Krwawy obóz – recenzja filmu „W lesie dziś nie zaśnie nikt”

Krwawy obóz – recenzja filmu „W lesie dziś nie zaśnie nikt”

„W lesie dziś nie zaśnie nikt” szumnie i mylnie reklamowany jako „pierwszy polski slasher” stał się jedną z pierwszych premier, które trzeba było przenieść z uwagi na zamknięcie kin. Przedłużająca się pandemia koronawirusa zmusiła producentów i dystrybutora do trudnej, acz rozważnej decyzji, żeby swój film udostępnić widzom już teraz na Netflixie, który zresztą współfinansował produkcję. Czy wreszcie doczekaliśmy się udanego kina gatunkowego?

Dla tych, którzy uważnie śledzą karierę Bartosza Kowalskiego, nie było zaskoczeniem, kiedy ogłosił swój nowy projekt. Już stworzone we współpracy z Showmaxem Zacisze, 15-minutowy utrzymany w komediowym tonie straszak z Piotrem Cyrwusem i Iwoną Wszołkówną, jasno dawał do zrozumienia, w jakie rejony może zawędrować młody reżyser. Po bardzo poważnym, utrzymanym w hanekowskiej chłodnej tonacji debiucie Placu zabaw, twórca zapragnął odmiany i spełnienia marzeń z dzieciństwa. Jak podkreśla w wywiadach – od zawsze kochał horrory, naoglądał się ich na kasetach wideo multum, więc postanowił przenieść tradycję zza oceanu na polski grunt. W lesie dziś nie zaśnie nikt miał być od początku hołdem dla slashera. Wbrew kampanii promocyjnej filmu, w naszym kraju mieliśmy już próby realizacji tego podgatunku (choć skrajnie nieudane) jak Legenda Mariusza Pujszy czy Pora mroku Grzegorza Kuczeriszki, zaś Piotrek trzynastego Piotra Matwiejczyka był li tylko parodią.

Wejdźmy wreszcie w ten ciemny bór. W lesie dziś nie zaśnie nikt zaczynamy od sceny mającej miejsce przed zdarzeniami właściwej fabuły. Listonosz dociera do chatki pośród kniei i jak nietrudno się domyślić, spotyka go tam nieszczęście. Od początku wiemy zatem, że w piwnicy chałupy kryje się jakieś monstrum. To z nim będą musieli zmierzyć się śmiałkowie, którzy zboczą z duktu. A może zło samo upomni się o biwakowiczów?

30 lat później do tego samego lasu przyjeżdża autokar wypełniony młodzieżą. To uczestnicy survivalowo-wędrownego obozu Adrenalina. Celem wyjazdu jest odseparowanie ich od technologii i internetu. Bycie offline to zresztą jedna z sił napędowych slashera. Kiedy powstawały czołowe dzieła podgatunku, nie było wszak komórek czy tabletów, teraz głusza nie wystarczy – trzeba pozbawić przyszłe ofiary ich okna na świat. Brak zasięgu to wytrych, a nie środek. Kowalski to wie, więc odbiera dzieciakom komunikatory już na samym początku, żeby zminimalizować szansę na pomoc z zewnątrz. Za tym idzie oczywiście ograniczenie liczby bohaterów z całej kolonii do małej grupy. Będziemy śledzić zmagania piątki młodziaków wspieranych przez odważną i rozsądną, jak się wydaje, wychowawczynię Izę (Gabriela Muskała).

Nasza wesoła kompania składa się – jak przystało na slasher- z osób, których portrety psychologiczne są namalowane z użyciem skrótów i archetypów. Zosia (Julia Wieniawa) ma chmurne lico, brudne włosy, ciuchy po starszym bracie, unika kontaktu z innymi, ciągnie się za nią jakaś rodzinna tragedia z przeszłości. To typowa outsiderka z teen dramy, a w tej sytuacji predestynowana do bycia final girl. Czy Kowalski zagra nam na nosie i będzie inaczej? Drugą dziewczyną jest Aniela (Wiktoria Gąsiewska). Wprowadzona na ekran w zwolnionym tempie lalka Barbie, blondwłosa nimfa w kusych spodenkach, instagramowy ideał. Kamera imitując wzrok chłopców będzie seksualizowała jej ciało, a scenariusz podkreślał jej zachowanie ślicznego i niezbyt lotnego dziewczątka, które jednak zna siłę swoich wdzięków i umie je wykorzystać. Kolejnych dwóch bohaterów, Daniel (Sebastian Dela) i Bartek (znany z Królewicza Olch Stanisław Cywka), będzie musiało poczekać aż ekspozycyjne dialogi i ich działanie odsłonią kim naprawdę są. Na ten moment możemy ich nazwać osiłkiem i ONR-owcem.

Najlepiej napisaną postacią, za którą warto trzymać kciuki, jest Julek (Michał Lupa – mignął wcześniej w Ataku paniki). To nieatrakcyjny, niewysportowany okularnik. Wygląda jak młody Przemysław Wojcieszek. Już noszona przez niego koszulka zdradza, że interesuje się grami komputerowymi. Chłopak spełnia się też jako chodząca encyklopedia fabuł megahitów Polsatu. To jego dialogi i rady dla reszty grupy kradną serce. Wymienia towarzyszom choćby sześć reguł łamanych nagminnie przez przyszłe ofiary w slasherach albo przywołuje statystykę świadczącą o tym, że w Polsce ginie 15 tysięcy ludzi, z czego ⅓ w lasach. Przede wszystkim ma w sobie sporo ikry, jego nerwowość może się chwilami udzielić widzom, a rozsądek wynikający z popkulturowej świadomości budzi szacunek.

Obozowicze po długiej wędrówce w końcu rozbijają namioty nieopodal jeziora, gdzieś w środku puszczy. To tutaj zaczyna się ich tragedia, a nasza uciecha. Nieco wcześniej Kowalski wprowadził już lekki niepokój w ich sercach i umysłach, podrzucając im ciepłe jeszcze truchło jelenia, dając do zrozumienia, że ktoś patrzy zza drzew. Więcej z fabuły nie zdradzę. Zerknijmy teraz do produkcyjnej kuchni, a konkretnie do działu mięsnego. Morderstwa, przy niskim budżecie i szybkim tempie realizacji (tylko 23 dni zdjęciowe), wyglądają naprawdę dobrze. Większość z nich widzimy szczątkowo, ale dla fanów gore, flaków i przelewanej hektolitrami krwi znajdzie się tu trochę atrakcji. Twórcy zadbali, żeby kolejne zbrodnie były pomysłowe i różnorodne, choć oczywiście w annałach kina grozy znajdziemy bardziej wymyślne zgony. Największą frajdą dla wyjadaczy będzie, rzecz jasna, wyłapywanie podczas seansu nawiązań do znanych horrorowych motywów. Narzucające się od razu skojarzenia z Piątkiem, trzynastego i Krwawym obozem, jego pierwowzorem spod ręki samego Mario Bavy, a także takich klasyków jak Wzgórza mają oczy, Teksańska masakra piłą mechaniczną czy Toksyczny mściciel z Tromy będą ustępować z czasem kolejnym z mniej popularnych dzieł. Wasze myśli powędrują być może ku takim slasherowym smaczkom jak Uśpiony obóz, Droga bez powrotu, Tuż przed świtem czy Płomienie.

W trakcie seansu W lesie dziś nie zaśnie nikt nie brakuje momentów wywołujących uśmiech na twarzy. To oczywiście nieobowiązkowa cecha slashera, ale jednak gros z najważniejszych filmów korzystało równie chętnie ze śmiechu, co z przemocy i świńskiej posoki. Czarny jak bezgwiezdna noc humor wydobywa się tutaj z różnych sytuacji i zachowań bohaterów, bywają niestety również nazbyt rubaszne żarciochy, pachnące zgnilizną i stereotypizacją znaną z kabaretów. Jednych rozbawi, mnie nie za bardzo, ekscentryczny szef obozu z wadą wymowy grany z dezynwolturą przez Wojciecha Mecwaldowskiego. Innym radość sprawią takie dowcipne makabryczne miniatury jak kura wydziobująca oko „temu misiu”, cytat z Fargo i buty księdza czy odblokowanie smartfona uciętą kończyną. Dla pamiętających dobrze pierwsze Psy Pasikowskiego pod koniec znajdzie się także co nieco.

Słówko o realizacji. Jest ona raczej sprawna, jednak nie jestem fanem zbyt żółtych zdjęć – zwłaszcza w scenach we wnętrzach. Spore wątpliwości występują na poziomie dźwięku, dodatkowo dochodzą problemy z dykcją Wiktorii Gąsiewskiej, której prawie nie słychać. Piękną robotę wykonał za to Radzimir Dębski, czyli popularny Jimek. Ścieżka dźwiękowa stworzona przez niego jest pełna niespodzianek, m.in. motywów kojarzących się z klasycznymi pozycjami takimi jak Halloween Carpentera czy Suspiria Argento. Kompozytor poszedł jednak dalej, używając arcyciekawych instrumentów takich jak kokoriko, suka biłgorajska, bullroarer (czurynga), a potem miksując to z odgłosami wydawanymi przez piłę, kości, dzięcioły czy sowy.

Brakuje mi w filmie Kowalskiego jakiegoś lokalnego kolorytu, dzieje się to wszystko nieco w próżni, wszędzie i nigdzie. Zbyt uniwersalnie, zbyt łatwo. Wybaczyłbym tu nawet grubą kreskę, gdyby nagle pojawiła się wiejska gawiedź z widłami czy szalony myśliwy-wilkołak, ale nic z tego. Więcej wariackiej energii miał Pokot Holland, nie mówiąc już o Dzieciach umarłych z poprzedniej edycji Nowych Horyzontów. Filmowiec kurczowo trzyma się konwencji, nie zbacza ze ścieżki poprzedników. Tło społeczne zostaje tu jedynie naszkicowane, scenarzyści bliżej mają do zrzędliwych felietonistów Wyborczej czy Na temat niż do osób rzeczywiście zainteresowanych powiedzeniem czegoś o współczesnej Polsce.

Problemy, jakie sygnalizuje W lesie dziś nie zaśnie nikt, są raczej publicystyczną błahostką niż rzeczywistym zainteresowaniem. Wspomina się choćby o  urodzinach Hitlera wyprawianych przez dwóch lokalnych pijaczków, o niemocy policji wobec politycznych układów oraz o jadzie polskiego kleru względem mniejszości seksualnych. Ten ostatni wątek wykazuje największy potencjał. Grający księdza Piotr Cyrwus ma zresztą gigantyczną szansę zostania polskim Nicolasem Cagem. Również przy jego bohaterze, Kowalski staje w pół drogi. Zamiast zrobić z niego pełnoprawny szwarccharakter pozostaje tylko sygnalistą trawiącej polski Kościół trucizny. Sparafrazowane słowa arcybiskupa Michalika o pedofilii płynące z ust tego wiejskiego kapłana pozostają tylko zapowiedzią eksploatacyjnej gry, jaką mógł podjąć twórca, ale tego nie zrobił. Publicystka zresztą ciąży bardziej niż pomaga tej historii. Dochodzi do niej seria niepotrzebnych retrospekcji z życia Zosi-Wieniawy i pochodzenia zła wcielonego, bez których zostałoby kilka minut więcej na zbudowanie relacji między postaciami i przeciągnięcie nieco nadchodzącej krwawej łaźni tak, żeby nam zależało na kimś poza Julkiem.

Wydaje się, że sam Bartosz Kowalski z lubością przegląda się w stworzonej przez siebie postaci geeka jak w lustrze. To obraz jego własnych fascynacji filmami grozy, od gotyckich opowieści z dreszczykiem Hammera po Krzyk Wesa Cravena i Dom w głębi lasu Drew Goddarda, bawiący się konwencją i wywracający ją do góry nogami. Szkoda zatem, że reżyser Placu zabaw nie odważył się na większe ryzyko. Znając prawidła podgatunku, co W lesie dziś nie zaśnie nikt udowadnia na każdym kroku, miał szansę pójść o wiele dalej. Wydaje się, że w wielu przypadkach zabrakło szaleństwa, kolokwialnie mówiąc „pojechania po bandzie”. Oczywiście to nadal fajnie odrobiona praca domowa. Dobrze, że podjęto próbę, która jest sprawna warsztatowo i dostarczająca sporej uciechy (choć jak słyszę z różnych zakamarków internetu nie wszystkim). Następnym razem jednak musimy już liczyć na więcej. Bo jak przystało na slasher i tutaj ciąg dalszy nastąpi…

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
dziś w lesie nikt nie zaśnie plakat

W lesie dziś nie zaśnie nikt

Rok: 2020

Gatunek: horror

Kraj produkcji: Polska

Reżyseria: Bartosz Kowalski

Występują: Julia Wieniawa, Michał Lupa, Wiktoria Gąsiewska i inni

Dystrybucja: Netflix

Ocena: 3/5