34. Warszawski Festiwal Filmowy – redakcyjny top 10

34. Warszawski Festiwal Filmowy – redakcyjny top 10

Przez dziesięć dni sala kinowa była nam drugim domem i magicznym wehikułem, dzięki któremu przenosiliśmy się do do innego świata, dotykaliśmy problemów, radości i pragnień tak odległych, a bliskich nam ludzi. Nadszedł więc czas na wyłonienie dziesięciu najlepszych filmów tej niezwykle udanej, 34. edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Możecie wierzyć na słowo, że spory były zacięte, ale uwieńczone kompromisem. Oto top 10 tegorocznego WFF według redakcji Pełnej Sali.

10. „High Life” (reż. Claire Denis)

High Life

Robert Pattinson wyrusza w kosmos rakietą zaprojektowaną przez Claire Denis. Perspektywa eksploracji gwiezdnej przestrzeni to tylko pretekst. Francuska reżyserka zapuszcza się powtórnie w głąb ludzkich potrzeb, pochylając się nad ich producentem – ciałem. Denis lubi preteksty. W filmie „Głód miłości” opowiedziała w konwencji horroru o nieudanym eksperymencie, tylko po to, by przeciwstawić sobie czułość i seksualność, jako dwie sprzeczne, a jednak idące w parze reakcje. „High Life” ma podobny punkt wyjścia. Też mamy konwencję, naukowe tło, lecz to wszystko bzdury. Podprowadzają nas do tematu i naszym zadaniem jest porzucenie ich. Ten film wszakże kuleje fabularnie, lecz artystycznie wręcz przeciwnie. Twórczyni po nieskładnym scenariuszu rozrzuca bałaganiarsko spostrzeżenia, ocierające się o cały wachlarz organicznych potrzeb. Te doświadczenia byłyby jałowe, gdyby nie atmosfera filmu. Klaustrofobia, jaką wywołuje wnętrze ciasnego statku, działa spójnie z napięciem seksualnym odczuwanym przez jego rezydentów. Daje się odczuć, że wszyscy muszą się tam dusić, pocić, ale również w powietrzu unoszą się ich feromony, oddziałując na zmysły. Widzowi ma prawo udzielić się ta intymność. Jeżeli nie jest zamknięty na transgresję, z ekranu wyleje się nań mieszanina niepokoju i podniecenia.

Adrian Burz
Adrian Burz

9. „Koleżanka” (reż. Jung Dae-gun)

Korea Południowa często kojarzy się z konserwatyzmem jako kraj, w którym młodzi ludzie pozostają pod silnym wpływem rodziców, nawet kiedy już dawno osiągną dorosłość. Oczywiście władza rodzicielska jest tam silniejsza niż w bliższym nam zachodnim kręgu kulturowym, jednak w ostatnim czasie i tam obyczaje ulegają złagodzeniu w sposób typowy dla krajów dynamicznie rozwijających się gospodarczo. Jednym ze zjawisk społecznych z tego wynikających są związki bez zobowiązań. Produkcja w dojrzały sposób adresuje coraz powszechniejszą niechęć nowych pokoleń do obowiązków. Nie stara się być moralizatorska, realistycznie przedstawia myśli i zachowania podzielane przez wielu młodych ludzi. Każdy może odnaleźć w filmie trochę własnych obaw i doświadczeń. Dodatkowo dialogi są pełne humoru, który – jak twierdzi reżyser – w dużej części pojawił się spontanicznie podczas pracy na planie. Czasami brakuje mi w polskiej kinematografii równie luźnego i bezstronniczego podejścia do istotnych społecznie tematów.

Ania Grudziąż
Ania Grudziąż

8. „Motyle” (rec. Tolga Karaçelik)

plakat

To film podszyty absurdem rodem z „Latającego cyrku Monty Pythona” z nutką dojmującej goryczy. Obraz Karaçelika nie działałby tak dobrze, gdyby nie barwne, wyraziste charaktery postaci. Choć cała trójka bohaterów to wewnętrznie pogruchotane wraki, każdy z nich przywdziewa inną maskę, żeby ten ból ukryć. Dzięki temu z zainteresowaniem obserwuje się tarcia między nimi i przerzucanie się żartami, które przez nadwrażliwych mogą być uznane za niestosowne. Kino drogi będące ciągiem uzdrawiających konfrontacji trójki neurotyków to niejedyne atrakcje, jakie ten obraz nam serwuje. Cel podróży zostaje osiągniety zadziwiająco szybko, co pozwala wybrzmieć równie fascynującym bohaterom drugoplanowym i sprzyja przyjrzeniu się, w krzywym zwierciadle, małej społeczności tureckiej wioski. Karaçelik w swoim dziele udowadnia, że często najlepszą reakcją obronną wobec ludzkiej bezradności związanej ze sprawami ostatecznymi  jest śmiech. Poczucie humoru i umiejętność abstrakcyjnego myślenia to coś, co w pewnym stopniu definiuje nas jako ludzi i może okazać się niezwykle pomocne w przełknięciu każdej gorzkiej pigułki.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

7. „Rzeka” (reż. Emir Baigazin)

rzeka plakat

„Rzeka” stanowi zwieńczenie „trylogii Aslana” kazachskiego reżysera Emira Baigazina. Od początku kariery zgłaszał on akces raczej do malarzy kina niż tych, którzy operują dialogiem czy zgrabną intrygą. W nagrodzonym w Wenecji filmie nie porzuca swojego stylu i tka z obrazów niezapomniany całun. Baigazin nader chętnie posługuje się symbolami i zamiast wykładać swoją filozofię w rozbudowanych scenach dialogowych, woli pozostawiać interpretację odbiorcom. Jedną z kwestii, jakiej dotyka film, jest wychowanie, portretowane tu z surowością godną „We władzy ojca“ braci Taviani. Reżysera interesuje jednak nie tylko to zagadnienie. Sięga po odwieczny konflikt Natura – Cywilizacja, tu bardziej funkcjonujący jako starcie tradycyjnego pojmowania stanu rzeczy z tym reprezentowanym przez ponowoczesne społeczeństwo. Osadza bowiem akcję na zupełnym pustkowiu, gdzieś na stepie, z dala od miast, zgiełku, problemów współczesności. Jedynym urozmaiceniem monotonnego krajobrazu jest pełna zgubnych wirów rwąca rzeka – kwintesencja niepowstrzymanego wodnego żywiołu. Ta ziemia nie należy do człowieka, to domena Natury. Jedyną enklawą w okolicy pozostaje małe gospodarstwo zamieszkałe przez małżeństwo z piątką synów. Figura matki zostaje sprowadzona do roli służebnej. Tymczasem głowa rodziny, srogi niczym starotestamentowy Bóg, wystawia swoje dzieci na próbę. Od świtu chłopcy muszą pracować w pocie czoła, a każde ich uchybienie względem ustalonego porządku karane jest chłostą. Wprowadzona bez większego przygotowania postać mknącego na hoverboardzie i nierozstającego się z tabletem kuzyna z miasta to dla widza, jak i bohaterów szok kulturowy.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

6. „Upadek amerykańskiego imperium” (reż. Denys Arcand)

upadek amerykańskiego imperium plakat

Kanadyjski reżyser uraczył nas już „Schyłkiem amerykańskiego imperium” (nagroda FIPRESCI w Cannes) i „Inwazją barbarzyńców” (Oscar dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego), a jego najnowsze dzieło prezentowane w Toronto i na Warszawskim Festiwalu Filmowym zostało pomyślane jako ostatnia część trylogii. To nietypowa seria, bo poszczególne części są luźno powiązane z resztą. Tak naprawdę każda opowiada o innym zjawisku czy zbiorze problemów. Arcanda interesuje przede wszystkim zmieniająca się dynamika ludzkich zachowań, dlatego praca nad nieformalną trylogią musiała trwać tak długo. Wybór takiego, a nie innego tytułu sugeruje, że doświadczony filmowiec pokazuje reżimowi Mamony żółtą kartkę. I ma ku temu powodów bez liku. Dysproporcje między bogaczami a resztą obywateli zwiększają się każdego dnia. Na ulicach przybywa bezdomnych, a ceny rosną bez końca. Gazety co rusz donoszą o machlojkach światowej finansjery, o koncernach zwalniających masowo pracowników i przenoszących produkcję do państw azjatyckich. Kapitalizm dawno splajtował. „Upadek amerykańskiego imperium” pozostaje produkcją ku pokrzepieniu serc, która nie rozpływa się w pluszu i słodkościach, ale stara się zauważać bolączki ery po kryzysie gospodarczym w 2008 roku. Na wielu polach pozostaje skrajnie antypaństwową baśnią o tym, że nie zawsze praworządnością i uczciwością można osiągnąć słuszne cele.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

5. „Ziemia” (reż. Babak Jalali)

Akcja dzieje się w rezerwacie Prairie Wolf, a skupia wokół rodziny Denetclaw, rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. Ciężko jest nie popaść w życiowy marazm, kiedy jesteś obywatelem drugiej kategorii, a jednocześnie jakby się temu wzbraniać obywatelem Stanów Zjednoczonych. Bo chociaż łączy ich przynależność plemienna, nie różnią się oni niczym od reszty społeczeństwa. W samochodzie wożą kasety z amerykańską muzyką, oglądają wieczorami w telewizji „Bonanzę”, a ich całe życie dzieje się poza granicami rezerwatu, gdzie jest praca oraz napoje wysoko- i niskoprocentowe. Jednocześnie Indianie mają głęboką dumę: kiedy przychodzi chwila pogrzebu Floyda, a żołnierze uroczyście przynoszą trumnę na umówione wcześniej miejsce na granicy rezerwatu, starszy brat niedbale ściąga z niej amerykańską flagę, po czym po odmowie przyjęcia jej z powrotem przez dowódcę kładzie narodowy symbol na ziemi. Jak podkreśla Mary, jej syn nie zginął za kraj, lecz podczas pracy. Nic dziwnego, że tak kurczowo trzymają się swojej odrębności. W końcu czują się zaszczuci przez lokalną, białą społeczność, z którą stosunki mają co najwyżej poprawne. Wiedzą, że są dla nich jedynie tanią siłą roboczą i stałym rynkiem zbytu właścicielki monopolowego. „Ziemia” pokazuje, jak umierają zepchnięci na margines społeczny Indianie i ich kultura, jednak nie wszystko jest tam jedynie czarne. Wciąż istnieją ludzie nietracący wiary w sens życia tacy jak Mary czy Ray, ciągle są biali gotowi wyciągnąć pomocną dłoń i jest otwarte zakończenie niepozwalające na całkowitą utratę nadziei.

Ania Grudziąż
Ania Grudziąż

4. „Zdecyduj się” (reż. Liina Trishkina)

Trzydziestoletni Eric jest całkiem szczęśliwym singlem. Wieczory spędza na alkoholowych libacjach z kolegami, za dnia zarabia na nie na budowie. Wszystko zmienia się, kiedy mężczyzna dowiaduje się, że na dniach zostanie ojcem. Zmagająca się z depresją była dziewczyna mężczyzny jest z nim w dziewiątym miesiącu ciąży. Psychiczne problemy, samotność, potrzeba ułożenia sobie życia sprawiają, że kobieta nie chce być matką. Czy Eric jest w stanie z dnia na dzień stać się samotnym ojcem? A może dziecku lepiej będzie u rodziny zastępczej? Możemy tu zaobserwować pełne podporządkowanie formy treści. Często niedoświetlone ciasne kadry mieszkania, jaskini Erica, kontrastują z bielą i przestronnością szpitala czy sali sądowej. Protagonista – chociaż wie, że postępuje słusznie – to, zwłaszcza na początku, boi się i wstydzi swojej sytuacji. Zwłaszcza, że przyzwyczajone do kulturowego toposu przywiązania matki do dziecka społeczeństwo także nie wie, jak się zachować. Bohater szybko staje się niezmiernie samotny i niezrozumiany, chowa się w mroku, unika otwartych przestrzeni, które zostają widzowi skojarzone z czyhającym zagrożeniem. „Zdecyduj się” to wyciszone kino obyczajowe. Tytułowa decyzja zostaje podjęta dość szybko, można wręcz powiedzieć, że bez zastanowienia, i obraz skupia się na jej konsekwencjach. Obserwujemy prozę dnia codziennego w małym mieszkanku w bloku pod miastem. Reżyserka odrobiła lekcję od Roberta Bentona i jego wybitnej „Sprawy Kramerów”, zatem w żadnym momencie nie znajdziemy tu pościgów po gzymsie czy ukrywania się przed uzbrojonym napastnikiem w wannie. Debiutująca Liina Trishkina zdaje sobie sprawę, że ludzi dotyka najbardziej to, co jest im bliskie i realne, a opowieść przedstawiona w tej produkcji mogłaby się wydarzyć wszędzie i każdemu z nas.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

3. „Diabeł morski” (reż. Phuttiphong Aroonpheng)

Aroonpheng używając złożonych metafor pokazuje lęk Tajów przed trudnym do opanowania napływem imigrantów. Masowy grób, odnaleziony przez rybaka, jawi się jako pozostałość po Rohingja uciekających z Birmy, by ratować życie. Bohater obdarza zaufaniem rannego, pozwalając mu się zasymilować z rodowitymi mieszkańcami wioski. Thongchai na swój sposób nadużywa jednak dobroci gospodarza, żyjąc z jego byłą żoną jak ze swoją własną. Lęk zastąpienia obrazuje groteskowa i przywołująca na myśl słynne sceny z „Zawrotu głowy” Hitchcocka metafora zmiany koloru włosów. Co się jednak może stać, gdy Tajowie zauważą, jak głęboka nastąpiła asymilacja uchodźców? Czy pozwolą im koegzystować jak równy z równym? A może przerażeni odsuną, odrzucą i odeślą ich z powrotem? Azjatycki reżyser, korzystając ze sprawdzonych tropów swojego rodzimego mistrza Apichatponga Weerasethakula, tworzy frapujące i bardzo aktualne dzieło, tak odległe od europejskich filmów podejmujących analogiczny temat. Nie serwując prostych odpowiedzi, wciąga widza w hipnotyzującą podróż po tajlandzkim lesie opłakującym zmarłych. A drzewa tylko po cichu szepczą, że dawni żeglarze bali się krwiożerczych, potwornych mant nazywanych diabłami morskimi, które spokojnie posilały się planktonem. Te diabły narażone są teraz na wyginięcie.

Krystian Prusak

2. „Ruben Brandt, kolekcjoner” (reż. Milorad Krstić)

plakat

Bohater cierpi na przedziwną przypadłość. Otóż we śnie nawiedzają go postacie ze słynnych dzieł sztuki. I tak np. infantka Małgorzata z obrazu Diego Velázqueza próbuje odgryźć mu rękę, Wenus Sandro Botticellego chce utopić go w morskiej głębinie, a Podwójny Elvis Andy’ego Warhola strzela do niego z rewolweru. Surrealistyczne wizje zaczynają męczyć Rubena także na jawie, przez co popada w coraz większy obłęd. Reżyser ubarwił tę historię arcyciekawą konstrukcją świata przedstawionego, który zamieszkały jest przez postacie rodem z kubistycznego okresu twórczości Pabla Picassa. Oprócz malarstwa w ich charakterystyce pełno też odniesień do kina. Różnorakie nawiązania idą w tysiące i znajdują się właściwie w każdej pojedynczej klatce filmu. Animacja słoweńskiego artysty Milorada Krsticia to prawdziwa uczta nie tylko dla kinomanów, ale przede wszystkim miłośników szeroko pojętej sztuki. Reżyser, także malarz, od podstaw stworzył i tchnął życie w świat, który oddycha sztuką w każdej możliwej formie. Korzysta z całego ogromnego dorobku: od antycznych arcydzieł, przez sztukę współczesną, po popkulturę. To rozpędzony do granic możliwości rollercoaster cytatów oraz nawiązań opakowany w formę całkiem sprawnego kryminału i heist movie.

1. „Łagodna obojętność świata” (reż. Adilchan Jerżanow)

plakat łagodna obojętność świata

Jak zwykle u Jerżanowa akcja zostaje osadzona na kazachskiej prowincji. Trzy dekady po upadku komunizmu więzi międzyludzkie nadal są tu w powijakach. Gdy w tym równaniu pojawia się jeszcze pazerny kapitalizm, przyszłość zwykłych obywateli nie rysuje się różowo. Rodzina Saltanat po nagłej śmierci jej ojca wpada w poważne tarapaty finansowe. Dług osiąga astronomiczne 300 tysięcy dolarów – przeliczając na lokalną walutę (tenge) zadłużenie idzie w miliony. Dziewczyna na prośbę matki wyrusza po pożyczkę do wpływowego stryja, mieszkającego w mieście. W podróży będzie towarzyszył jej Kuandyk, osiłek pracujący w okolicy, który skrycie kocha się w przyjaciółce. Wszystkich, którzy spodziewają się, że z powyższego zestawu powstaje melodramat ze społecznym zacięciem, muszę rozczarować. Reżyser, choć opowiada o poważnych kryzysach i wystawia swoich bohaterów na pokuszenie, obiera zupełnie inną strategię. Korzysta ze sprawdzonej w debiucie formuły. Absurd łączy z dawkami przemocy. Smutną rzeczywistość portretuje realistycznie, choć chętnie wprowadza smugi slapsticku czy brechtowski efekt obcości podpatrzony w filmach Godarda. Całość zostaje sfotografowana w cudownych poetyckich kadrach. Zwraca uwagę również dobór kolorów użytych niezwykle świadomie, tu nie ma przypadku. Jerżanow jest rzecz jasna przednim facecjonistą, ale jednocześnie między figlami przemyca poważniejsze treści. Nie ulega wątpliwości, że jego film nie ma jedynie bawić publiczności, choć śmiechu tu naprawdę co niemiara. Opowieść o podróży młodych ludzi do wielkiego miasta staje się dla autora „Właścicieli” pretekstem do wysnucia smutnej konstatacji o braku perspektyw, zabetonowanych relacjach społecznych, hipokryzji i chciwości władzy. Mądre i bardzo wdzięczne kino – takiego nam właśnie trzeba.