Kochać to także umieć się rozstać – recenzja filmu „Van Goghi” – Sputnik

Kochać to także umieć się rozstać – recenzja filmu „Van Goghi” – Sputnik

Film Van Goghi Siergieja Liwniewa opowiada o trudnej więzi ojca z synem. Początkowo miała to być opowieść o relacji z matką, tak ważnej w życiu każdego, ale roszada się opłacała. Ci, którzy mieli już przyjemność obejrzeć rosyjski komediodramat, zgodnie twierdzą, że Daniel Olbrychski spełnia się w roli egoistycznego i niesamodzielnego starszego pana.

Wiktor to uznany na arenie międzynarodowej dyrygent chóru. Zdecydowaną większość dorosłego życia poświęcił na budowanie kariery. Jest też mało odpowiedzialnym rodzicem, który za młodu stale opuszczał swoją pociechę, a teraz kwestią czasu jest, że zniknie na zawsze. Relacja leciwej „Waszej Wysokości” z latoroślą, pieszczotliwie nazywanym przez ojca Pticynem, nie rozwijała się przez lata. Jak tylko zwaśniona dwójka ma okazję się spotkać, niewiele dzieli ich od kłótni, w której nikt tak naprawdę nie zostaje wysłuchany. Syn od ciągłej niezgody pod jednym dachem, wolał wynieść się jak najdalej. Zamieszkanie w Izraelu nie zmieniło tego, że przez całe jego życie to apodyktyczny ojciec pociąga za sznurki.

Podniszczona rezydencja na Łotwie trafi wkrótce na sprzedaż, jak tylko właściciel posiadłości otoczony kunsztownymi antykami odejdzie z tego świata. Wykwintny anturaż przestronnego, ale pustego lokum Wiktora wzbudza nieprzyjemne odczucia. Pan domu też ma dość tego chłodu i usiłuje manipulacją ściągnąć syna do siebie. Podstarzały jegomość żali się na Bogu ducha winną opiekunkę – Irinę, że go to niby źle traktuje. Możemy tylko snuć domysły, skąd wziął się egocentryzm u Wiktora i mylne przekonanie o własnej wielkości – nigdy nie będzie powszechnie rozpoznawalny jak stąpający przed nim po ziemskim padole wielcy twórcy. Mężczyzna prawdopodobnie wyniósł z własnej rodziny podobny wzorzec postępowania, w którym ciągła gonitwa za sukcesem i pracą prowadzi do zaniku więzi rodzinnych. Maestro dostrzega jak przez mgłę, że najbliższe otoczenie darzy go szacunkiem i z wyrozumiałością podchodzi do jego uchybień. Samolubny geniusz jest nieświadomy przykrych konsekwencji swoich decyzji dla syna, choć sam poszkodowany nie daje za wygraną tak łatwo i nie podaje w wątpliwość słuszności decyzji koniec końców ukochanego taty i jedynej namiastki rodziny, jaką kiedykolwiek miał.

Stary maestro niemal do samego końca wierzy, że ważniejsze od podtrzymywania więzi rodzinnych jest zapewnienie ciągłości linii rodowej. Cała nadzieja tkwi w ponad 50-letnim Marku, który nie traci nadziei, że znajdzie swoje miejsce na świecie. Ojciec zainspirował podopiecznego do własnych twórczych poszukiwań. Zawirowane życie rodzinne sprawia, że Pticyn nie jest w stanie spłodzić własnego potomka, a jego dziedzictwem w dorosłym życiu są różne instalacje ze sznurków. Artysta nie poprzestaje na rozmontowaniu dekoracji składających się na wystawy, tylko pozwala duszy swoich splecionych dzieł przejść na kolejne pokolenia po ponownym wyczarowaniu nowej osobliwości z kłębowiska węzłów, które nasilają odczucie, że bohater się dusi. Wewnątrz każdego supła zawiera się pamięć o bólu w samotności, rozpacz bezsilności, ale też wspomnienie o ulotnych chwilach spędzanych z tatą, czy też o odzwierciedlającym pragnienie prostoty jarmarcznym ludku ze sznurka, który pozwalał mu zasnąć spokojnie. Umiejętność przeplatania sznurków pozwala zwisającym z sufitu plecionkom odradzać się jak Feniks z popiołów, co z kolei pozwala instynktownie wierzyć, że wszystko się jakoś ułoży.

Najlepiej w filmie wypadają sekwencje ukazane dowcipnie, wprowadzające ożywienie do ukazanych literalnie treści. Irina najpierw była asystentką “z bonusami”, potem została gosposią “bez bonusów”, aby skończyć jako niania, a wieczorami pisze książkę „Jak wytrzymać z geniuszem”. Pierwsza scena serwuje nam iście wisielczy humor. Oto podczas próby samobójczej Marka z użyciem pętli dzwoni do syna jego staruszek. Brawurowy występ Daniela Olbrychskiego ożywia miejscami niemrawą i nieporadną fabułę. Świetnie prezentują się interakcje ojca z synem czy to podczas kłótni, gdy aktorom puszczają hamulce, czy w scenie na plaży, w której zawiera się niewysłowiony smutek. Obraz matki bohatera jest taki, jaki maluje przed oczami syna jego ojciec i w miarę jak wichrzyciel rodu „dogasa”, wyjaśnia się tajemnica zniknięcia wielkiej nieobecnej. Niestety dokładane z czasem kolejne zależności rodzinne nie angażują emocjonalnie i wieje tu nudą. Z prawdziwą ulgą widz przyjmuje wtedy możliwość zanurzenia się w kolejnym, drobiazgowo odmalowanym etapie więzi rodzicielskiej.

Sedno tej opowieści o borykaniu się ze znalezieniem bliskiej osoby i siły w sobie, by zmagać się ze skomplikowaną sytuacją rodzinną, zainspirowało samo życie, a ono ponoć pisze najlepsze historie. Van Goghi będą seansem spełnionym dla miłośników rodzinnych perturbacji ukazanych w fotograficznym ujęciu, rzetelnie portretujących proces budowania poczucia własnej wartości na drodze do szczęścia.

Anna Strupiechowska
Anna Strupiechowska

Van Goghi

Rok: 2018

Gatunek: dramat obyczajowy

Kraj produkcji: Lotwa / Rosja / Wielka Brytania

Reżyser: Siergiej Liwniew

Występują: Aleksiej Sieriebriakow, Daniel Olbrychski, Jelena Korieniewa i inni

Ocena: 3/5