Ciemna strona macierzyństwa – recenzja filmu „Tully”

Ciemna strona macierzyństwa – recenzja filmu „Tully”

Owoce współpracy scenarzystki Diablo Cody z reżyserem Jasonem Reitmanem rozrosły się właśnie do trylogii. W każdym ze wspólnych projektów podejmują problematykę dojrzałości do pewnych życiowych decyzji, odpowiedzialności lub jej braku, a przede wszystkim kobiecego spełnienia poprzez macierzyństwo. Jednak to dopiero w “Tully” najbardziej konserwatywna feministka Hollywood oddaje prawdziwy hołd wszystkim utrudzonym matkom.

To jeden z tych projektów, gdzie osoba scenarzysty jest ważniejsza od reżysera, który pełni tu raczej rolę rzemieślnika. Można powiedzieć, że kariera Cody jest przykładem spełnienia amerykańskiego snu. Była striptizerka, laureatka Oscara za scenariusz do “Juno”, obecnie matka trójki dzieci, raczej unikająca blasku fleszy. Jej scenariusze, zwłaszcza te do filmów Reitmana, są bardzo osobiste i stanowią odbicie kolejnych etapów przebytej życiowej drogi. Jak sama twierdzi, pisząc czuje się bardziej obnażona, niż kiedy pracowała pokazując ciało. Przyglądamy się kolejno rezolutnej, neurotycznej ciężarnej nastolatce w “Juno”, egocentrycznej, brzydzącej się dziećmi trzydziestoparolatce, która mentalnie nigdy nie opuściła liceum, w “Kobiecie na skraju dojrzałości”, wreszcie fizycznie i psychicznie wyczerpanej gospodyni domowej w “Tully”.

Marlo (Charlize Theron) to, zdawałoby się, typowa przedstawicielka amerykańskiej klasy średniej. Poznajemy ją w zaawansowanej ciąży, kiedy spodziewa się trzeciego dziecka. Życie, które z pozoru wygląda na rodzinną sielankę, jest w rzeczywistości dalekie od ideału. Niezdiagnozowane problemy emocjonalne kilkuletniego syna, kłopoty finansowe, wiecznie nieobecny, lub zainteresowany przede wszystkim konsolą, mąż, zbliżający się poród oraz szalejące hormony, tworzą w niej mieszankę wybuchową. Twórcy kontrastują to z obrzydliwie bogatą rodziną jej brata, dobitnie ukazując, że zasobny portfel jest uniwersalnym lekarstwem na wszelkie trudy życia. W geście dobrej woli brat proponuje zasponsorowanie siostrze pomocy tzw. nocnej niani, kobiety, która zajmowałaby się nowonarodzoną pociechą, podczas gdy mama mogłaby wreszcie odpocząć. To, co początkowo wydaje się ekscentryczną fanaberią, w obliczu depresji poporodowej, staje się pożądaną opcją. W efekcie, pewnego skrajnie wyczerpującego wieczoru, do drzwi Marlo puka tajemnicza Tully i zmienia jej świat.

Reitman formalnie bardzo ciekawie ogrywa kluczowe momenty zawiązujące akcję. Poród i pierwsze chwile po nim zrealizował w postaci kilkuminutowej sekwencji przywodzącej na myśl odwrócone montaże treningowe znane z filmów sportowych. Tu efekt jest odwrotnie proporcjonalny do wykonanej pracy. Wnikliwie, ale bez przesadnego dramatyzmu, obserwujemy doprowadzenie protagonistki na skraj przepaści.

Trudy bycia matką to coraz chętniej podejmowany przez kino motyw, ale najczęściej bardzo powierzchownie i w czysto komediowej tonacji. Ukazanie bezradności pełni zazwyczaj rolę gagu, a sprawę załatwia butelka wina lub wypad z przyjaciółkami na miasto. Chociaż podobne elementy pojawiają się też w “Tully”, to zgłębia problem kompleksowo, jednocześnie nie udając, że jest czymś więcej niż feel good movie.

Ogromna w tym zasługa obsady. Największą siłą filmu jest bez wątpienia kreacja Charlize Theron, która po raz kolejny uległa metamorfozie, specjalnie do roli przybierając na wadze około 20 kg. Jednak nie chodzi tylko o fizyczne poświęcenie aktorki, ale przede wszystkim umiejętność zbudowania tak wiarygodnej bohaterki. Tam gdzie film idzie trochę na łatwiznę, Charlize swoją grą dodaje mu autentyzmu. Jej Marlo to kochająca matka i wyrozumiała żona – “na pozór silna dziewczyna, a w środku ledwo się trzyma”, jak głosi znany internetowy mem. Theron jest tu rewersem swojej postaci z “Kobiety na skraju dojrzałości”. Mavis Gary z tamtego obrazu to pogrążona we własnym egoizmie kobieta, która w ten sposób maskuje depresję. Marlo robi to samo, tyle że zatracając się w obowiązkach domowych. Jedyną jej chwilą wytchnienia jest skryte wieczorne oglądanie reality show o żigolakach.

Drugim najjaśniejszym punktem jest tytułowa Tully. Postać Mackenzie Davis (której nazwisko zasłużenie zaczyna się liczyć w branży) to mariaż lolity z psychoterapeutką. Inteligentna młoda niania jest dla Marlo jak balsam dla ciała i duszy. Nie tylko pozwoli jej zaczerpnąć nieco snu opiekując się niemowlęciem, ale podczas wspólnych rozmów uświadomi bohaterkę na temat jej własnych potrzeb i pozwoli wrócić myślami do czasów przeminionej szalonej młodości. Przy okazji zasypie encyklopedycznymi ciekawostkami w każdej dziedzinie. Rano oddali się ukradkiem, zostawiając po sobie miłe wspomnienia, wysprzątane mieszkanie i upieczone babeczki dla dzieci do szkoły. Jest tak perfekcyjna, że aż wzbudza podejrzenia.

Nić porozumienia między kobietami, oddana poprzez rewelacyjnie napisane dialogi, to jedna z najlepiej zbudowanych kobiecych więzi jakie od dawna widziałem w kinie. Prawdziwy womance, czyli odpowiednik męskiego bromance’u. Dzięki temu nawet naiwne rozwiązania scenariuszowe, sprowadzające całość do czegoś bliskiego baśni, nie były w stanie popsuć mi seansu.

“Tully” nie jest ani skomplikowanym dramatem, ani zwariowaną komedią. Nie zapisze się też w historii kina wielkimi literami. To skromne, niedoskonałe dzieło, z widocznym sundance’owym rodowodem, potrafi jednak poruszyć nie tylko borykające się z nadmiarem obowiązków kobiety, ale każdego, kto ma w sobie wystarczająco empatii. To film, po którym poczułem potrzebę powiedzenia żonie prostego “dziękuję”.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny
Tully

Tully


Rok: 2018

Gatunek: dramat, komedia

Reżyser: Jason Reitman

Występują: Charlize Theron, Mackenzie Davis, Ron Livingston i inni

Ocena: 4/5