Bella Ciao – recenzja filmu „Zło nie istnieje” – Berlinale 2020

Bella Ciao – recenzja filmu „Zło nie istnieje” – Berlinale 2020

Noblista Kazuo Ishiguro miał swego czasu argumentować nieprzyznanie Złotej Palmy Czerwonemu Krzysztofa Kieślowskiego tym, że jest to film wykalkulowany pod nagrody i gusta festiwalowych Jury, który nie wnosi do kina nic świeżego. Właśnie w takich filmach specjalizował się do tej pory Irańczyk Mohammad Rasoulof. Czy There Is No Evil, które przyniosło mu Złotego Niedźwiedzia podczas tegorocznego Berlinale stanowi artystyczny przełom w jego karierze?

Wszystkich, którzy pamiętają jak fascynujący i zaskakujący był Uczciwy człowiek, który dał Rasoulofowi zwycięstwo w canneńskiej sekcji Un Certain Regard przed dwoma laty, niewątpliwie może przerazić stupięćdziesięciominutowy metraż jego najnowszego projektu. Na szczęście, jak się szybko okazuje, jest to film składający się z czterech około czterdziestominutowych powiązanych tematycznie nowelek. Chociaż temat ten zostanie niewątpliwie ujawniony w każdym opisie i zapowiedzi produkcji, ja go tu nie zdradzę, gdyż uważam, że jego znajomość znacząco psuje zabawę towarzyszącą oglądaniu. Obraz dość kompleksowo przedstawia nam jednak to zagadnienie z różnych perspektyw, jednocześnie poddając pod wątpliwość tytułowe hasło, że „Tu nie ma zła”.

Zgrupowane nowelki prezentują niestety, jak to się często zdarza, szalenie nierówny poziom. Pierwsza z nich – tytułowa – najbardziej nieoczywista i przekorna, jest bliska arcydziełu. To zapis jednego dnia z życia mężczyzny: od wyjścia z pracy, przez pomoc sąsiadom, załatwianie sprawunków z żoną i opiekę nad starą matką po rodzinną kolację i powrót do pracy. Całość utrzymana jest w stylu kojarzonym trochę z kinem Jafara Panahiego, z dominującą liczbą scen realizowanych we wnętrzach samochodów. Ma przy tym dość charakterystyczną atmosferę irańskiej rodzinnej dramy przypisaną filmom Asghara Farhadiego i wszelkich jego epigonów (do których wszak zaliczany jest także Rasoulof). Gdy jednak po ostatniej scenie myślimy o tym, co zobaczyliśmy, okazuje się, że każdy dialog i każde zachowanie miało swoje znaczenie i to takie, jakiego pierwotnie się nie spodziewaliśmy. Uważam, że absolutnie każdy człowiek chociaż trochę lubiący kino powinien zobaczyć ten krótki metraż i dać mu się zachwycić.

Niestety, optymalnym zachowaniem zaraz po ostatniej scenie tej nowelki powinno być wyjście z sali kinowej lub zamknięcie aplikacji streamingowej, gdyż cała reszta produkcji prezentuje nieporównywalnie niższy poziom. Można ewentualnie zostać jeszcze na drugiej Powiedziała: zrób to. Obserwujemy w niej kluczową noc w życiu młodego mężczyzny postawionego przed dylematem, który wpłynie na całe jego przyszłe życie. Słuchamy telefonicznych rozmów z dziewczyną, oraz ciągnących się w nieskończoność debat z współtowarzyszami niedoli, a wreszcie śledzimy efekty tego wszystkiego. To opowiastka dostarczająca wiele emocji i radości widzowi. Niestety ujawniają się w niej też największe wady produkcji, które zdominują drugą połowę seansu. Po pierwsze – fatalny timing, problem, który był obecny już w poprzednich dziełach tego reżysera, takich jak Rękopisy nie płoną czy Uczciwy człowiek. Otwierający rozdział dialog na pryczach ciągnie się w nieskończoność, a początkowe zaintrygowanie widza przeradza się w znużenie słuchaniem po raz kolejny tych samych argumentów. Po drugie – skrajne efekciarstwo. Wydarzenia ekranowe chociaż porywające i piekielnie satysfakcjonujące, to nie przeżywają starcia z chociaż kilkoma minutami myślenia o ich logice, mają w sobie więcej z fantazji sennej niż opisu prawdziwej rzeczywistości, jaki deklaruje reżyser w wywiadach na temat filmu.  

Dwa ostatnie rozdziały – Urodziny i Pocałuj mnie – to niestety historyjki nieudane. Ogrywające nieprzekonujące cierpienie bohatera mierzącego się z konsekwencjami swoich przeszłych wyborów oraz dialogi o niczym, a w przypadku ostatniej także całkowicie chybione zwierzęce metafory. Konstrukcja każdej z nowelek zakłada pojawienie się w pewnym momencie fabularnego twistu, który ma wstrząsnąć widzem i wywołać w nim duże (pozytywne bądź negatywne) emocje. O ile w dwóch pierwszych sprawdza się to dobrze (z zastrzeżeniami, o których pisałem wyżej), o tyle każda średnio inteligentna osoba jest w stanie zgadnąć po kilku minutach bardzo schematyczne rozwiązania scenariuszowe  zastosowane w dwóch ostatnich. To w połączeniu z problemami, ujawnionymi już w Powiedziała, zrób to sprawia, że Urodziny i Pocałuj mnie zmieniają się w jeden z najbardziej frustrujących i nużących seansów roku, a całe There Is No Evil pozostawia posmak rozczarowania.

Aby oddać cesarzowi, co cesarskie – tegoroczny zwycięzca Berlinale to prawdziwa audiowizualna uczta. To ciąg pocztówkowych kadrów, z których wylewa się miłość reżysera do swojej ojczyzny, przepięknie sfilmowanych przez Ashkana Ashkaniego (Atomowe serce z Nowych Horyzontów 2018). Reżyser zabierze nas m.in. na przedmieścia Teheranu w nocnej scenerii, do wypełnionego kwiatami ogrodu w górzystych lasach czy na opustoszałe wyżyny północy kraju, znane z Trzech twarzy Panahiego. Widzów zachwycą feeria barw, cudowne nasycenie kolorów i niezapomniane plenery. Irańskie ministerstwo spraw zagranicznych powinno puszczać ten film na całym świecie w celu promowania turystyki, bo po seansie aż chce się tam być i to wszystko zobaczyć na własne oczy.

Drugim świetnym punktem produkcji jest ścieżka dźwiękowa, a w szczególności dobór piosenek, które towarzyszą kluczowym momentom każdego z rozdziałów. Podbijają one pocztówkowość całości i wydźwięk emocjonalny, wszak jak można się nie zachwycić i nie dać porwać chwili, gdy bohaterowie pędzą samochodem przez nocny Teheran, śpiewając na cały głos włoską lewicową pieśń wolności „Bella ciao”, a my w duchu (lub na cały głos) robimy to razem z nimi. Mam teorię, że film ten wygrał Złotego Niedźwiedzia tylko za tę jedną scenę, która przez cały dzień nie wyszła z głów szanownego Jury (There Is No Evil było ostatnim prezentowanym filmem konkursowym, więc opinia o nim podczas obrad była na pewno najbardziej emocjonalna i świeża). Swoją drogą, pamiętając, że w Synonimach śpiewają „Marsyliankę”, czyżby kluczem do tej nagrody było pojawienie się w filmie lewicowej pieśni rewolucyjnej? Jeśli tak, to mam nadzieję, że za rok jeden z konkursowiczów z Polski, Rosji lub Hiszpanii uwzględni naszą wspaniałą „Warszawiankę 1905”.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Zło nie istnieje

Tytuł oryginalny: „Sheytan vojud nadarad”

Rok: 2020

Gatunek: nowelowy, psychologiczny

Kraj produkcji: Iran

Reżyseria: Mohammad Rasoulof

Występują: Ehsan Mirhosseini, Shaghayegh Shourian, Kaveh Ahangar i inni

Dystrybucja: Aurora Films

Ocena: 2,5/5