Top10 – najlepsze filmy 2017 roku

Top10 – najlepsze filmy 2017 roku

2017 rok przyniósł kinomanom mnóstwo pytań, lecz mało odpowiedzi. Daje się bowiem wyczuć schyłek pewnej epoki. Z jednej strony potężna ofensywa serialowa, pozyskująca coraz większą publiczność, przede wszystkim dzięki systematycznie podnoszonej jakości. Z drugiej – coraz większy udział w rynku platform streamingowych, pomijających kinową dystrybucję, co wywołało burzę np. podczas festiwalu w Cannes. W Hollywood często powracano do sprawdzonych marek, reanimując i redefiniując wcześniej wykreowane schematy. Jednocześnie kolejne oskarżenia o molestowanie zatrzęsły fundamentami „fabryki snów”. Poza Ameryką również wiele się działo – świat nadal się rozszerza, co pozwala na eksplorowanie całkowicie egzotycznych rynków filmowych. Oszałamia wielość narracji, tak różnie przedstawiających rzeczywistość. 
Na szczęście udało nam się znaleźć kilka fantastycznych tytułów wzbudząjących zachwyt, niekiedy oburzenie, a na pewno fascynację. Cieszy przekrój produkcji przedstawionych w zestawieniu, ponieważ to świadectwo bogactwa, jakie mimo narastającego kryzysu, wciąż można odnaleźć na ekranach kin. Przejdźmy zatem do najlepszych 10 filmów w 2017 roku według Pełnej Sali:

10. Cmentarz wspaniałości

Cmentarz wspaniałości

Kino Apichatponga Weerasethakula uchodzi za nieszablonowe, głęboko uduchowione i mistyczne, a w dodatku przesiąknięte pewnego rodzaju egzotyką, która może utrudniać odbiór europejskim widzom. Niemniej jego najnowszy obraz jest wyjątkowo przystępny, czego w żadnym wypadku nie należy traktować jako przytyk. Utrzymany w stylu slow cinema, „Cmentarz wspaniałości” nieustannie hipnotyzuje widza, przyciągając go swoją gęstą atmosferą i niepowtarzalną aurą tajemnicy. Można to porównać do emocjonującej podróży w nieznane, podczas której pozornie nie dzieje się nic spektakularnego, ale każdy kolejny krok, każda poznana osoba, czy odkryty przedmiot, mają w sobie głęboko skrywaną tajemnicę. Twórca słynnego „Wujka Boonmee, który potrafi przywoływać swoje poprzednie wcielenia” stara się z różnych perspektyw zgłębić dualistyczną – cielesną oraz metafizyczną – naturę człowieka. W tym celu zgrabnie zaciera granicę między snem a jawą. Weerasethakul kreuje poruszający obraz, w którym nic nie jest pewne, a każda z postaci ma do opowiedzenia swoją własną niepowtarzalną historię. Film absolutnie jedyny w swoim rodzaju.

Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż

9. Śmierć Ludwika XIV

„Śmierć Ludwika XIV” Alberta Serry nie wymaga od dystrybutorów i recenzentów dłuższych opisów fabuły. Nie pozostawia też złudzeń co do zakończenia historii, pozwalając skupić się na tym, co istotne dla twórcy. Ale czy na pewno ten stetryczały i gderliwy starzec w brzydkiej peruce i niedokładnie wykonanym makijażu to wielki autorytarny władca Francji, Król Słońce, autor słynnych słów „Państwo to ja”, inicjator wielu wojen i wybredny esteta? Czy to możliwe, że te małe, ciemne pomieszczenia to pełen przepychu i bogactwa Wersal? To wszystko nie ma dla katalońskiego reżysera-neomodernisty znaczenia – nie znajdziemy w jego dziele ani postępowych reform, ani kontrowersyjnych decyzji. Ważny jest człowiek, jego cierpienie i powolne, odarte z piękna umieranie. W obliczu śmierci, Król Słońce niczym nie różni się od biedaka. Mimo sztabu doradców, lekarzy i służących, nie jest w stanie stawić czoła gangrenie. Jak przystało na wzorowego reprezentanta nurtu slow cinema, obraz Serry nie jest łatwy w odbiorze – powolną agonię władcy obserwujemy w długich, nużących ujęciach. To jednak właśnie one sprawiają, że film tak głęboko dotyka, odciskając na widzu niezatarte piętno. Tym, co świadczy o wybitności „Śmierci Ludwika XIV”, jest również życiowa kreacja Jean-Pierre’a Léauda. Najdłużej panującego władcę Francji zagrał aktor-legenda, symbol francuskiej Nowej Fali, ikona tamtejszej kinematografii niemal we wszystkich fazach jej rozwoju. Miejmy nadzieję, że to nie jest swoiste fin de siècle dla belle époque kina kraju nad Sekwaną.

Krystian Prusak
Krystian Prusak

8. Wojna o planetę małp

Wojna o planetę małp

Jak na letni blockbuster, wyjątkowo mało w „Wojnie o planętę małp” bezmyślnej bieganiny, popisów kaskederskich, wielkich jak kamienica eksplozji. Matt Reeves, który odpowiadał także za poprzednią część zliftingowanej małpiej franczyzy, i tym razem uciekł od stempla wysokooktanowego kina rozrywkowego. Ta zgrzebna wizja, przywodząca na myśl najlepsze dokonania kina wojennego, urzeka jednak na wielu poziomach. Ostateczna rozgrywka między niedobitkami ludzkiej rasy a inteligentnymi małpami, zostaje zabarwiona cytatami wizualnymi i tematycznymi z „Dział Navarony” Thompsona, „Wielkiej ucieczki” Sturgesa, „Mostu na rzece Kwai” Leana, a przede wszystkim „Czasu Apokalipsy” Coppoli. Scenarzyści drugiej odsłony mieszali antyczną tragedię z „Folwarkiem zwierzęcym”. Tym razem idą jeszcze dalej, wrzucając do kotła, oprócz wspomnianych pozycji filmowych, również motywy biblijne. Cezar (którego od lat dzięki technologii motion capture ożywia Andy Serkis – Akademio gdzie Oskar?), przywódca rozumnych szympansów i goryli, staje się wedle ich wizji Mojżeszem, wyprowadzającym lud wybrany z Egiptu do ziemi obiecanej (Kaanan). Zaś sekwencje obozowe łączą wydarzenia opisane w Księdze Wyjścia z drugowojenną męką Żydów. W konflikcie podniesionym do rangi walki o przetrwanie jednej rasy kosztem drugiej, pułkownik, stojący na czele ludzi, jawi się jako połączenie opętanego Kurtza i okrutnego klawisza więziennego. Pod maską bezdusznego kata postać grana przez Woody’ego Harrelsona kryje dużo więcej rozterek, niż by się początkowo wydawało. W takim duchu trzeba postrzegać całość filmu; w końcu w kinie zemsty nie chodzi tylko o wyrównanie rachunków i krwawy odwet, ale o znalezienie ukojenia dla zbolałej duszy.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

7. Zło we mnie

Oz Perkins jako aktor ginął zazwyczaj w oceanie epizodycznych ról. Któż by się spodziewał, że będąc reżyserem pokaże pazury. Na Neflixie można oglądać I Am the Pretty Thing That Lives in the House” – film o nawiedzonym domu, okraszony atmosferą rodem z opowiadań Edgara Allana Poego. Jednak to jego debiut, równie mroczne, a jeszcze bardziej niejednoznaczne Zło we mnie, jest dziełem wybitnym. Mamy do czynienia z pozornie zwyczajną historią trzech młodych dziewczyn, spędzających ferie z dala od rodziny. Dwie w internacie, jedna w podróży. Już od pierwszych scen podejrzewamy, że coś jest nie tak i wcale nie oglądamy zwyczajnej obyczajówki”. Tutaj nawet dialogi tętnią grozą, gdy w otwierającej sekwencji Kat (świetna Kiernan Shipka) kieruje swoje słowa do czegoś, co znajduje się poza zasięgiem naszego wzroku. Później klimat tylko gęstnieje, przede wszystkim dzięki klasycznemu potęgowaniu poczucia strachu. Wszakże od kiedy taśmowo zaczęto wykorzystywać efekt zwany jump scare, kino grozy raczej nastawiło się na chwilowe atakowanie widza za pomocą sprawdzonych sztuczek. Zło we mnie jest tymczasem filmem, w którym poczucie niepokoju jest obecne bez przerwy. Wygrywa nie tylko jako reprezentant gatunku. Jest dziełem nieszablonowym moralnie, uczącym myślenia poza schematami. Motywacje bohaterów są odkrywane bardzo powoli, byśmy nadążyli za ich tokiem rozumowania. Składa się to na niespieszny, ale uzasadniony w każdym aspekcie utwór. I jest przede wszystkim strawny – absorbuje uwagę widza, przyciąga tajemnicą, posiada przemyślaną narrację. Cieszę się, że mimo iż późno, dotarł do polskich kin.

Adrian Burz
Adrian Burz

6. Zabicie świętego jelenia

Źle się dzieje u państwa Murphy. Z pozoru ich losy odzwierciedlają mieszczańskie fantazje o dobrze sytuowanej rodzinie, lecz pozorna idylla jest wyprana z jakichkolwiek emocji. Zdegenerowana relacja małżeńska Stevena (Colin Farrell) z Anną (Nicole Kidman), apatia dzieci, a dodatkowo czające się za węgłem fatum pod postacią pałającego zemstą Martina (Barry Keoghan). Świat przedstawiony w „Zabiciu świętego jelenia” przypomina zdesakralizowaną wersję księgi Hioba. Nie ma już jednak instancji, przed którą zbłąkany człowiek mógłby paść na kolana i prosić o wybaczenie. Można również dopatrzeć się w filmie wielu nawiązań do antycznej tragedii, a zwłaszcza „Ifigenii w Aulidzie” Eurypidesa. Fatum ciąży nad głową Stevena i tylko ofiara jest w stanie uwolnić go od bezlitosnych Eumenid. Cienka jest w tym filmie granica pomiędzy banałem a geniuszem. Wprawdzie w trakcie seansu Lanthimos umiejętnie wwierca się w ludzką percepcję, chwyta prezentowaną przemocą za gardło i nie pozwala chociaż na chwilę odetchnąć od dusznego klimatu, niemniej jednak po czasie pozostaje wrażenie bycia oszukanym. Jak gdyby został zaprezentowany spektakl pełen kuglarskich sztuczek. Reżyser pieści inteligencję widza, na tacy podrzucając odniesienia do innych tekstów kultury. Ubiera się w szaty demiurga przyglądającego się z boku upadkowi ludzkości. Bezrefleksyjnie szermuje patosem. Rozpościera swą opowieść na ogromnej skali, nie przyjmując nawet do wiadomości, że może fałszować. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że ma się do czynienia z dziełem, które będzie jeszcze długo omawiane. Może i został zastosowany przez twórcę szantaż emocjonalny trudny do zaakceptowania, ale w tym przypadku warto poddać się syndromowi sztokholmskiemu.

Marcin Kempisty
Marcin Kempisty

5. Sieranevada

„Sieranevada” to zrealizowana z zegarmistrzowską precyzją wiwisekcja rodzinnych relacji. Film Cristiego Puiu z jednej strony wiele mówi o rumuńskich narodowych tradycjach, a przy tym jest bardzo bliski każdemu, kto kiedykolwiek doświadczył rodzinnych spędów. Kiedy wczujemy się już w atmosferę panującą podczas spotkania, trzy godziny upłyną niepostrzeżenie. Na największe uznanie zasługuje reżyserski talent Puiu do prowadzenia aktorów i ucho do genialnych, naturalnych dialogów. Całość wygląda często jak dokument rejestrujący faktyczny zjazd familijny. Nie odczuwa się, że wszystko zostało misternie zaplanowane w długich ujęciach i choreograficznie dopięte na ostatni guzik. Najczęściej z perspektywy przedpokoju, niby ukradkiem, zaglądamy do poszczególnych pomieszczeń, przysłuchując się burzliwym dyskusjom na przeróżne tematy. Zbudowano to na wzór komediowych gagów, lecz śmiech szybko więźnie nam w gardle, kiedy zdajemy sobie sprawę, że kamera to lustro w przedpokoju, a my, niczym publiczność gogolowskiego „Rewizora”,  śmiejemy się z samych siebie. Kto nie brał udziału w podobnych jałowych dyskusjach z rodziną, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

4. Blade Runner 2049

blade runner 2049

Villeneuve już na wstępie pokazuje, że nie ma zamiaru poprawiać Scotta, a jedynie dopełnić jego wizję. „Blade Runner 2049” traci kameralny wydźwięk oryginału na rzecz rozbudowy świata przedstawionego. Akcja często ucieka od zurbanizowanych przestrzeni do wielkich połaci syntetycznych plantacji, czy ruin Las Vegas, w których odbijają się echa dawnej świetności. Lokacje, scenografia, kompozycja kadru, gra światłocieniem i temperaturą barw udowadniają wielki talent operatorski Rogera Deakinsa oraz potwierdzają, jak wielkim estetą przywiązanym do szczegółów jest reżyser. Nie zapomina on przy tym, co w cyberpunku najważniejsze, czyli o rozważaniach na temat istoty człowieczeństwa. Co nas definiuje jako ludzi? Czym różni się maszyna od człowieka? Sam główny wątek to w większości mozolnie prowadzone kryminalne śledztwo, co podkreśla noirowy rodowód opowieści.  Nawet jeśli scenariusz ma słabsze momenty, są one skrzętnie ukryte poprzez hipnotyczne prowadzeniem akcji.  Twórcy nie boją się przeciągać scen, dając widzowi w spokoju kontemplować kadry, czy skupiać na naznaczonej cierpieniem twarzy Goslinga. Niedzielnych odbiorców może to uśpić czy odrzucić, ale miłośnicy arthouse’u spod znaku slow cinema będą usatysfakcjonowani.  Zabieg raczej niespotykany w hollywodzkich superprodukcjach za kilkaset milionów dolarów. Bez wątpienia jeden z najlepszych filmów science-fiction ostatnich lat.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

3. Serce z kamienia

serce z kamienia

W swoim pełnometrażowym debiucie, Guðmundsson zabiera na mroźne pustkowia Islandii, gdzie w surowej scenerii niewielkiej rybackiej osady, prezentuje jeden z najpełniejszych i najciekawszych historii o dojrzewaniu, jakie do tej pory zaserwowało nam światowe kino. Przedstawiając świetnie zarysowane postaci dzieci, które przez większość czasu są zdane same na siebie, twórcy portretują szerokie spektrum charakterów, temperamentów czy wreszcie preferencji seksualnych, dopiero ujawniających się na wczesnym etapie dojrzewania. Oczywiście, jak w każdym filmie z motywami LGBT, jedną z najważniejszych kwestii staje się temat akceptacji inności. Bohater boryka się z dylematem, jak realizować siebie, jak odpowiadać na własne potrzeby wśród członków niewielkiej społeczności, gdzie pewne schematy myślenia są silnie zakorzenione. Fenomen islandzkiego filmu nie polega na odkryciu zupełnie nowych prawd o świecie. Po prostu w tym filmie wszystko „zagrało” tak, jak powinno. Wybitne role młodych aktorów pozwoliły z olbrzymią wrażliwością opowiedzieć historię, pozwalającą zrozumieć, co czują tak młodzi ludzie w najtrudniejszych momentach swojego życia. Reżyser znakomicie oddaje ducha codziennej walki o bycie sobą w świecie, w którym każdy pokornie wpisuje się w wyznaczone dla niego społeczne role. „Serce z kamienia” to piękne i niepowtarzalne studium dziecięcej psychiki, serwowane przez uzdolnionego debiutanta. Z pewnością jeszcze nie raz o nim usłyszymy.

Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż

2. La La Land

La La Land

Damien Chazelle zdobył sławę przed kilku laty za sprawą swojego świetnego, acz niepozbawionego wad, filmu „Whiplash”. W 2017 roku powrócił  do tematu poświęcenia i ofiary, jaką musimy ponieść na ołtarzu naszych ambicji. „La La Land” okazał się dużo dojrzalszym i bardziej spełnionym dziełem, niż poprzednie produkcje reżysera. Często nawiązując do klasyki kina, w szczególności „Parasolek z Cherbourga” i „Casablanki”, Chazelle przedstawił uniwersalną opowieść o konflikcie miłości z planami i marzeniami. Musical, któremu w warstwie znaczeniowej dużo bliżej do „Przeminęło z wiatrem”, niż „Deszczowej piosenki”, ujął sposobem połączenia, teoretycznie skrajnie różnych, strategii. Klasyczny w formie i zrywający z większością prawideł gatunku, pełny tańca i kolorów, opowiada o odrzucaniu iluzji, łącząc w sobie jednocześnie hołd, epitafium i brutalną satyrę na Hollywood – zarówno na początki Fabryki Snów, jak i jej współczesny obraz. Ta mnogość znaczeń i scenariuszowa karkołomność zdobyły nasze serca i umysły. Na osobne wspomnienie zasługuje rewelacyjna warstwa techniczna obrazu. Pomysłowe i piękne zdjęcia Linusa Sandgreena, pełne nowoczesnych zagrań, takich jak udawane mastershoty, a następnie przefiltrowanych przejaskrawionymi kolorami stylizowanymi na lata 50., tworzą magiczną i imponującą mieszankę. Także muzyka autorstwa przyjaciela reżysera – Justina Hurwitza, jest jedną z najlepszych rzeczy, jaka przydarzyła się gatunkowi w XXI wieku. Wielokrotnie powtarzający się motyw „City of Stars”, początkowo jako symbol nadziei i afirmacja potęgi młodości, potem symbol końca i nieuchronności straty, a w finale potężna nostalgiczna bomba, ostatecznie wyrażająca przesłanie całości. „La La Land” to film, który niewątpliwie zapisze się w historii kina.

 

Marcin Prymas
Marcin Prymas

1. Manchester by the Sea

Manchester By The Sea

Zwycięzcą zestawienia okazała się produkcja, która po pierwszych sześciu miesiącach 2017 roku również znalazła się na szczycie naszego topu. Nie powinno to nikogo dziwić, wszak „Manchester by the Sea” jest prawdziwym fenomenem, łączącym hollywoodzką estetykę z wieloma zabiegami zapomnianymi przez współczesne amerykańskie kino. Kenneth Lonergan potrafił zbudować niesamowicie poruszający dramat bez używania tanich, grających na emocjach sztuczek, stroniąc od podawania widzowi na tacy wszystkich wewnętrznych rozterek bohaterów, nie korzystając z dróg na skróty, a także nie siląc się na szczęśliwe zakończenie za wszelką cenę. Zamiast tego, opiera swój film na poruszającej kreacji Caseya Afflecka. Mimo że widać, jak głęboki kryzys przechodzi, wszelkie trudne emocje stara się ukryć przed otaczającym go światem. Nie sposób wyciągnąć od bohatera słowa prawdy. Fascynujące jest obserwowanie, jak inni starają się przebić wybudowany przez mężczyznę mur milczenia. Utożsamiając się z postacią Lee Chandlera, zadajemy sobie mnóstwo pytań, zastanawiając się, co sami zrobilibyśmy w obliczu przedstawionych bolesnych sytuacji. Największym atutem dzieła Amerykanina jest fakt, że reżyser nie udziela odpowiedzi na żadne z nich. Tworzy wielki film, dający okazję do zderzenia się z własnymi myślami, nie proponując na siłę żadnych gotowych rozwiązań.

Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż