (Chris Pine) oraz ścigający go Niemcy. Amazonki odpierają atak najeźdźców, dowiadując się później od Amerykanina, że na świecie szaleje wielka wojna  Diana stwierdza, że to na pewno sprawka boga wojny - Aresa, który zatruł śmiertelnikom umysły. Postanawia  rozprawić się z nim osobiście.

Już na wstępie widać, że historia nie grzeszy oryginalnością. Bohater z innych realiów, uczący się nowej, zastanej rzeczywistości to wielokrotnie eksploatowana klisza. Z tą różnicą, że w tym przypadku taką postacią jest kobieta. Gadot robi przy tym  co może, żeby nadać Supermanowi w spódnicy trochę kolorytu. Raz jest zagubioną owieczką, którą chce się przytulić, innym razem twardo stąpająca idealistką gotową bronić swoich racji, a czasem zmienia się po prostu w seksowną maszynę do zabijania. Muszę przyznać że we wszystkich tych wcieleniach jest jej bardzo do twarzy. Pomiędzy nią, a Chrisem Pine'em tworzy się też ciekawa chemia. Szkoda, że ich wątek zmierza w kierunku prostego love story, co trochę sprowadza Wonder Woman - ikonę feminizmu do roli ulegającej mężczyźnie niewiasty. Warto wspomnieć, że psycholog  William Moulton Marston twórca oryginalnej komiksowej postaci był zadeklarowanym feministą i entuzjastą kobiecej dominacji w oparciu o praktyki BDSM (prawdopodobnie stąd lasso, jako jeden z atrybutów bohaterki). W filmie wątek emancypacji jest jedynie lekko zarysowany i głównie w humorystycznym kontekście. A przecież realia I wojny światowej idealnie nadawałyby się, by nieco mocniej uderzyć w patriarchalny model władzy. Zresztą historycy także będą kręcić nosem, bo twórcy postawili tu aż nadto wyraźny podział na złych Niemców i dobrą resztę świata, co w przypadku tego konfliktu jest ogromnym przekłamaniem. Szkoda, bo niejednoznaczność w tej kwestii lepiej współgrałaby z osią scenariusza. Schematy i uproszczenia są zdecydowanie największą bolączką tej produkcji. W pewnym momencie filmu formuje się coś na kształt zróżnicowanej etnicznie drużyny. Do naszej bohaterki i Steve'a dołącza się między innymi szkocki snajper w kilcie czy Indianin, wysyłający sygnały dymne. Zastanawiam się czemu to miało służyć, jeśli nie utrwalaniu stereotypów? Nawet zestawienie świata greckich mitów z naszą rzeczywistością wypada topornie i mało przekonująco. Znacznie lepiej z tym połączeniem poradziła sobie konkurencja z Marvela, choćby w pierwszym "Thorze", gdzie nordyckie wierzenia sprytnie wplecione zostały w całość świata przedstawionego, jako element innej galaktyki. W Przypadku "Wonder Woman" nie pozostaje nam nic innego, jak coldridge'owskie   wolicjonalne zawieszenie niewiary.

Przymknijmy więc na to wszystko oko i przyjmijmy, że te przerysowania to celowe zabiegi, mające upodobnić konstrukcję fabularną do wczesnych komiksów z lat 40 i 50 XX wieku. Z takim podejściem nawet absurdalnie diaboliczni antagoniści czy całkowicie kiczowaty finałowy pojedynek, przestaną tak bardzo razić.   Pozostanie porządna, nieskrępowana rozrywka w konwencji klasycznego kina awanturniczo-przygodowego, które od czasu do czasu przypomina sobie, że jest także kinem superbohaterskim. Jesteśmy więc świadkami, jak Diana robi radosną rozpierduchę ze średnim CGI, ale koniecznie w akompaniamencie slow motion, które ku uciesze widzów, podkreśla jej wdzięki, potęgując doznania estetyczne. Być może dostrzeżemy też jak Elena Ayana jako Dr Maru bawi się swoim emploi, chowając część zniekształconej twarzy za cielistą maską, co może odrobinę kojarzyć się  z jej ostatnim występem u Pedro Almodovara.

Może po prostu po napuszonym lecz stylowym "Batman v Superman" i chaotycznym, ale niepozbawionym charakteru "Legionie samobójców" liczyłem, że ludzie odpowiedzialni za DCEU mają ambicje serwować coś więcej, niż odgrzewane kotlety. Wyniki box office sugerują jednak, że lepsze znane mięso nawet niepierwszej świeżości, niż całkowicie nowa potrawa, która może być ciekawym doznaniem dla podniebienia. Cud-kobieta życzy smacznego!

Grzegorz Narożny

Wonder Woman


Rok: 2017

Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Twórcy: Patty Jenkins

Występują: Gal Gadot, Chris Pine i inni

Ocena: 3/5